Kiedy sięgałem po coś do wysokiej szafki, zawadziłem o stojące na jej brzegu dokumenty. Głupio się może przyznać, ale poleciały na ziemię, więc mnąc w zębach jakieś słowa uznane powszechnie za obraźliwe i nieprzyzwoite, przerwałem grzebanie w szafce i schyliłem się żeby je podnieść.
Były wśród nich paszporty całej rodziny. Uśmiechnąłem się z lekka pod nosem, bo paszport z definicji kojarzy się z zagranicą, a to często niesie za sobą miłe wspomnienia. Starym odruchem zacząłem kartkować któryś z paszportów, żeby te wspomnienia ożywić i wzmocnić.
Nie udało się. Przejrzałem wszystkie starannie, kartka po kartce. Jeden był prawie jak nowy, więc niewiele mógłby z siebie wykrzesać, ale pozostałe miały odpowiednio cztery i osiem lat od wydania. W tym okresie wybieraliśmy się na dłuższe (niż jeden dzień) wyjazdy zagraniczne sześciokrotnie, odwiedzając przejazdem lub na dłużej dziewięć państw, za każdym razem z paszportami za pasem. Nie ma z tego ani śladu w paszportach, nawet najmniejszego stempelka, tanich wiz wbijanych na lotnisku pozbyłem się ze starymi paszportami.
Schengen ma swoje wady, na pewno odebrało pamiątki (westchnienie człowieka XX wieku).


