Płodozmian

Moja przeglądarka ma taką opcję, że w każdej nowo otwartej karcie daje mi osiem dużych plansz z linkami do najczęściej otwieranych stron (szczegóły algorytmu nieznane). Dzięki tej opcji widzę, jak bardzo zmienia się w czasie moja aktywność sieciowa (pewne rzeczy zostają stałe, inne wędrują między miejscami).

Włączyłem dziś popołudniu przeglądarkę i myślę: o, zmiana na liście, co to ja tak ostatnio często odwiedzam? No i zmiana symboliczna: w miejsce strony FIS, gdzie śledziłem na żywo zawody narciarskie, względnie wczytywałem się w statystyki po zawodach, pojawiła się strona serwisu Autosport.

Uznajmy to za symboliczny koniec zimy.

Kamilu, Kamilu…

Nie udało się Adamowi Małyszowi zakończyć kariery drużynowym medalem mistrzostw świata. Jak nieraz przedtem, po jednoseryjnym konkursie skończyło się na piątym miejscu. Decyzja o rezygnacji została podjęta, bo wiatr kręcił straszliwie, a wyniki były szczerze mówiąc mocno przypadkowe. Do medalu zabrakło 17 punktów.

Nasze orły krytycznie się wypowiadają o przerwaniu konkursu, a celuje w tym Kamil Stoch, nazywając tę decyzję „barbarzyństwem, które odebrało nam szansę walki o medal„. Czuję się zmuszony zwrócić jednak uwagę, że gdyby Kamil w swoim skoku skoczył na miarę tego, czego od niego oczekujemy (nawet jeżeli wiatr miał średni i zmienny, a w końcowej fazie dziurę w powietrzu), to medal byłby najzupełniej realny i po jednej serii. Jeżeli zawodnik aspirujący do medali oddaje skok, który w konkursie indywidualnym prawdopodobnie wyeliminowałby go z drugiej serii, to zastrzeżenia powinien mieć przede wszystkim do siebie – że nie skoncentrował się w pierwszym skoku tak dobrze, jak potrafi to zrobić w skoku drugim (co Kamil wielekroć już pokazywał, także na tych mistrzostwach). 113,5 metra, 100 punktów – to o 10 metrów i 18 punktów za mało (nie wspominając o prawdopodobnej różnicy w nocie za styl po locie o 10 metrów dalszym).

Swoją drogą, konkurs był na tyle nieprzewidywalny, że słowo szansa było na miejscu w swoim loteryjnym odcieniu. Kiedy pomyślę, że przy skoku Adama średnia prędkość wiatru wynosiła ponad 2,5 metra na sekundę (18 punktów odjętych!) , to tracę wiarę w jakąkolwiek przewidywalność następnych rezultatów; poza, niestety, dość przewidywalną średniością skoku Stefana Huli, który tym razem ewidentnie nie trafił z formą (aczkolwiek większe pretensje mam zdecydowanie do Kamila).

A chyba najbardziej mi żal Michaela Uhrmanna. To miał być zdaje się jego ostatni skok w karierze, miał w swoich nogach pożegnalny medal (i w tamtym momencie nawet wydawało się, że ma szansę, by był to medal złoty). Skoczył jeszcze słabiej niż Stoch i Hula, do medalu jakiegokolwiek zabrakło Niemcom 0,7 punktu. Cóż, może Pani Fortuna odebrała mu dzisiaj to, co dała 9 lat temu, kiedy w Salt Lake City w wyścigu o drużynowe mistrzostwo olimpijskie wyprzedzili Finów o 0,1 punktu…

Polakom znowu wiatr w oczy wieje

Ten stary idiom na skoczni jest niejednoznaczny, ponieważ wiatr w oczy, to wiatr pod narty, a ten pozwala lecieć (o ile dyrektor zawodów natychmiast nie obetnie rozbiegu) – czyli korzystny. Polscy skoczkowie en masse nie potrafią jednak szczególnie wiatru wykorzystywać (włącznie z Królem Adamem,  który od zawsze bazuje przede wszystkim na odbiciu, a nie na umiejętnościach lotniczych), przez co często lepiej im idzie przy wietrze słabym, żadnym lub zgoła niekorzystnym (w plecy). Pisałem o tym niemal równo rok temu po drużynowym konkursie w Vancouver, mogę się tylko pod tym podpisać dzisiaj. Przez cały konkurs wiało pod narty, nawet solidnie, co pozwoliło polatać rywalom. Efekt? Nawet upadek Freunda nie pomógł.

I nie ma co rozliczać indywidualnie. Jest faktem, że w porównaniu do zawodów drużynowych w Willingen, na których zdobyliśmy miejsce „medalowe”, Hula stracił na formie, zaś Uhrmann zyskał, a i Norwegowie solidnie ją podciągnęli. No i tam wiało w plecy..

Małyszowa nie odlatuje

Przed igrzyskami w Vancouver dość głośna była sprawa procesu o włączenie do programu Igrzysk także skoków kobiecych. Pisałem wtedy, że skoki kobiece jako takie na razie nie spełniają warunków rozpowszechnienia, a w rywalizacji z mężczyznami panie nie mają praktycznie szans. Sąd kanadyjski nie zrobił rewolucji, ale federacja trochę dla świętego spokoju, a trochę dla popularyzacji skoków kobiecych postanowiła je włączyć do programu mistrzostw świata.

Zawody mistrzowskie rozegrano dzisiaj na normalnej skoczni, w gęstej mgle bezkonkurencyjna była Austriaczka Iraschko z wynikiem 231 pkt, czyli wg moich prywatnych standardów oddała dwa niezłe skoki.

Na tej samej skoczni parę godzin wcześniej odbyły się kwalifikacje do jutrzejszego konkursu męskiego. W liczbach bezwzględnych Iraschko ze swoimi skokami po 97 metrów uplasowałaby się w końcówce pierwszej dziesiątki (sporo pań mogłoby zresztą liczyć w tym układzie na awans do konkursu głównego), ale jest jedno ale. O ile panowie skakali z szóstej belki, o tyle dla Iraschko w pierwszej serii specjalnie obniżono rozbieg do belki.. dwudziestej (reszta pań skakała z 21, przewaga szybkości na progu rzędu 3 km/h). Uwzględniając gate factor, od wyniku Iraschko należałoby odjąć około 48 punktów, przez co mogłaby ona walczyć jedynie o miejsce przedostatnie, i to chyba głównie dlatego, że Diego Dellasega nie poradził sobie z silnym wiatrem pod narty. Do przedostatniego w stawce Rumuna Tudora (yes! yes! dlatego lubię mistrzostwa) traciła około 10 punktów.

Życzę paniom na skoczniach jak najlepiej, ale na razie to zupełnie inna liga jest.

Opowieść prosto z magla

Wypadło mi dzisiaj popołudniową porą odebrać rzeczy z magla (tak, jeszcze istnieją i działają). Podjechałem pod kamienicę, wszedłem, stanąłem pod drzwiami. Zamknięte, ale na drzwiach jest przycisk z napisem „dzwonić”, więc nacisnąłem. Po chwili na schodach rozległ się tupot (właścicielka ma mieszkanie piętro wyżej) i pojawiła się starsza pani, który usprawiedliwiającym tonem rzekła:

– A bo tam Justynka właśnie dobiegła na piątym miejscu..

No i sobie jeszcze miło pogawędziliśmy o biegach narciarskich (niestety nie byłem w stanie dopasować rozkładu dnia do rozkładu transmisji). Jak to w maglu:)

Medale dla Kowalczyk, tytuły dla Bjoergen

Prawdę mówiąc, zanosi się na to od początku sezonu: że Justyna Kowalczyk będzie nas zachwycać swoimi biegami i odbiegać rywalkom, a pierwsza na mecie będzie Marit Bjoergen. Tak było dzisiaj w Drammen, tak było zwykle w Vancouver, tak było przez większość biegów w tym sezonie i w końcówce ubiegłego.

Oczywiście, powiemy dumnie i zwierając szeregi, że to Justyna zdobędzie Puchar Świata i to Justyna pogromiła w Tour de Ski, a Bjoergen się pewnie jej wystraszyła/wiedziała, że nie starczy jej sił na cały sezon/cokolwiek. Ale twarde fakty są takie, że Kowalczyk w tym sezonie rządzi wtedy, kiedy Bjoergen nie ma na starcie, a z Bjoergen wygrała w bezpośredniej walce tylko raz – w sprincie w Otepae, który pobiegła dlatego, że akurat był.

Dlatego spodziewam się, że na trasach w Oslo scenariusz będzie się powtarzać: Kowalczyk będzie szaleć (a my razem z nią), a Bjoergen będzie stawać na najwyższym stopniu podium. Bo to ona jest w tej chwili największą gwiazdą wśród narciarek, czy nam się to podoba czy nie (a Kowalczyk – pożyczając sformułowanie od sprawnego inaczej komentatora – jest jedynie największą gwiazdą wśród pełnosprawnych narciarek).

Ćwierć kilometra, czyli refleksje lotnicze

Jak sięgam pamięcią, rekordowe osiągnięcia w długości lotu pochodziły z Planicy, ba! za ewenement uchodził zawodnik, który swoją życiówkę osiągał gdzie indziej niż na Velikance (nie licząc początkujących i ogólnych słabeuszy oczywiście). Od wczoraj ta reguła przestała się sprawdzać, bo wielkość skoczni w Vikersund (K195!) pozwala na osiąganie jeszcze lepszych wyników (oczywiście to tylko szansa, trzeba ją jeszcze umieć wykorzystać jak Evensen i Schlierenzauer).

Po dzisiejszych zawodach popołudniowych tym bardziej wypatruję jutrzejszych wczesnopopołudniowych, bo jestem ciekaw jaki wpływ na warunki będzie mieć słońce (dzisiaj już mocno zachodzące). W Planicy bowiem cała siła tkwiła w nagrzewaniu powietrza przez południowe (Adriatyk wszak tuż) słońce, co stwarzało fantastyczne noszenie w dolnej części zeskoku i pozwalało leeecieć.

Od kilku już lat jednak latało się ciut bliżej, niż Romoren w 2005 (czasem szczerze mówiąc po prostu słońca w Planicy brakowało), i wciąż choćby liczba „240” widniała tylko w kategorii „skoki nieustane„. W ciągu dwóch ostatnich dni wyników 240-metrowych przybyło pięć. Do magicznej (kiedyś uznawanej za nieosiągalną) długości ćwierć kilometra brakuje „tylko” 3,5 metra. Szansa na złamanie? Większa niż kilka miesięcy temu, tak naprawdę zdecyduje (oprócz noszenia, talentu etc.) przebieg konkursu, a w szczególności czy jury zdecyduje się obniżyć rozbieg tuż przed nosem tych, którzy mają szansę tak daleko dolecieć. Swoją drogą, Hoferowi za chwilę zwyczajnie braknie belek startowych, na które będzie mógł obniżać:)

Komentator musi być kompetentny

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej „X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5”, bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał „bonusu za wiatr w plecy” – że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów – do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..

 

Co nam może powiedzieć Willingen

Za cztery tygodnie mistrzostwa świata w Oslo. Będzie tam rozegranych wyjątkowo dużo, bo aż pięć konkurencji w skokach.

Przez cztery tygodnie sporo się jeszcze zdarzyć może, forma może się wzbić lub lekko odpłynąć, ale na razie można wróżyć z tego, co jest. Dzisiejszy znakomity drużynowy konkurs w Willingen (pierwsze zimowe podium PŚ na dużej skoczni!) rozbudza apetyty, ale trzeba spojrzeć z chłodną głową. Wynik w konkursie drużynowym jest w głównej mierze pochodną tego, kto jak bardzo zawali. Niemcy faktycznie nie zawalili ani jednego skoku (do pokonania Austriaków trzeba dyskwalifikacji, bo upadek może nie wystarczyć) i mieli – oprócz dopingu – rewelacyjnego Freunda. Pojedynek Polska-Norwegia rozstrzygnął się jednym słabszym skokiem: w pierwszej serii Żyła w nienajlepszym skoku osiągnął o 4.8 pkt więcej od Evensena, i tyle dokładnie wyniosła różnica na koniec! Wystarczyłby więc jakiś centymetr na sekundę wiatru więcej lub mniej, żeby zadecydować o podium (dzisiaj tak właśnie o 0,1 pkt  Finowie pokonali Japończyków w walce o piąte miejsce, a przecież w SLC o tyleż przegrali złoto z Niemcami). A wiatr z tyłu (choć dziś przesadnie silny) moim zdaniem naszym Orłom raczej sprzyja, niż przeszkadza, bo odlatywanie z dobrym wiatrem im nigdy nie wychodziło.

Na MŚ możemy więc liczyć na sześć szans medalowych w skokach. Powiedzmy to jasno: sześć szans, nie sześć medali (cud pokroju dwóch medali w jednym konkursie to tylko w głęboko skrytych marzeniach wizualizuję), a i to przy sporym szczęściu. Może Holmenkollen po raz kolejny okaże się dla Małysza łaskawa. Każdy medal biorę w ciemno.

Książę Kamil i śnieżny potwór

Kim jest Król Adam, wiedzą wszyscy, wzmianki o Księciu Kamilu były dotąd zwykle kwitowane uprzejmymi uśmiechami („może kiedyś…”). Dzisiaj Kamil Stoch te uśmiechy zgasił (swoją drogą ciekawe ilu tych uprzejmie uśmiechających się pamiętało o jego czwartym miejscu na ostatnich mistrzostwach świata w Libercu). Wykorzystał znajomość skoczni, nie dał się stłamsić tylnemu wiatrowi i wygrał zasłużenie. Nie dał się nawet wystraszyć wywołanemu zaklęciami redaktora Szaranowicza śnieżnemu potworowi..*

snow monster in Zakopane

…w jakiego zamienił się po upadku Adam Małysz.

Adam Małysz na zeskoku Wielkiej Krokwi

*na filmie około 0:30.