Urlop już staje się tylko wspomnieniem, ale wspomnienia pisane jeszcze nie skonkretyzowały się na tyle, żeby zacząć przybierać formę notek (cóż, nie pisało się na bieżąco, a teraz – wrr – pamięć okazuje się być nie na tyle dobra, by każde spostrzeżenie i każdą zanotowaną myśl przelać na papier czy Times New Roman), nie mówiąc o zdjęciach, które grzecznie całymi stosami zalegają czekając na przejrzenie, opisanie i posegregowanie. Dlatego póki co dorzucę jeszcze to i owo zaległe z zeszłego roku (bo wciąż miło wspominam).
Monterosso al Mare (moja koncepcja z przemianowaniem na razie nie została formalnie zgłoszona), choć jest największym z miasteczek Cinque Terre, wydaje się na pierwszy rzut oka niemal miniaturowe, wciśnięte między skałę, linię kolejową i morze.


Dopiero jednak rozejrzenie się na lewo i prawo (na końce deptaka) ujawnia, że miasteczko chowa się w dolinach, zwłaszcza „właściwa” (stara) część, do której dojście prowadzi tunelem. Kiedy już zaczyna się w doliny wnikać, to miasteczko wcale się nie wydaje już małe, zwłaszcza kiedy się pnie i pnie po zboczach.




Ale najważniejsze i tak jest morze.
