Jadę sobie do Wrocławia. Wpadam na Dworzec Główny w Katowicach (od strony nieremontowanej) na piętnaście minut przed odjazdem, widząc brak (w zasadzie) kolejki do kasy oddycham z ulgą, że nie będę musiał szukać konduktora. Mówię „poproszę do Wrocławia na 9.20”, wyjmuję od razu banknot stuzłotowy. Po chwili ze zdziwieniem widzę na wyświetlaczu kwotę przewyższającą setkę, myślę sobie: może jak zwykle kłamali na stronie PKP co do ceny biletu, dorzucam dwie dychy. Po chwili moje zdziwienie się podwaja, bo pani w kasie dziwnie na mnie patrzy i mówi „przecież pan dał stówę”. Nie do końca rozumiem o co chodzi, odbieram bilet i resztę, dziwię się po raz trzeci, bo bilet kosztuje zaledwie 36 zet (przy czym kwota na wyświetlaczu tak ze sto pińdziesiąt), zaczynam się zastanawiać, czy to jakaś taryfa last minute. Wczytuję się w bilet i widzę, że pani radośnie sprzedała mi nie na ekspres 9.20, tylko na TLK 9.36 (którym – drobiazg – na miejscu nie zdążę). Wracam do okienka (wciskając się z boku komuś dziwiącemu się właśnie, że terminal do kart działa inaczej niż zwykle, nie wnikając w szczegóły), mówię że chciałem na 9.20, a pani patrzy na mnie złowrogo i mówi, że „takiego pociągu nie ma!” (w niczym jej nie przeszkadza fakt, że w międzyczasie zapowiedzieli go dwa razy). Do odjazdu tylko pięć minut, jestem podenerwowany, a pani wyprowadza Cios Ostateczny:
– Ale pan wie, że taki bilet na ekspres kosztuje prawie sto złotych?
Zadziwiony po raz szósty, odbieram po chwili zapłacone wcześniej 36 zł (i tak by chyba nie zdążyła już wystawić), pędzę na peron, wsiadam, wypatruję konduktorki, szczęśliwie wsiadła akurat tam, gdzie stałem. Kiedy pociąg ruszył, uprzejmie proszę o wystawienie biletu, a ta troskliwie pyta:
– Ale pan wie, ile kosztuje bilet, miejscówka, opłata za wystawienie?
Noż kufla brać, nie rozumiem, skąd się bierze takie traktowanie ludzi jak ostatnich idiotów – że wsiadają do pociągu ekspresowego nie wiedząc ile kosztuje bilet. Chyba że obowiązuje domniemanie, że jak se znalazł w Internecie cenę, to kupi przez Internet albo weźmie auto…
PS Tylko idiota w PKP mógł wpaść na pomysł konieczności zarejestrowania się w systemie Intercity przed zakupem biletu (co chyba tłumaczy, dlaczego wyszukiwarka połączeń nie zawiera prostej opcji „kup bilet”) . Powtarzam: tylko idiota, we Włoszech mogłem kupić bilety na ichniejsze Intercity w automacie na dworcu w pipidówie, skląć automat i siebie, a potem w automacie skorygować rezerwację.
PS 2 Boję się, co będzie jak będę wracał. Nie wiem o której dokładnie będę wracał, więc nie bardzo mogę kupić z góry w ciemno, a stać potem w kolejce żeby zmienić bilet… dziękuję, tym bardziej nie.
PS 3 Proszę docenić, że nie nabluzgałem pani w kasie Intercity, byłoby w pełni uzasadnione.