Preferencje seksualne Google

Temat pojawił się gdzieś na fejsbuku, w konwencji mocno żartobliwej. Z głupia frant postanowiłem sprawdzić, i okazało się, że istotnie w informacji tkwiło solidne ziarno prawdy. Kiedy bowiem użyć Google Translate i kazać mu przetłumaczyć na polski frazę „homosexuality is wrong”, otrzymujemy efekt dość zastanawiający, poddający w wątpliwość nasze własne kompetencje językowe:

homosexuality is wrong?

Błędy i inne dziwactwa Google Translate są znane, więc od razu sprawdziłem wersję alternatywną, co jednak spowodowało tylko wyższe uniesienie brwi:

heterosexualism is wrong?

Kolejne próby (też uwiecznione, lecz po cóż marnować przestrzeń) dowiodły, że Google Translate biseksualizm i aseksualizm traktuje na równi z hetero. Poszukiwania nie wykazały istnienia jakiegoś idiomatycznego traktowania zwrotu „homosexuality is wrong”, bo tylko to przychodziło mi do głowy jako możliwość (mało prawdopodobną) wytłumaczenia tych zadziwiających wyników na gruncie czysto językowym. I wtedy wpadłem na jeszcze jeden pomysł, zmieniłem w GT język docelowy i…

homosexuality is wrong Putin says

Oczywiście taki wynik można tłumaczyć niechęcią Putina do homoseksualizmu, ale trudno byłoby o coś podobnego podejrzewać wesołych Czechów, a w czeskim tłumaczeniu wychodziło „homosexualita je nemravná” (rozumiecie, że nie mogłem się powstrzymać przed podaniem tego uroczo brzmiącego przykładu).

Mówiąc bardziej poważnie – nie wnikam, dlaczego Google Translate głupieje przy przekładaniu tej frazy akurat na polski, zdecydowanie nie podoba mi się natomiast fakt, że nie można ufać takim urządzeniom.

Spozycjonowani.pl: wypad, spaduwa, won

Proszę o wybaczenie, że po przerwie w tak brutalny sposób powracam do blogowania, ale cóż poradzić, człowiek chce radosny powrócić do rzeczywistości, a tu na blogu (na tym drugim, sportowym), wita go taki oto komentarz:

Dla naszego klienta chcielibyśmy umieścić na Waszym blogu artykuł lub artykuł sponsorowany. Nie możemy znaleźć danych kontaktowych do autora bloga stąd kontaktujemy się poprzez wpis w tym miejscu. Prosimy o kontakt mailowy w pierwszym możliwym terminie: info@spozycjonowani.pl.

No i teraz tak: oczywiście mógłbym się poczuć dowartościowany, jako Prawdziwy Blogerę, ale że jak wiadomo predyspozycji w tym kierunku nie posiadam, to odczułem głęboki dysonans (tak delikatnie mówiąc). Bo co innego dobrowolnie zamieścić reklamę (albo zostać zmuszonym do akceptowania reklamy, na szczęście chwilowo nie ma miejsca), a co innego tolerować na swoim własnym podwórku coś udającego mój tekst własny ku chwale jakiegoś badziewiaka, nawet jeśli miałoby to (ewentualnie) oznaczać podbicie mojego bloga w jakimś rankingu (to akurat moja dywagacja, może to nie mnie mieli pozycjonować tylko badziewiaka, tym gorzej dla nich). 

Tak więc proszę zapamiętać na przyszłość i tego rodzaju ofert mi nie składać. Sposób skierowania oferty nie miał znaczenia, jakby ofermy domyśliły się jaki jest mój e-mail i przysłały ofertę mailem, to też doczekałyby się zacytowania maila w notce, jak to już drzewiej bywało. Na pewno nie mogą natomiast liczyć na spełnienie prośby:

Po kontakcie z nami, będziemy wdzięczni za usuniecie tego wpisu z Waszego bloga.

Hehehehe.

A notki o przyjemniejszych tematach zapewne wkrótce nastąpią, jak się poukładają w głowie i tak dalej.

Ciemnogród!!!

Sezon ogórkowy w pełni… Na głównej stronie „macierzystego” portalu wielki nagłówek prowadził dziś do interwencyjnego tekstu o tym, jak to pewna pani rozwiodłszy się z małżonkiem, zaciążyła ze swoim bieżącym partnerem, i teraz jest wielce zdziwiona, kiedy się okazało, że prawnym ojcem dzieciątka jest były już małżonek. Dzieciątko urodziło się bowiem przed upływem trzystu dni od rozwodu, a że ignorantia iuris… i „po co się generalnie żenić, skoro papierek nam niepotrzebny”, to zadziałał prawny automatyzm przepisu art. 62 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. 

O samej racji tego przepisu rozpisywać się akurat nie zamierzam, zainteresowani mogą poczytać podręcznik Winiarza albo (dla bardziej zaawansowanych) jakowyś komentarz do kodeksu. Głęboko poruszył mnie natomiast ton komentarzy, wśród których dominowały poglądy o głębokim wstecznictwie tego przepisu „w dobie przeszczepów twarzy i badań DNA”, o „polskim zacofaniu”, o beznadziejności tego kraju, o ciemnogrodzie i dziczy (pozwolą państwo, że nie będę linkował, kto czytał ten widział, kto ciekaw wygugla). Oczywiście wypowiedzi te były oparte na klasycznym (czasem się mówi „typowo polskim”, ale to chyba jednak nadużycie) przeświadczeniu, że własna ocena jest wystarczająca do uznania się za fachowca. Nikomu wszak nie przeszkadzało, że podobne zasady istnieją choćby w prawie francuskim czy włoskim (w paru innych krajach podobna zasada ograniczona jest do śmierci męża, ale w istocie swojej taka sama), nie przeszkadzało, bo zwyczajnie o tym nie wiedzieli.

Niewiele wcześniej zaś podobna „dyskusja” toczyła się pod tekstem dotyczącym ks. Lemańskiego – z tym, że nie pod relacją z plebanii, tylko pod fachowymi (w założeniu) analizami prasowymi, czy odwołanie się przez ks. Lemańskiego od usunięcia go z funkcji proboszcza powoduje zawieszenie wykonania dekretu biskupiego, czy nie. Nikt w zasadzie nie przejmował się zupełnie zawiłościami kodeksu prawa kanonicznego (moim zdaniem ks. Lemański na pewno powoływał się na niewłaściwy przepis, ale mniejsza z tym), komentatorom wystarczyło przekonanie, że mają rację co do zasady, więc i w szczegółach zapewne też. Chciałbym im życzyć, by we własnych sprawach zdawali się jednak czasem na chłodny ogląd szczegółów, bo często naprawić szkód się potem już nie da. 

Podobno dla młodszych pokoleń Internet to „ich kraj”. Straszny to ciemnogród, ten Internet.

Niepróżny czy jednak małopróżny?

Przeczytałem właśnie wstrząsający artykuł o blogowaniu. Pierwsze zdanie brzmi „Co sprawia że blogerowi chce się pisać?” – i na tak postawione Pytanie ponoć odpowiedź brzmi „najważniejsza jest PRÓŻNOŚĆ”. 

Cóż, trzeba wziąć na klatę, sam w końcu mam notkę o tym jak przyznaję się do próżności skromnych rozmiarów, obywatelscy blogerzy śledczy mogą mi wytropić, czy gdzieś nawet nie bardziej (jak przeczytają ten tysiąc z hakiem notek, mnie się nie chce grzebać w pamięci…). Poza tym „interpretacja próżności może być szeroka”, aspekty techniczne tego zdania pozostawiam koledze Brezly’emu, w każdym razie pomimo mojego przyrodzonego przekonania o skromności może jednak wyjść na to, że upajam się własnym blogowaniem (a może to nie próżność tylko narcyzm by był…)

Podobno blogerzy lubią też dostawać coś do testowania. Pewnie, kto by nie lubił, czy do tego na pewno trzeba być blogerę? Zacząłem się zastanawiać, co do testowania mógłbym dostać… hmm… patrząc na tytuł bloga być może jakiś producent szczotek lub grzebieni… Nie byłby to może wcale zły pomysł, grzebienie zdarza mi się gubić lub przynajmniej czasowo zapodziewać, a tak jakbym dostał do testów to mógłbym mieć i na stałe w aucie (wraz z zapasem), i w domu w różnych łazienkach i pomieszczeniach, i w teczkach, i może w kieszeniach marynarek, i… no w wielu praktycznych miejscach oczywiście. 

Podobno blogerzy lubią też interakcję ze swoimi kochanymi czytelnikami. Kochani, interakujmy więc!

PS Tekst jest tutaj, lub przynajmniej był ostatnio.

Zapomniany Snowden

Zrobiłem eksperyment na żywym ciele Internetu. Wpisałem do wyszukiwarki (wszyscy wiecie do jakiej, jeszcze będę próbował w tej co próbuje być drugą*) proste słowo „Snowden”. Z zupełnym brakiem zaskoczenia przyjąłem fakt, że w wynikach zaroiło się od linków dotyczących Bohatera Tygodnia Edwarda Snowdena, który ujawnił niecne knowania amerykańskich agencji, podsłuchujących wszystko co się powie, napisze i wyśle. Znacznie bardziej interesowało mnie, co znajdę potem.

Dość szybko zaczęły się pojawiać wyniki dotyczące zespołu Snowden. Jako że jest to może nie najpopularniejsze, ale jednak zwykłe nazwisko, z czasem pojawili się też inni Snowdenowie – blogerzy, artyści, naukowcy, prawnicy etc., nazwisko zaczęło też występować w nazwach firm, zdaje się w jakiejś grze komputerowej jest to element nazwy własnej (proszę o wybaczenie, ale nie wchodziłem w poszczególne linki). Potem pojawiły się i nazwy geograficzne – miejscowość Snowden, góra Snowden, kto ciekaw ten wyszuka. 

Cichą motywacją eksperymentu było sprawdzenie skuteczności tzw. bąbla, czyli dopasowywania wyników wyszukiwania do osoby szukającego (w oparciu o dane zgromadzone przez evil corporation w swoich przepastnych zasobach). Gdyby ten eksperyment miał być miarodajny, to korporacja mogłaby się obnosić z dumą, że zaprezentowała mi tyle niepotrzebnych propozycji – zamiast tego, co po cichu starałem się znaleźć. Kiedy szukałem przez telefon, dopiero gdzieś w drugiej setce wyników znalazłem cichego żołnierza, który jadł na obiad duszone pomidory, i któremu było potem tak beznadziejnie zimno. Kiedy szukałem w laptopie, nie pojawił się wcale, aż do momentu kiedy wyszukiwarka powiedziała, że teraz będzie się już tylko powtarzać; na jej obronę mogę powiedzieć tyle, że wśród propozycji alternatywnego wyszukiwania zaproponowała mi kombinację precyzującą, prowadzącą tam gdzie trzeba. 

Gdzież jest niegdysiejszy Snowden? Zapomniany, choć zapomnieć się go nie da. Mówiąc brutalnie – o Edwardzie Snowdenie też świat z czasem zapomni, tak jak mało kto pamięta dziś sam z siebie Bradleya Manninga. To umierający Snowden zostanie nieśmiertelny.

*druga wyszukiwarka zaskakująco zaczęła od wyników jakby sprzed tygodnia, dopiero gdzieś w trzeciej dziesiątce pojawił się Edward, Hellerowskiego Snowdena nie było zaś wcale

Napisała do mnie Yoda

Dostałem maila. Maila poetyckiego (choć bardziej jeszcze byłby poetycki, gdyby zadbać o wersyfikację). 

Hello I Dasha. My friend I looked your structure. It has very much liked me. I want To correspond with you letters. I wish to inform directly on myself: My name is Anna. I was born in the city of Samara, Russia. I here live since a birth. I was born in 1985. To me of 28 years. At me Brown eyes (beautiful.) I the blonde.

Ale też jednak nie chciałbym zbyt wiele wymagać od blondynki dwojga imion.

I have no children, but I very much I wish to have the girl and the boy. I think, that children in live-this most Happy. I love various cultures. I like to study history, it to me Very much it is pleasant. I work as the bookkeeper in firm. Mine Work very much is pleasant to me. At leisure I like to visit Library to go to cinema, to watch TV, go in sports Hall. Most my hobby is fitness. I very much like to go in for sports, I Much I run in the mornings.

Jak powiedziałaby matka Adriana Mole’a, to marzenie oznaczałoby odbycie co najmniej dwóch stosunków seksualnych (a potem może iść biegać). Wróć, mogą się trafić bliźnięta.

I The formed woman, has left school on 4 and 5. Has then acted in University. Has finished it too well. Then I have gone to work. I studied as the bookkeeper. It would be fine, If I and you could do Friendship or more than simply friendship. I search Serious attitudes, and I shall be happy To study you more close.

Boję się pomyśleć o tym, że księgowa będzie mnie studiować żeby zrobić ze mną coś więcej niż prosta przyjaźń. W końcu może się skończyć dwójką dzieci, c’nie?

Will be It is fine, if we can exchange some letters and photos. Write to me what your purposes and plans during the future? That you search in To the woman? Inform more on a place Where do you live. I shall look forward to hearing from You. 
I know English language well enough. I hope, that our dialogue will make sense.  

Dialogi bez sensu też bywają interesujące, choć raczej wtedy, gdy uczestnicy dialogu zdają sobie z tego sprawę i świetnie się tym bawią.

I think, that problems at us with dialogue will not be.

Yes, my Master, may the Force be with you.

Gdyby mi nie było szkoda sprawdzonego adresu mailowego, to bym potrollował spamera.

Ja tu tylko blogaskuję i naprawiam prymus

Gdybym miał Ambicje, powinienem zacząć ten wpis od „My, Blogerzy polscy…”. Ale normalnie aż strach. Dowiedziałem się oto bowiem, że w blogowaniu nie chodzi tylko o stukanie paluszkami w celu przelania na bajty tego, co człowiekowi w duszy zagra – istnieje jakieś blogesse oblige czy noblesse bloge, że bloger to jest Ktoś.

Zaczęło się od tego, że pewna Znana Blogerka (jak literkowała na bloksie, to kiedyś nawet raz czy drugi zajrzałem, nieco zadarty nos IMHO miała, ale co ja tam wiem, naprawiam tylko prymus) napisała półżartem na fejsie, że zepsuł się jej aparat fotograficzny. Półserio odpisał jej zaraz przedstawiciel producenta, oferując bezpłatny serwis, więc przekazała mu aparat do bezpłatnego serwisu. A bezpłatny serwis ustalił, że jeśli chciałaby nadal sensownie korzystać z tego samego aparatu, to musiałaby wyskoczyć z jakiejś jednej trzeciej średniej krajowej (przy czym taki sam model, nie śmigany, kupiłaby za połowę kosztu naprawy). No i panie, zgroza, jak tak można (choć jeśli wierzyć opisowi, to sposób komunikacji ze strony producenta zasługiwał na osobne wyśmianie). Opis znajdziecie tutaj

A potem, śmiejąc się wciąż nieźle, trafiłem na tekst innej Jeszcze Bardziej Znanej Blogerki, która ogólnie opisała Etos Blogera i dlaczego jest nadużywany (lub niedoużywany). Właściwie nie mam siły go opisywać ni streszczać, niech sam tytuł powie za siebie: Jestę blogerę czy jestem blogerem?

Ech, proszę państwa, jak widać Bloger brzmi dumnie. Ponieważ ja z tych, co z patosu wolą się pośmiać (Facebook alert) niż się nim udławić, więc dla porządku deklaruję: nie jestem blogerę, nie jestę blogerem, ja tu tylko sprzątam, blogaskuję po cichu (i naprawiam prymus, oczywiście). 

Znad gazety wciąż papierowej

Poszedłem rano leniwie do sklepu po bułki, przy okazji wziąłem gazety. Przekartkowałem nowy numer miesięcznika, uśmiechnąłem się na widok tekstu, o który już się pokłóciliśmy z autorem na fejsie. Zadumałem się przez chwilę, że gdyby nie współczesne technologie, to spór ograniczyłby się do wysłania przeze mnie listu do redakcji, który może zostałby opublikowany w następnym numerze, a może i nie (do tej pory nie pamiętam w tym piśmie listów od czytelników, ciekawe czy ktokolwiek pisze, zamiast skomentować pod artykułem lub na fejsie). 

Później przy kawie sięgnąłem po gazetę codzienną. Znalazłem w niej artykuł Rafała Steca o tym, jak rozrzutnie korzystamy z Internetu uważając, że musi on być w całości dostępny w każdym miejscu i o każdej porze. Gdybym ten artykuł czytał w Internecie, zapewne mógłbym w tym momencie umieścić doń linka, żebyście mogli też go przeczytać nie idąc po gazetę. Artykuł tak mnie zauroczył, że natychmiast chciałem Rafałowi pogratulować, i nie mogłem się zdecydować, czy mam to zrobić na blogu, czy na fanpage’u. Tyle że w tym celu musiałbym włączyć laptopa…

Zadumałem się: jak łatwo, a zarazem jak trudno być człowiekiem XXI wieku. I czy na pewno bycie człowiekiem XX wieku nie było lepsze. 

Idiotyczna pseudotroska PKP o pasażera

Jadę sobie do Wrocławia. Wpadam na Dworzec Główny w Katowicach (od strony nieremontowanej) na piętnaście minut przed odjazdem, widząc brak (w zasadzie) kolejki do kasy oddycham z ulgą, że nie będę musiał szukać konduktora. Mówię „poproszę do Wrocławia na 9.20”, wyjmuję od razu banknot stuzłotowy. Po chwili ze zdziwieniem widzę na wyświetlaczu kwotę przewyższającą setkę, myślę sobie: może jak zwykle kłamali na stronie PKP co do ceny biletu, dorzucam dwie dychy. Po chwili moje zdziwienie się podwaja, bo pani w kasie dziwnie na mnie patrzy i mówi „przecież pan dał stówę”. Nie do końca rozumiem o co chodzi, odbieram bilet i resztę, dziwię się po raz trzeci, bo bilet kosztuje zaledwie 36 zet (przy czym kwota na wyświetlaczu tak ze sto pińdziesiąt), zaczynam się zastanawiać, czy to jakaś taryfa last minute. Wczytuję się w bilet i widzę, że pani radośnie sprzedała mi nie na ekspres 9.20, tylko na TLK 9.36 (którym – drobiazg – na miejscu nie zdążę). Wracam do okienka (wciskając się z boku komuś dziwiącemu się właśnie, że terminal do kart działa inaczej niż zwykle, nie wnikając w szczegóły), mówię że chciałem na 9.20, a pani patrzy na mnie złowrogo i mówi, że „takiego pociągu nie ma!” (w niczym jej nie przeszkadza fakt, że w międzyczasie zapowiedzieli go dwa razy). Do odjazdu tylko pięć minut, jestem podenerwowany, a pani wyprowadza Cios Ostateczny:
– Ale pan wie, że taki bilet na ekspres kosztuje prawie sto złotych?

Zadziwiony po raz szósty, odbieram po chwili zapłacone wcześniej 36 zł (i tak by chyba nie zdążyła już wystawić), pędzę na peron, wsiadam, wypatruję konduktorki, szczęśliwie wsiadła akurat tam, gdzie stałem. Kiedy pociąg ruszył, uprzejmie proszę o wystawienie biletu, a ta troskliwie pyta: 
– Ale pan wie, ile kosztuje bilet, miejscówka, opłata za wystawienie?

Noż kufla brać, nie rozumiem, skąd się bierze takie traktowanie ludzi jak ostatnich idiotów – że wsiadają do pociągu ekspresowego nie wiedząc ile kosztuje bilet. Chyba że obowiązuje domniemanie, że jak se znalazł w Internecie cenę, to kupi przez Internet albo weźmie auto…

PS Tylko idiota w PKP mógł wpaść na pomysł konieczności zarejestrowania się w systemie Intercity przed zakupem biletu (co chyba tłumaczy, dlaczego wyszukiwarka połączeń nie zawiera prostej opcji „kup bilet”) . Powtarzam: tylko idiota, we Włoszech mogłem kupić bilety na ichniejsze Intercity w automacie na dworcu w pipidówie, skląć automat i siebie, a potem w automacie skorygować rezerwację. 

PS 2 Boję się, co będzie jak będę wracał. Nie wiem o której dokładnie będę wracał, więc nie bardzo mogę kupić z góry w ciemno, a stać potem w kolejce żeby zmienić bilet… dziękuję, tym bardziej nie. 

PS 3 Proszę docenić, że nie nabluzgałem pani w kasie Intercity, byłoby w pełni uzasadnione.

Zadania z angielskiego

Lesson 1: for beginners.

Three witches watch three Swatch watches. Which witch watches which Swatch watch?

Lesson 2: for advanced speakers.

Three switched witches watch three Swatch watch switches. Which switched witch watches which Swatch watch switch?

Lesson 3: for somebody I used to know (before his exam).

Three Swiss witchbitches which wished to be switched Swiss witchbitches, wish to watch three Swiss Swatch watch switches. Which Swiss witchbitch which wishes to be a switched Swiss witchbitch, wishes to watch which Swiss Swatch watch switch?

Jeśli przeczytaliście i jesteście w stanie tak dalej, to sobie przetłumaczcie (w końcu to zadania). 

PS Wiem że było na fejsie, sam przepisywałem. Palce też ledwo dawały radę.