Dziewięć i pół minuty

Dokładnie tyle dzieli Martina Kaczmarskiego od jedenastego miejsca klasyfikacji generalnej Rajdu Dakar. Gdyby udało mu się tyle zyskać nad dwoma wyprzedzającymi go rywalami, przy jednoczesnej nadal dobrej jeździe pozostałych naszych reprezentantów, to mogłoby się okazać, że na koniec rajdu wszyscy oni zmieszczą się w czołowej jedenastce. Obecnie Hołowczyc jest szósty, Dąbrowski (motocyklista, a jak sobie radzi na czterech kółkach!) siódmy, Małysz dziewiąty, ale zaledwie z półminutową stratą do Francuza Lavieille’a.

A w Dakarze taka strata to tyle, co nic. Dziś w samej końcówce Kaczmarski zyskał jedną pozycję po tym, jak będący przed nim w klasyfikacji Kazach stracił na krótkim odcinku ponad 20 minut (przypuszczam, że mógł się gdzieś zakopać na wydmach, lub mieć jakieś inne przejściowe trudności) i jest o niecałe dziewięć minut z tyłu. Cóż to jest jednak wobec straty, jaką poniósł dziś z powodu problemów technicznych Carlos Sainz – blisko dwie godziny do zwycięzcy, więcej niż tracił dotąd do lidera. Z kolei Giniel de Villiers stracił „zaledwie” 23 minuty, ale oznaczało to spadek z trzeciego miejsca aż na piąte.

Oznacza to wszystko ładną rywalizację na końcowych czterech etapach. Prowadzący Nani Roma ma zaledwie dwanaście minut przewagi nad Peterhanselem (rano miał dwa razy tyle). Między trzecim a piątym zawodnikiem jest zaledwie nieco ponad pięć minut różnicy. Ósmy Sainz traci mniej niż pół godziny do Hołowczyca (i jeszcze mniej do Dąbrowskiego..)

Jeżeli ktoś zastanawiałby się, dlaczego się przejmuję akurat jedenastym miejscem, to… przecież powszechnie wiadomo, że w piłce nożnej wybiera się najlepszą jedenastkę. A mówiąc poważnie, to kiedy zaczynałem pisać tę notkę, to nie spodziewałem się że Sainz dojedzie do mety (i będzie klasyfikowany), musiałem przegapić komunikat. Bez Sainza w stawce jedenastka staje się oczywiście dziesiątką.

PS Jutro rusza Rajd Monte Carlo. Z Robertem Kubicą.

Notka jest kopią notki z bloga sportowego na http://www.slask.sport.pl/blogi



Opcje wyścigowe, opcje rajdowe

I znów Robert Kubica podpalił nam głowy. Nie, nie łapcie się za głowy, nie przegapiliście żadnej kolejnej imprezy motoryzacyjnej, na której mógłby wypaść znakomicie lub skończyć przed czasem, sierpniowy występ w Rajdzie Niemiec do tej pory zapiera dech w piersiach (wynikiem ponad poziomy samochodu wylatującym, choć uczciwie przyznać należy, że rywale w autach o poziom lepszych solidnie pomogli, a w porównywalnym pojeździe najgroźniejszy przeciwnik przegrał o zupełnie niemetaforyczne sekundy). Tyle że po rajdzie już, w wywiadzie jakimś, rzucił podstępnie a enigmatycznie, że na przyszłe sezon ma „dobre opcje rajdowe i dobre opcje wyścigowe”. 

No i masz babo placek. „Opcje rajdowe” nie przysparzają wielkich emocji, w obecnej sytuacji mało prawdopodobne wydaje się zarówno kontynuowanie występów w rozgrywkach kontynentalnych (już w tym sezonie traktowanych „po macoszemu”, wręcz treningowo), skoro na wyciągnięcie ręki jest mistrzostwo świata w kategorii WRC-2; jedynym pytaniem może być więc, z jakim zespołem Kubica kontynuowałby walkę o najważniejsze rajdowe trofeum, czyli mistrzostwo świata WRC – w zespole fabrycznym, czy jak dotąd w zespole prywatnym, niewątpliwie wiele może zależyć od oferowanych warunków, i nie chodzi tylko o pieniądze, ale takie kwestie jak potencjał zespołu czy długość kontraktu. 

Wszyscy (zainteresowani) wiedzą wszak świetnie, że dla Kubicy priorytetem jest powrót do kokpitu bolidu F1, jak sam to ujął „ma niedokończone sprawy”. Może się to wydawać niewiarygodne, żeby facet, któremu ręki omal nie urwało, pędził 350 km/h i mierzył się w zakrętach czy dohamowaniach z przeciążeniami 4-5g. A jednak… z tych starannie nam dawkowanych informacji wynika jasno, że chodzi już tylko o pewien niewielki procent niezbędnej sprawności, nie wytrzymałościowej, a jedynie związanej z możliwością wykonania w ciasnej przestrzeni odpowiednio głębokiego ruchu ręką na kierownicy. Sam Robert przyznawał już (mniej lub bardziej oficjalnie), że na niektórych torach byłby w stanie walczyć nawet dziś (przy czym było to „dziś” sprzed kilku miesięcy, szczegółów teraz szukać nie będę), problemem były niektóre inne tory. Jak to wygląda dziś… nie wiadomo nawet, kto poza nim samym dokładnie o tym wie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby poinformowanych było znacznie więcej, niż się komukolwiek wydaje. Przy okazji pozwolę sobie na stwierdzenie, że w kompilacji doniesień popełnionej dwa lata temu, wszystkie doniesienia z czasem okazały się być w stu procentach prawdziwe, choć niekoniecznie w taki sposób, jak się to wydawało w tamtym momencie.

Wypadałoby chwilę dla porządku pomyśleć, czy opcje wyścigowe mogą oznaczać coś innego niż Formułę 1. Słychać pogłoski o kuszeniu go startami w zawodach samochodów turystycznych (WTCC), jednak skoro rok temu odrzucił ściganie się w podobnej (lub nawet lepszej) serii DTM, to niezmiernie mało prawdopodobne wydaje się, żeby miał do tego wracać (ze sportowego punktu widzenia mistrzostwa rajdowe WRC stoją znacznie wyżej niż wszelkie pomniejsze imprezy wyścigowe). Oczywiście, w dosłownym ujęciu wystarcza to do powiedzenia „mam opcje”, ale można sobie zadać pytanie, czy określiłby je mianem „dobre opcje”. Kluczowe pytanie, na jakie dziś możemy względnie spokojnie poszukiwać odpowiedzi, brzmi więc: „po co właściwie to powiedział?”

W tej grze pozorów („game of smoke and mirrors”, mawiają Anglosasi) wszystko jest bowiem możliwe, znakomitym przykładem było tegoroczne lato i tabuny plotek o możliwych ruchach transferowych na sezon 2014 (do tej pory zresztą nie ma odpowiedzi na większość pytań). Podobno decyzje co do opcji mają zapaść w ciągu miesiąca-dwóch, i prawdę mówiąc: i tak nie odgadniemy co się stanie.

Kanarkowo

Na Wyspach Kanaryjskich trwa rajd zaliczany do klasyfikacji rajdowych Mistrzostw Europy. Przy zaskakująco nietypowej pogodzie (podobno tam pada dwa razy do roku i właśnie dziś…) trwa zacięta rywalizacja. Starając się odgadnąć, jakie opony najlepiej się sprawdzą w zmiennych warunkach, kierowcy próbują urwać sekundy, które przesądzą o zwycięstwie w klasie zawodników pełnosprawnych.

W klasyfikacji generalnej prowadzi bowiem z dużą przewagą Robert Kubica

W ramach ciekawostki można jeszcze dodać, że w klasyfikacjach wyodrębnia się osobną kategorię „panie”. Doszukałem się jednej – Bułgarka Stratiewa po 5 odcinkach specjalnych zajmowała 23 miejsce łącznie i czwarte w swojej klasie samochodów (na 5 sklasyfikowanych).

Dla miłośników Brazylii nie mam niestety żadnych dobrych wieści. 

Leci przez piach i kamienie Dakaru

Obserwowanie Dakaru to trudna robota. Trudna, bo nic nie widać – transmisji jako takich nie ma, są relacje nadawane de facto po zakończeniu etapu, Eurosport w czasie gdy kończy się etap, pokazuje mistrzostwa świata w rzutkach (dart – nie mylić ze strzelaniem do rzutków – też może kiedyś o tym by warto napisać). Jeśli chce się więc cokolwiek wiedzieć na bieżąco, zostają relacje internetowe, na stronie Rajdu jest taka, sprowadzająca się de facto do listy czasów na poszczególnych punktach kontrolnych, oddalonych nieraz i o 100 km od siebie. Tym niemniej, wprawne oko kibica-statystyka szybko zaczyna wychwytywać pewną dramaturgię.

Ot, wypadek Hołowczyca, dziś o nim wiedzą wszyscy (zresztą, co tu ukrywać, od razu wszyscy prawie o nim trąbili). Na live-timingu można się było zorientować, że po tym jak przejechał (chyba z pewnym opóźnieniem) pierwszy Punkt Kontroli Czasu (w slangu ponoć pekacem zwany, tak kiedyś czytałem w jakimś kryminale), to nie pojawiał się na kolejnych, mimo że startujący w porównywalnym czasie rywale ścigali się na nich w najlepsze. Wniosek prosty: coś się stało. Dziś podobnie działo się ze znacznie większym faworytem Carlosem Sainzem, pędził w czołówce etapu i nagle znikł (choć też szybko się pojawiły konkrety, że ma awarię silnika). Długo jednak trzeba było czekać na wyjaśnienie sytuacji polskiego pechowca, debiutanta Szymona Ruty. Zrazu wydawało się, że mógł po prostu podzielić los wielu w dniu dzisiejszym i zakopać się na wydmach, zresztą parę dni temu wskutek drobnej awarii jechał kilka końcowych kilometrów przez parę godzin, odkopując się raz za razem. Potem dopiero się okazało, że miał wypadek, w odróżnieniu od Hołowczyca to samochód zdaje się nie wytrzymał bardziej, niż załoga; szkoda chłopa, bo wczoraj śmigał momentami szybciej niż ciutkę już bardziej doświadczony Małysz. 

A „Orzeł” w tej chwili stał się naszym czołowym kierowcą w tegorocznym Dakarze (prowadzących quady i motocykle uprzejmie zostawiam na uboczu). Dziś dojechał – jak się zdaje, bo wyniki wciąż nieoficjalne, a kierowcy startują według miejsc zajętych na poprzednim etapie, więc niekoniecznie ci co z tyłu, są wolniejsi – na miejscu 18., i takie też będzie zajmować w klasyfikacji generalnej. Na miejsca medalowe, powiedzmy sobie od razu, szans nie ma, chyba żeby się jakiś kataklizm wydarzył, ale tego sobie nie życzymy. Zostają więc pojedynki dosłownie o poszczególne miejsca, czasem różnice między zawodnikami wynoszą po prostu parę minut. Wystarczy jednak odrobina pecha, drobny błąd, mała awaria, żeby utknąć na dłużej lub stracić tempo, a wtedy różnice etapowe będą rosły w kwadranse, a może i godziny. Do 15. zawodnika Małysz traci obecnie 23 minuty (łączny jego czas dotychczasowych 6 etapów to niemal 18 godzin), a do zajmującego to miejsce rywala odrobił dziś minut.. 26. Jednocześnie jednak fascynujące może się okazać uciekanie przed znacznie silniejszymi rywalami, którzy z jakiegoś powodu zaliczyli duże straty, w szczególności Robby’ego Gordona (dachował parę dni temu), który ma wprawdzie ponad 2,5 godziny straty, ale dziś odrobił ponad pół godziny. Miejsce 15. teoretycznie wydaje się w zasięgu, ale wszystko zależy, jak komu powieje, oczywiście metaforycznie. 

Mógłbym pewnie coś wspomnieć o pozostałych kierowcach, ale oni tak hobbystycznie sobie jadą (trzeba mieć zdrowie do takiego hobby). 

Koń kontra koń mechaniczny

Przy okazji Igrzysk Olimpijskich nieraz pojawiają się pytania „a dlaczego na Olimpiadzie nie ma żużla/wyścigów/innych sportów motorowych”. Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, bo właściwie.. nie ma dobrej odpowiedzi. Najbardziej oficjalna, jaką znam, brzmi „bo wynik zależy nie od ludzkiego wysiłku, ale od maszyny”. 

Z pozoru jest to odpowiedź rozsądna, ale diabeł tkwi w szczegółach. W niejednym sporcie sukces zależy jak najbardziej od jakości sprzętu używanego przez sportowców, w tym od wykorzystania najnowszych technologii. Na londyńskich Igrzyskach padały zarzuty, że spektakularne triumfy brytyjskich kolarzy torowych były w dużej mierze sukcesem tajnej technologii (póki co nie ma konkretnych dowodów, że tak było). Stopień zaawansowania technicznego w łucznictwie, wioślarstwie czy żeglarstwie też może sprawiać, że talent i wytrenowanie nie wystarczą, żeby mierzyć się z przeciwnikiem posiadającym lepszy sprzęt (nie analizuję tu regulaminów technicznych), wyścig technologiczny w skoku o tyczce przez całe dekady prowadził do nieustannego wymyślania nowych materiałów i rozwiązań dających nowe rekordy. 

Powie ktoś, że w tych wszystkich sportach koniec końców jednak wysiłek ludzki ma kluczowe znaczenie. Rozumiem, że faktycznie łódka bez mocnych wioślarzy sama szybko nie popłynie, a wytrzymałość fizyczna kierowcy wyścigowego nie przekłada się bezpośrednio na szybkość jego samochodu (choć oczywiście kierowca o słabszej formie fizycznej daleko nie zajedzie). Pytanie brzmi jednak: a co z jeździectwem, gdzie to od cech indywidualnych konia sukces bardziej zależy, niż od cech jeźdźca? Poza tym historia olimpizmu podpowiada, że w roku 1908, w Londynie, rozdawano medale w zawodach łodzi motorowych…

Dodać jeszcze należy, że kilka lat temu Karta Olimpijska wyraźnie wykluczała możliwość dopuszczenia do Igrzysk sportów opartych na napędzie mechanicznym, ale jej obecna wersja obowiązująca od roku 2011 już tego nie przewiduje. Czy więc doczekamy się za kilka lat sportów motorowych na Igrzyskach? Na Rio może być już za późno (termin na ustalenie dyscyplin upływa w przyszłym roku), ale na 2020 – kto wie, w końcu za niespełna rok dopiero dowiemy się, kto będzie ich gospodarzem: Stambuł, Tokio czy Madryt. Do rozwiązania będzie przede wszystkim (oprócz problemu infrastruktury zawodów) problem sposobu kwalifikacji do Igrzysk. Kto wie, może najlepszym i najprostszym rozwiązaniem będzie „symboliczne” uznanie za część zawodów olimpijskich, odpowiednich zawodów z cyklów mistrzowskich, które mogłyby zostać zsynchronizowane w czasie z Igrzyskami (symbolicznie, bo na pewno nie uda się dojść do porozumienia między sponsorami olimpijskimi, a sponsorami odpowiednich cykli, zespołów i zawodników); w końcu w tym roku Grand Prix Formuły 1 Wielkiej Brytanii na Silverstone odbywało się raptem na 3 tygodnie przed londyńskimi zawodami, żużlowe GP w Cardiff dwa tygodnie po nich, Rajd Walii i motocyklowe GP były może w ciut większych odstępach, ale mogłyby spokojnie zostać inaczej ustawione w kalendarzu. W końcu skoro medale olimpijskie były przyznawane (za „wybitne osiągnięcia”) alpinistom i szybownikom, to dlaczego nie kierowcom, motocyklistom czy pilotom?

581

Tyle właśnie dni minęło od tragicznego wypadku Roberta Kubicy na krętych drogach Ligurii, kiedy to po z pozoru niegroźnym, rutynowym wręcz podskoku, jego Skoda wbiła się w źle umocowaną barierę ochronną podczas rajdu Ronde di Andora. Dziś, po ponad 21 miesiącach wypełnionych operacjami i ciężką rehabilitacją (wciąż niezakończoną), ponownie pomknął krętymi włoskimi drogami (dla odmiany w Piemoncie) za kierownicą Subaru Impreza WRC. To, że nie dał szans innym kierowcom startującym w Ronde Gomitolo di Lana, nie ma większego znaczenia, to było trochę jakby Marcin Gortat po kontuzji przyszedł na powiatowy turniej streetballa (ciekawostka: w tłumaczeniu ten rajd to.. Rajd Włóczki); ważne, że jechał, nie oszczędzał się, poprawiał czasy. Lepszym wyznacznikiem aktualnego poziomu rehabilitacji będzie kolejny rajd, w silniejszym gronie, w jakim ma wystąpić za tydzień, ale samo to, co już osiągnął wsiadając do rajdowego samochodu, stanowi wyczyn dający przykład i motywację dla wszystkich kontuzjowanych i – co tu dużo ukrywać – niepełnosprawnych (aż chce się zapytać, na ile przypadkowa jest koincydencja tego powrotu z zakończeniem Igrzysk Paraolimpijskich), co zauważyła też ciężko doświadczona ostatnio Maja Włoszczowska. 

Nikt oczywiście – włącznie z samym Kubicą – nie wie, jak dalej będzie przebiegać jego sportowa kariera, czy i kiedy będzie możliwy powrót na tory Formuły 1 (z rozmaitych niepotwierdzonych wiadomości wnioskować można, że do tego może być jeszcze daleka droga, ze względu na znaczące różnice w prowadzeniu samochodu rajdowego, a jednomiejscowej wyścigówki), niewykluczone są dalsze zabiegi operacyjne, dziś jeździł z nieodłącznym opatrunkiem na prawym przedramieniu. Wola jest i niewątpliwie jej nie zabraknie, miejsce też się pewnie by znalazło, rozstrzygnie biologia. Czy będzie to początek przyszłego sezonu (hurraoptymizm), czy przyszłoroczne GP Włoch (tak, dziś też było, bardzo przyjemne), czy może za dwa lata, możemy tylko czekać, im spokojniej, tym lepiej.. dla nas.

A skoro już o lokalnych rajdach mowa, to właśnie się dziś dowiedziałem, że w tej materii u nas drgnęło. Odwiedziłem trasę 1. Rajdu Katowickiego, a konkretnie odcinek specjalny rozgrywany na ulicach Katowic, poszukując dokładnych informacji znalazłem cały cykl takich lokalnych rajdów w okolicy, zwykle o krótkim stażu. Na razie zgłoszeń kilkakrotnie mniej niż na Ronde Gomitolo di Lana, kibiców też póki co nieprzesadnie wielu, ale każdy odcinek specjalny jest przejeżdżany trzykrotnie, więc może na późniejsze przejazdy przyszło więcej ludzi. Może któregoś dnia i na taki mały rajdzik wpadnie całkiem duży kierowca.