Na torach wyścigowych, zwłaszcza tych z tradycją, zakrętom nadaje się nazwy. Fanom F1 nie trzeba tłumaczyć, co to Rascasse, Eau Rouge czy Parabolica, wystarczy jedno słowo i każdy od razu wie o co chodzi. Czasem nazwy pochodzą – niestety – po prostu od jakiegoś sponsora, czasem od nazw lokalnych, niejeden nosi nazwisko jakiegoś wybitnego kierowcy, jak Variante Ascari czy „eska Senny”; w niektórych przypadkach jednakowoż wystarczy sam numer, jak w przypadku tureckiego Zakrętu 8.
Na blogu znanego dziennikarza wyścigowego Jamesa Allena pod notką o nowo budowanym torze wyścigowym w Austin w Teksasie (w listopadzie ma tam zawitać Formuła 1, a dziś budowlańcy zasuwają w pocie czoła), ktoś zasugerował, że fajnie byłoby i tam ponazywać zakręty. Ktoś inny od razu zaproponował nazwę „zakręt Armstronga”.
Ciekawe, ilu czytających tę propozycję pomyślało zgodnie z jej autorem o astronaucie Neilu Armstrongu, ilu o jakże kontrowersyjnym dziś kolarzu Lance Armstrongu (tam od razu ktoś tak pomyślał), a jeszcze ilu o jakimś innym Armstrongu, na przykład o tym. Wybitnego kierowcy o tym nazwisku w każdym razie nie kojarzę.