Najdłuższy wyścig, czyli z Montrealu migawki

Ten sezon jest już na swój sposób szczególny: przez tyle lat oglądania F1, z większą lub mniejszą intensywnością, nie zarejestrowałem w pamięci zbyt wielu czerwonych flag, a już zwłaszcza takich, po których wyścig zostałby dokończony. Ten z ostatniej niedzieli trwał od startu do mety ponad cztery godziny. I po tych czterech godzinach, decydowały ułamki sekund: o ułamek sekundy za późny skręt Vettela, o ułamek sekundy za daleko linia mety dla Kobayashiego.

Zapamiętamy ten wyścig w dużej mierze z powodu psikusów pogodowych, wysiłków służb technicznych i nieustannego spoglądania w niebo oraz na monitory z prognozami meteo. Znamy to świetnie, aczkolwiek z zupełnie innej dyscypliny – odruchowo szukaliśmy wzrokiem Waltera Hofera. Także mając w pamięci, że tak przerywane konkursy skoków, rzadko kiedy bywały doprowadzane do końca w pełnym wymiarze. 

Ileż to razy powtarzaliśmy, że Formuła 1 to w sporcie najściślejsza techniczna awangarda. W konfrontacji jednak z tak prehistorycznym zjawiskiem, jak solidna lejba, rozmaite wyrafinowane urządzenia techniczne dawały sobie radę o tyle, o ile. Na koniec największą skutecznością wykazywały się poczciwe szczotki i łopaty, którymi spychano i wychlapywano wodę na trawniki. 

A w przerwie – kiedy już wyczerpywały się możliwości pokazywania stewardów, oficjeli i moknących kierowców – widzieliśmy też galerię celebrytów. Ja to jednak nie na czasie jestem, bo nawet jeśli wiem (za sprawą korzystania z portali głównie) kim jest panna Rihanna, to jednak ani jej nie rozpoznam, ani tym bardziej nie jestem w stanie stwierdzić, że zmieniła ostatnio fryzurę czy nawet kolor włosów. Cóż, zdecydowanie szybciej rozpoznałem George’a Lucasa:) jednak sądzę, że nawet gdyby poprosili go o pomoc w walce z warunkami, to i przy wsparciu całego LucasArts by nic nie wskórał. W końcy Mocy wystarczyło mu tylko na pierwszą serię, kiedy to modele statków kosmicznych kleił naprędce z pudełek po zapałkach, a później tylko zlecał zabawę programistom.

Kamilu, Kamilu…

Nie udało się Adamowi Małyszowi zakończyć kariery drużynowym medalem mistrzostw świata. Jak nieraz przedtem, po jednoseryjnym konkursie skończyło się na piątym miejscu. Decyzja o rezygnacji została podjęta, bo wiatr kręcił straszliwie, a wyniki były szczerze mówiąc mocno przypadkowe. Do medalu zabrakło 17 punktów.

Nasze orły krytycznie się wypowiadają o przerwaniu konkursu, a celuje w tym Kamil Stoch, nazywając tę decyzję „barbarzyństwem, które odebrało nam szansę walki o medal„. Czuję się zmuszony zwrócić jednak uwagę, że gdyby Kamil w swoim skoku skoczył na miarę tego, czego od niego oczekujemy (nawet jeżeli wiatr miał średni i zmienny, a w końcowej fazie dziurę w powietrzu), to medal byłby najzupełniej realny i po jednej serii. Jeżeli zawodnik aspirujący do medali oddaje skok, który w konkursie indywidualnym prawdopodobnie wyeliminowałby go z drugiej serii, to zastrzeżenia powinien mieć przede wszystkim do siebie – że nie skoncentrował się w pierwszym skoku tak dobrze, jak potrafi to zrobić w skoku drugim (co Kamil wielekroć już pokazywał, także na tych mistrzostwach). 113,5 metra, 100 punktów – to o 10 metrów i 18 punktów za mało (nie wspominając o prawdopodobnej różnicy w nocie za styl po locie o 10 metrów dalszym).

Swoją drogą, konkurs był na tyle nieprzewidywalny, że słowo szansa było na miejscu w swoim loteryjnym odcieniu. Kiedy pomyślę, że przy skoku Adama średnia prędkość wiatru wynosiła ponad 2,5 metra na sekundę (18 punktów odjętych!) , to tracę wiarę w jakąkolwiek przewidywalność następnych rezultatów; poza, niestety, dość przewidywalną średniością skoku Stefana Huli, który tym razem ewidentnie nie trafił z formą (aczkolwiek większe pretensje mam zdecydowanie do Kamila).

A chyba najbardziej mi żal Michaela Uhrmanna. To miał być zdaje się jego ostatni skok w karierze, miał w swoich nogach pożegnalny medal (i w tamtym momencie nawet wydawało się, że ma szansę, by był to medal złoty). Skoczył jeszcze słabiej niż Stoch i Hula, do medalu jakiegokolwiek zabrakło Niemcom 0,7 punktu. Cóż, może Pani Fortuna odebrała mu dzisiaj to, co dała 9 lat temu, kiedy w Salt Lake City w wyścigu o drużynowe mistrzostwo olimpijskie wyprzedzili Finów o 0,1 punktu…

Polakom znowu wiatr w oczy wieje

Ten stary idiom na skoczni jest niejednoznaczny, ponieważ wiatr w oczy, to wiatr pod narty, a ten pozwala lecieć (o ile dyrektor zawodów natychmiast nie obetnie rozbiegu) – czyli korzystny. Polscy skoczkowie en masse nie potrafią jednak szczególnie wiatru wykorzystywać (włącznie z Królem Adamem,  który od zawsze bazuje przede wszystkim na odbiciu, a nie na umiejętnościach lotniczych), przez co często lepiej im idzie przy wietrze słabym, żadnym lub zgoła niekorzystnym (w plecy). Pisałem o tym niemal równo rok temu po drużynowym konkursie w Vancouver, mogę się tylko pod tym podpisać dzisiaj. Przez cały konkurs wiało pod narty, nawet solidnie, co pozwoliło polatać rywalom. Efekt? Nawet upadek Freunda nie pomógł.

I nie ma co rozliczać indywidualnie. Jest faktem, że w porównaniu do zawodów drużynowych w Willingen, na których zdobyliśmy miejsce „medalowe”, Hula stracił na formie, zaś Uhrmann zyskał, a i Norwegowie solidnie ją podciągnęli. No i tam wiało w plecy..

Małyszowa nie odlatuje

Przed igrzyskami w Vancouver dość głośna była sprawa procesu o włączenie do programu Igrzysk także skoków kobiecych. Pisałem wtedy, że skoki kobiece jako takie na razie nie spełniają warunków rozpowszechnienia, a w rywalizacji z mężczyznami panie nie mają praktycznie szans. Sąd kanadyjski nie zrobił rewolucji, ale federacja trochę dla świętego spokoju, a trochę dla popularyzacji skoków kobiecych postanowiła je włączyć do programu mistrzostw świata.

Zawody mistrzowskie rozegrano dzisiaj na normalnej skoczni, w gęstej mgle bezkonkurencyjna była Austriaczka Iraschko z wynikiem 231 pkt, czyli wg moich prywatnych standardów oddała dwa niezłe skoki.

Na tej samej skoczni parę godzin wcześniej odbyły się kwalifikacje do jutrzejszego konkursu męskiego. W liczbach bezwzględnych Iraschko ze swoimi skokami po 97 metrów uplasowałaby się w końcówce pierwszej dziesiątki (sporo pań mogłoby zresztą liczyć w tym układzie na awans do konkursu głównego), ale jest jedno ale. O ile panowie skakali z szóstej belki, o tyle dla Iraschko w pierwszej serii specjalnie obniżono rozbieg do belki.. dwudziestej (reszta pań skakała z 21, przewaga szybkości na progu rzędu 3 km/h). Uwzględniając gate factor, od wyniku Iraschko należałoby odjąć około 48 punktów, przez co mogłaby ona walczyć jedynie o miejsce przedostatnie, i to chyba głównie dlatego, że Diego Dellasega nie poradził sobie z silnym wiatrem pod narty. Do przedostatniego w stawce Rumuna Tudora (yes! yes! dlatego lubię mistrzostwa) traciła około 10 punktów.

Życzę paniom na skoczniach jak najlepiej, ale na razie to zupełnie inna liga jest.

Ćwierć kilometra, czyli refleksje lotnicze

Jak sięgam pamięcią, rekordowe osiągnięcia w długości lotu pochodziły z Planicy, ba! za ewenement uchodził zawodnik, który swoją życiówkę osiągał gdzie indziej niż na Velikance (nie licząc początkujących i ogólnych słabeuszy oczywiście). Od wczoraj ta reguła przestała się sprawdzać, bo wielkość skoczni w Vikersund (K195!) pozwala na osiąganie jeszcze lepszych wyników (oczywiście to tylko szansa, trzeba ją jeszcze umieć wykorzystać jak Evensen i Schlierenzauer).

Po dzisiejszych zawodach popołudniowych tym bardziej wypatruję jutrzejszych wczesnopopołudniowych, bo jestem ciekaw jaki wpływ na warunki będzie mieć słońce (dzisiaj już mocno zachodzące). W Planicy bowiem cała siła tkwiła w nagrzewaniu powietrza przez południowe (Adriatyk wszak tuż) słońce, co stwarzało fantastyczne noszenie w dolnej części zeskoku i pozwalało leeecieć.

Od kilku już lat jednak latało się ciut bliżej, niż Romoren w 2005 (czasem szczerze mówiąc po prostu słońca w Planicy brakowało), i wciąż choćby liczba „240” widniała tylko w kategorii „skoki nieustane„. W ciągu dwóch ostatnich dni wyników 240-metrowych przybyło pięć. Do magicznej (kiedyś uznawanej za nieosiągalną) długości ćwierć kilometra brakuje „tylko” 3,5 metra. Szansa na złamanie? Większa niż kilka miesięcy temu, tak naprawdę zdecyduje (oprócz noszenia, talentu etc.) przebieg konkursu, a w szczególności czy jury zdecyduje się obniżyć rozbieg tuż przed nosem tych, którzy mają szansę tak daleko dolecieć. Swoją drogą, Hoferowi za chwilę zwyczajnie braknie belek startowych, na które będzie mógł obniżać:)

Komentator musi być kompetentny

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej „X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5”, bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał „bonusu za wiatr w plecy” – że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów – do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..

 

Co nam może powiedzieć Willingen

Za cztery tygodnie mistrzostwa świata w Oslo. Będzie tam rozegranych wyjątkowo dużo, bo aż pięć konkurencji w skokach.

Przez cztery tygodnie sporo się jeszcze zdarzyć może, forma może się wzbić lub lekko odpłynąć, ale na razie można wróżyć z tego, co jest. Dzisiejszy znakomity drużynowy konkurs w Willingen (pierwsze zimowe podium PŚ na dużej skoczni!) rozbudza apetyty, ale trzeba spojrzeć z chłodną głową. Wynik w konkursie drużynowym jest w głównej mierze pochodną tego, kto jak bardzo zawali. Niemcy faktycznie nie zawalili ani jednego skoku (do pokonania Austriaków trzeba dyskwalifikacji, bo upadek może nie wystarczyć) i mieli – oprócz dopingu – rewelacyjnego Freunda. Pojedynek Polska-Norwegia rozstrzygnął się jednym słabszym skokiem: w pierwszej serii Żyła w nienajlepszym skoku osiągnął o 4.8 pkt więcej od Evensena, i tyle dokładnie wyniosła różnica na koniec! Wystarczyłby więc jakiś centymetr na sekundę wiatru więcej lub mniej, żeby zadecydować o podium (dzisiaj tak właśnie o 0,1 pkt  Finowie pokonali Japończyków w walce o piąte miejsce, a przecież w SLC o tyleż przegrali złoto z Niemcami). A wiatr z tyłu (choć dziś przesadnie silny) moim zdaniem naszym Orłom raczej sprzyja, niż przeszkadza, bo odlatywanie z dobrym wiatrem im nigdy nie wychodziło.

Na MŚ możemy więc liczyć na sześć szans medalowych w skokach. Powiedzmy to jasno: sześć szans, nie sześć medali (cud pokroju dwóch medali w jednym konkursie to tylko w głęboko skrytych marzeniach wizualizuję), a i to przy sporym szczęściu. Może Holmenkollen po raz kolejny okaże się dla Małysza łaskawa. Każdy medal biorę w ciemno.

Książę Kamil i śnieżny potwór

Kim jest Król Adam, wiedzą wszyscy, wzmianki o Księciu Kamilu były dotąd zwykle kwitowane uprzejmymi uśmiechami („może kiedyś…”). Dzisiaj Kamil Stoch te uśmiechy zgasił (swoją drogą ciekawe ilu tych uprzejmie uśmiechających się pamiętało o jego czwartym miejscu na ostatnich mistrzostwach świata w Libercu). Wykorzystał znajomość skoczni, nie dał się stłamsić tylnemu wiatrowi i wygrał zasłużenie. Nie dał się nawet wystraszyć wywołanemu zaklęciami redaktora Szaranowicza śnieżnemu potworowi..*

snow monster in Zakopane

…w jakiego zamienił się po upadku Adam Małysz.

Adam Małysz na zeskoku Wielkiej Krokwi

*na filmie około 0:30.

Japońskie skakanie

Pucharowe konkursy skoków w Japonii są zawsze szczególne. Nawet nie przez to, że rozgrywają się o specyficznych z naszego punktu widzenia porach (rano lub w środku nocy), ale zwykle zaskakują wynikami, i to w sposób niekoniecznie pozytywny. Z uwagi na odległość (i związane z tym problemy adaptacyjne organizmu) często mocni zawodnicy odpuszczają sobie wyjazdy (woląc podszlifować formę przed lutowymi imprezami), zwalniając miejsce nieco słabszym kolegom, podczas gdy czołówka punktacji generalnej zwykle szuka tam wszystkich punktów, jakie się uda znaleźć – w rezultacie zróżnicowanie poziomu jest większe niż zwykle. Skutkuje to znacznie większym zróżnicowaniem wyników niż zwykle, co oznacza niestety wyjątkowo niskie noty na dalszych miejscach. Dołóżmy do tego częste opady śniegu, kręcący we wszystkie strony wiatr i umiarkowane zainteresowanie widzów.. Właściwie konkursy te organizuje się głównie dlatego, że Japończycy tradycyjnie coś znaczą w skokach i po prostu wypada się z nimi imprezami podzielić.

W sumie najciekawsze zwykle w tych konkursach są listy startowe:) i niespodzianki. Niespodzianki każdego rodzaju – w kategorii „zdobyłem wreszcie punkty pucharowe”, w kategorii „osiągnąłem życiowy wynik” czy wreszcie „nieoczekiwany skład podium”. Dzisiaj, a jakże, nie obyło się bez niespodzianek (choć zmienność warunków i kiepskie wyniki tu się nie zaliczają), takich jak punkty młodego Kanadyjczyka (i zupełny mimo słabej stawki brak punktów naszych młodych orlików), oraz sensacyjny prawie zwycięzca Severin Freund. Miewał ostatnio niezłe skoki, a w dzisiejszym konkursie po prostu dał radę oddać dwa dobre. Niestety, nie można tego powiedzieć o Małyszu, bo bez względu na przyczynę (nie natrafiłem  do tej pory na żaden jego komentarz na ten temat), jego drugiego skoku nie sposób nazwać dobrym. I zamiast 39 zwycięstwa, było tylko 89. podium – a Morgenstern jutro słabszy nie będzie.