O czym ćwierkają jastrzębie

Dziś na turnieju wimbledońskim dzień przerwy, więc wiadomości sportowych brak – pustkę wypełnia się wiadomościami o niczym i opowieściami dziwnej treści.

Przeczytałem właśnie, że skradziono parę dni temu słynnego jastrzębia Rufusa, odpowiedzialnego za poranne przeganianie ptactwa znad kortów (żeby nie brudziło i nie niszczyło trawy). Do czasu odnalezienia Rufusa, zastępuje go jastrząb Hector. 

Najbardziej fascynująca była informacja zamieszczona na sam koniec tekstu – że profile Rufusa na Twitterze i Facebooku śledzi ponad 1600 osób. Nie podano, ile wśród nich jest ptaków. 

Blog Day 2011

Przyznam szczerze, że znowu o tym dniu właściwie zapomniałem (przed chwilą gdzieś mi na forum mignęło). I przyznam równie szczerze, że byłem już przekonany, że nie będę go „świętował” – blogi, które mógłbym polecić, zasadniczo są na blogrollu, albo już polecałem, i za Chiny nie pamiętałem jakie jeszcze mógłbym polecić, kiedy zaczynałem pisać tę notkę.

I już miałem napisać, że rezygnuję z prowizorki, gdy otworzyły się czeluście Fejsbuka i różne blogi wylazły na powierzchnię:)
1. Taki postmodernistyczny literacki spinoff do Harry Pottera. Trafiłem przypadkiem, przeczytałem jeden rozdział, zrobiłem brwiami WTF i zlinkowałem na FB. Nina Black i Severus Snape, łaaa (być może wiecie o kogo chodzi nawet, ja tylko częściowo).
2. Blog dla szyderców z Apple. Można nie przepadać za stylem Ogrodnika Januarego, a można się dobrze bawić, czasem pod notkami dyskusje techniczne, że normalnie nic nie rozumiem. Applefobia.
3. Drugi blog do podśmiechujek z Apple. Tym razem anglojęzyczny i pisany z miłości. Aż można pokochać Apple, że tak ładnie się można z nich śmiać. Scoopertino.
4. A ten blog pewnie wkrótce zacznie zamierać, ale to ostatnio moja codzienna lektura. Al-Jazeera i jej blog poświęcony libijskiej rewolucji, na żywo. 
5. I na deser odrobina pięknych słówek w zaskakujących konfiguracjach. Pocztówki z Paranoi.

Mało? To zaczekajcie do przyszłego roku.

 

Spadek po nieznanym krewnym

Dostałem ostatnio na Facebooku wiadomość od jakiegoś prawnika, który poszukiwał spadkobierców jednego faceta o nazwisku pasującym do mojego. Kwota spadkowa ponoć zacna, sześciocyfrowa (i to w walucie obcej). Krewnego o danym imieniu wprawdzie nie pamiętałem, ale któż by spamiętał imiona potomków kuzyna prapradziadka?

Ponieważ zarobiony jestem, więc postanowiłem, że mimo atrakcyjnej kwoty, sam się sprawą nie będę zajmował. Sprawdziłem więc podany numer telefonu i grzecznie odpisałem panu prawnikowi (to znaczy ja myślę że to pan jest, aczkolwiek nie byłem pewien czy ma na imię Andrew, czy Andrea), że wkrótce zgłosi się do niego mój lokalny przedstawiciel prawny. Lokalny, czyli w Togo.

Kiedyś to się nazywało „nigeryjski przekręt”, ale jak widać technologia została wyeksportowana (no i nowy kanał dystrybucji się znalazł). Swoją drogą kusiło mnie kiedyś, żeby założyć specjalne konto mailowe i podjąć z niego dyskusję w sprawie takiego „spadku”, ale chyba nie mam dość motywacji, żeby to zrobić tylko dla zabawy.

Nie lubię to

Niedawno planowałem napisać o tym, że nabieram coraz głębszej awersji do Facebooka – po tym, jak z każdej strony zacząłem dostawać oferty, żeby komuś dołączyć do znajomych, tylko dlatego, że akurat mój e-mail znalazł się w skrzynce pocztowej i Facebook automatycznie zaliczał mnie do potencjalnych znajomych (sam zakładając konto, kategorycznie zablokowałem wszelkie tego rodzaju akcje pomocy dla nowo przybyłych, zachowując maksimum kontroli nad swoją prywatnością). Te zaproszenia dawały zresztą prześmieszne rezultaty, bo konto na Fejsie (używane równie rzadko, jak konto na NK) mam powieszone na jednym e-mailu, a zaproszenia przyszły też na dwa inne, z propozycją, abym koniecznie utworzył pod nie dodatkowe profile (potem mógłbym sam sobie zostać znajomym). Notka ostatecznie nie powstała, bo większość moich uczuć wyraził Polarny, i straciłem motywację. Kiedy jednak zobaczyłem w poczcie zaproszenie od znajomego do dołączenia do stworzonej na najbliższe miesiące grupy politycznej (po wyborach samorządowych zemrze), zobaczyłem te wszystkie komunikaty, co kto lubi, a po zajrzeniu na Bloksa zobaczyłem jeszcze u kogoś pod notką nowinkę w postaci przycisku „Lubię to” – to już nie było innej możliwości: musiało paść pytanie „a dlaczego na Facebooku nie ma przycisku Nie lubię to?”

Wszystkim myślącym podobnie dedykuję w tym miejscu jako państwowy nasz hymn.

Temu, kto rozpozna cytat (inspirację) dla słów pod linkiem w poprzednim zdaniu, gotów jestem kliknąć pod czymś „Lubię to”.