Ona mu daje z kosza maliny,
A on jej kwiatki do wianka;
Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,
Pewnie to jego kochanka.
Napisał Wieszcz jakieś dwieście lat temu (tak, tak, w tym roku dwustulecie jego pełnoletniości!). W kręgach Ludzi Bawiących Się Poezją strofa ta – jak wiele innych przed nią – stała się inspiracją do tworzenia własnych wierszyków, zachowujących układ, lecz o treści dowolnej, byle występowały sakramentalne słowa „ona mu daje”, stąd nazwa gatunku: onamudaje.
W onamudajach daje się wszystko, fizycznie (jako te maliny czy żarówkę) lub metafizycznie (nadzieję, radę, czas, popalić, zgodę na rozwód), nie zabrakło nawet dawania onamudajów… Jeżeli w tym kontekście ktoś ma skojarzenia seksualne – to… jest w większości, padła nawet propozycja formalna, aby takie onamudaje, gdzie „daje” oznacza seksualną zgodę (i tak dalej), nazwać przez szacunek dla tradycji językowej „onamudajkami”.
Najbardziej zaciekawiły mnie – kiedy tak się przyglądałem rozwojowi zabawy – te próby, gdzie kluczową frazę potraktowano homonimicznie. Pojawił się więc jakiś człowiek o afrykańsko brzmiącym imieniu:
Onamudaye wstaje o świcie
czy próby zupełnie odmiennego układania liter w wyrazy
O, nam udaje się tak rozmawiać
O! Nam ud – a je chętnie weźmiemy –
jak też koncepty, w których cały wers traktuje się jak fragment listy dialogowej:
On: „A mu daje się w mediach fory!”
a nawet z didaskaliami
On: – Am! – udaje, że zje ją całą.
On: Am! [Uda je kurze. Tłuszcz kapie.]
nie mówiąc o formie, ekhm, zezwierzęconej:
Ona: „Muuu! Daj eee! Stań się bydełkiem!
Wkrótce zakończy się Turniej Onamudajów, może będę mógł opublikować utwory laureatów.