Paszporty rozczarowania

Kiedy sięgałem po coś do wysokiej szafki, zawadziłem o stojące na jej brzegu dokumenty. Głupio się może przyznać, ale poleciały na ziemię, więc mnąc w zębach jakieś słowa uznane powszechnie za obraźliwe i nieprzyzwoite, przerwałem grzebanie w szafce i schyliłem się żeby je podnieść. 

Były wśród nich paszporty całej rodziny. Uśmiechnąłem się z lekka pod nosem, bo paszport z definicji kojarzy się z zagranicą, a to często niesie za sobą miłe wspomnienia. Starym odruchem zacząłem kartkować któryś z paszportów, żeby te wspomnienia ożywić i wzmocnić. 

Nie udało się. Przejrzałem wszystkie starannie, kartka po kartce. Jeden był prawie jak nowy, więc niewiele mógłby z siebie wykrzesać, ale pozostałe miały odpowiednio cztery i osiem lat od wydania. W tym okresie wybieraliśmy się na dłuższe (niż jeden dzień) wyjazdy zagraniczne sześciokrotnie, odwiedzając przejazdem lub na dłużej dziewięć państw, za każdym razem z paszportami za pasem. Nie ma z tego ani śladu w paszportach, nawet najmniejszego stempelka, tanich wiz wbijanych na lotnisku pozbyłem się ze starymi paszportami.

Schengen ma swoje wady, na pewno odebrało pamiątki (westchnienie człowieka XX wieku). 

Zajawka w przelocie

Dla tych, których tematyka sportowa też interesuje, a z dowolnego powodu nie zaglądają od razu także na mój blog sportowy w serwisie śląsk.sport.pl, informacja, że po okresie pewnej posuchy, popełniłem tak arę notek na tematy bieżące (nie licząc zamieszczanych równolegle wypisków o Formule1), a to:
– o Stadionie Narodowym (wiecie skąd ostatnio takie mgły? Narodowy paruje),
– o reprezentantach narodowych (futbolowych), dwóch konkretnie,
– o byłym mistrzu kolarskim i jego legendzie. 

Bardem, Bad Bardem

W poprzedniej notce na temat 007 było o pięknych kobietach, teraz pora na drugą sól wszystkich bondowskich filmów, czyli Złych. Od razu powiedzmy, że chodzi o głównych Złych, a nie o ich – nawet fascynujących – pomocników (czyli Villains, a nie henchmen, czyli pomijamy choćby Oddjoba, Pana Kidda z Panem Wintem czy Buźkę). Tych również byłoby 22*, bo ranking dotyczy bardziej odtwórców, niż ich filmowych postaci (co zresztą za chwilę się okaże). 

Dziś przyjmiemy kolejność odwrotną, czyli najpierw miejsce trzecie. W rolę Blofelda wcielało się kilku aktorów, z tego trzech pokazywało swoją twarz (nie wiem ile zagrało kotów, nawet Michał Grzesiek chyba o tym nie pisał). Z tych trzech, moim ulubionym pozostaje Donald Pleasence, nie będzie wyżej głównie dlatego, że w „Żyje się tylko dwa razy” na ekranie jego twarzy widać niewiele, a szkoda, tej demoniczności nigdy dość. 

Miejsce drugie zajmuje aktualnie Max Zorin z „Zabójczego widoku”. Kapitalna mieszanka geniusza, biznesmena i psychopaty, zwłaszcza na tle podstarzałego Moore’a zawłaszcza ekran dla siebie, a ma na to dużo czasu. I do tego ten prawie nieodłączny uśmiech Christophera Walkena.  

O miejscu pierwszym powie ktoś, że to niesprawiedliwe względem pozostałych. Prawda, już starożytni Słowianie mawiali, że co dwoje to nie jedno, łatwiej dzięki temu wzbogacić skalę Zła. A już zwłaszcza jak można wykorzystać schemat Pięknej i Bestii. Renard, budzący grozę u wszystkich żyjących (bo sam już w pół umarły, choć nie zombie), i Elektra, zwodniczo piękna, panująca jak nie strachem to fortelem, Machiavelli byłby z nich dumny, zwłaszcza w wykonaniu Roberta Carlyle’a i Sophie Marceau w „Świat to za mało„. 

W Skyfallu rolę Złego zagrał Javier Bardem i podobno jego Raoul Silva jest rewelacyjny (na pewno jest blondynem). Bardem budzić grozę potrafi, wystarczy wspomnieć jego Antona Chigurha, podobno na ekranie pojawia się już w połowie filmu, więc pole do popisu będzie mieć. Bondowi po całej kolekcji Złych już straszny być nie może, nam.. w sumie to nie horror, ważniejsze żeby nas olśnił.

(100)

Jak nie New Jersey, to co?

Dotarła w tym tygodniu wiadomość, że hucznie zapowiadane na czerwiec przyszłego roku Grand Prix Ameryki na nowo budowanym torze ulicznym w New Jersey (nad brzegiem rzeki Hudson, z panoramą na Manhattan), zostaje odłożone na rok 2014. Oficjalnie podany powód to opóźnienia w budowie niektórych budynków (co się myśli nieoficjalnie, to zostawmy na uboczu, bo i tak się pewnie do końca nie dowiemy). 

Pytanie, które bardziej wszystkich nurtuje, brzmi: co w zamian? I tu się nagle okazuje, że tak jak chętni do organizowania wyścigów Formuły1 się pchają drzwiami i oknami, to więcej w tym dobrych chęci, niż możliwości. Wyścig Formuły 1 to przede wszystkim potężne pieniądze, zaczynając od kilkudziesięciu milionów dolarów opłaty na rzecz organizatora cyklu, przez koszty budowy toru po wszelkie wydatki związane z logistyką. Oczywiście, każdy liczy na sponsorów, reklamodawców, bilety, ale tak naprawdę nie obywa się zwykle bez dofinansowania ze strony miasta organizującego wyścig lub nawet państwa (które z kolei liczą na zyski w postaci zwiększonych obrotów dzięki najazdowi kibiców oraz publicity które ma wygenerować dalszy ruch turystyczny). 

Niestety, te rachunki niekoniecznie się chcą domykać. Ściganie na torze w Stambule skończyło się z powodów finansowych, z tych samych przyczyn (zwłaszcza biorąc pod uwagę kryzys finansowy) Walencja zrezygnowała z samodzielnego organizowania wyścigu, dzieląc się nim z Barceloną. Niemcy również zamiast dwóch wyścigów w roku (jak kiedyś) z trudem organizują jeden (Nuerburgring jest na skraju bankructwa, a Hockenheim otwarcie mówi, że nie stać ich na coroczny wyścig). Francja już-już miała znaleźć się w przyszłorocznym kalendarzu, ale stanowcze „nie” dla dofinansowania wyścigu przez państwo (zwłaszcza po wyborach), okazało się przeszkodą zbyt poważną. Nie znalazł się w kalendarzu wyścig w Meksyku, podobno też nie są tam jeszcze gotowi na goszczenie Formuły w roku 2013. Kibice wzdychają za różnymi torami znanymi z przeszłości, jak choćby Imola, ale to nie kibice domykają budżet. Wygląda więc na to, że jeśli nie stanie się cud (czytaj: nie znajdzie się bardzo bogaty wujek), to w przyszłym roku będzie 19 wyścigów zamiast 20, w końcu większość planów nowych wyścigów (Rosja, także mgliste zapowiedzi Argentyny czy Tajlandii) to dopiero 2014, czyli na święty nigdy. 

Chwilówki się trzymają mocno

Trudno chyba w dzisiejszych czasach o człowieka, który nie widział mobilnych tablic reklamowych w postaci maluchów w kolorze czerwonym, z nadbudówką na dachu w kształcie piramidki, zwykle jeżdżących co najmniej parami lub większymi stadami. A na piramidce (czerwono-żółtej) informacja, pod jakim numer dzwonić, żeby dostać szybki kredyt (choć akurat szybkość tablicy reklamowej nie jest tu najlepszą reklamą). 

Jechałem ostatnio przez jedną z wsi. Droga była kręta, więc to i wyskoczyło na mnie znienacka. Wyjechały mi naprzeciw trzy czerwone mobilne tablice reklamowe. Ale nie maluchy, tylko seicento. 

Wygląda na to, że chwilówki prosperują (no chyba że maluchy się po prostu rozsypały ze starości). Najlepszy to dowód, że kryzysu żadnego nie ma – ale to przecież wiedzieliśmy, bo w kryzysie człowiek sięga do ostatnich zasobów: pije stare wino, je spleśniały ser i jeździ samochodem bez dachu, a nie bierze pożyczki jak jakiś burżuj…

Lance debeściak

Na temat Armstronga właściwie nie powinienem się szczególnie rozpisywać, bo Airborell na swoim blogu poświęcił mu już parę notek, i od strony czysto kolarskiej właściwie nie miałbym już nic do dodawania. Tenże Airborell wrzucił mi dziś jednak do świadomości wypowiedzi dwóch polskich dziennikarzy, specjalistów od kolarstwa, którzy w winę Armstronga pomimo stada dowodów zwyczajnie nie chcą wierzyć

Niektórzy nie wierzą, bo prawda nie mieści im się w głowie (psycholog pewnie powiedziałby o wyparciu). Inni próbują usprawiedliwiać swoich bohaterów myślą, że inni robili tak samo, a „nasz” i tak był wielki (tu nie podejmuję się nawet identyfikować, jaki to mechanizm obronny). Pochylmy się jednak przez chwilę nad tą ostatnią koncepcją. Armstrong byłby więc nie tyle kolarskim fenomenem samym w sobie, ile po prostu najlepszym wśród wszystkich dopingujących się, biorącym tak samo jak inni (co nie jest może bardzo dalekie od prawdy). Wyścig najmocniej naciskających na pedały stałby się więc wyścigiem na jakość dopingu i technik medycznych, wyścigiem na spryt w unikaniu kontroli dopingowych i na ryzyko w opóźnieniu odstawienia dopingu przed zawodami… Z pozoru niczym się to nie różni od „zwykłego” wyścigu technologicznego w innych sportach, gdzie eksploatuje się nowe technologie i nagina granice przepisów do szczytu możliwości. 

Nawet i jednak w tym „szarym” wyścigu, obowiązuje podstawowa zasada: „kto umarł, ten nie żyje”, kto wpadł, ten leży. Lance Armstrong jest znany głównie jako wielki dominator Tour de France, siedmiokrotny jego zwycięzca od roku 1999.  Nie byłoby pewnie ani połowy tego, gdyby wykryto u niego doping już w 1999 (dziś wiadomo, że w sześciu próbkach Armstronga z tego wyścigu jest EPO, wtedy niewykrywalne). Ale w tymże 1999 roku wykryto u niego podczas Touru kortyzon (prawdopodobnie wstrzyknięty parę tygodni wcześniej podczas innego wyścigu). Żeby uniknąć oczywistych sankcji, lekarz zespołu sfałszował (antydatował) receptę, na której zapisał maść na odparzenia, co „legalizowało” użycie wykrytej substancji. Plotki głoszą, że oprócz tego na konto wysoko postawionego działacza* federacji kolarskiej miała trafić znaczna suma

Kto chce być najlepszy, musi pokonać innych w równej walce. Armstrong być może zrobił to w 1993 roku na mistrzostwach świata w Oslo (szczerze chcę wierzyć, że jego zaskakująca wygrana była oznaką talentu, nie wspomagania, i póki co nie ma żadnych dowodów, aby było inaczej), ale to nie tworzy legendy największego. Fałszywej, jak widać, bo był tylko największym mafioso.

*to eufemizm, jak widać z linka, ale będę bezpiecznie uprzejmy

Gdzie jest Adrian?

W ostatnich latach oglądając polskich piłkarzy, doznaję elektryzującego uczucia patrząc na dwóch. Jeden z nich rozwija się nieustannie, z roku na rok poprawia swoje umiejętności i pozycję w międzynarodowym futbolu, jego nazwisko znają wszyscy obrońcy, z klubów, do których był już przymierzany, można zmontować Ligę Mistrzów. Dziś snajpersko nie błysnął (na przestrzeni ostatnich 4 miesięcy to zresztą nic dziwnego), jeśli już to imponował tym, czego mniej się od niego oczekuje (ze szkodą, bo zawsze w tym błyszczał), czyli inteligentnymi podaniami (zresztą inteligencja to słowo klucz w opisie gry bohaterów tej notki). 

Drugi… równie udanej kariery w tej chwili nie robi. Owszem, dwa lata temu zdobywał tytuł Ligowca Roku, zaraz potem za rekordowe pieniądze przeniósł się do Turcji. O ile w pierwszym roku szło mu nie najgorzej (choć chyba nie na miarę oczekiwań klubu), o tyle w tym sezonie nie gra wcale lub prawie wcale. Siłą rzeczy odbija się to na jego grze (jak już wyjdzie na boisko, w reprezentacji głównie), pojedyncze przebłyski nie składają się w harmonijną całość. 

Robertowi Lewandowskiemu niewiele już brakuje do największych, w tej chwili wydaje się jakby się zatrzymał, ale mam wrażenie, że nie ma pomysłu jak się przełamać, kiedy obserwują go niczym Breivika z Chodorkowskim do spółki. Co się dzieje z Adrianem Mierzejewskim, nie wiem, i czuję się obecnym stanem lekko załamany. Bo gdyby obaj zagrali to, na co ich stać, wyzwolili wciąż ukryty w sobie potencjał, widoczny w ruchach i zagraniach, lecz nieodkryty, mielibyśmy duet wręcz koncertowy. Na razie to tylko nadzieje. Adrian, where art thou?

Przekleństwo nowoczesności

Stadion Narodowy bardzo nowoczesnym stadionem jest, i nie zmieniają tej opinii ani „drobne oszczędności” czynione przez operatora (jeśli dobrze rozumiem, to murawa jest w jakiejś wersji „odchudzonej”) ani też niefrasobliwe (lub podejmowane w warunkach niepełnej wiedzy) decyzje organizatora i uczestników. Na tyle nowoczesnym, że polega się już chyba tylko na nowoczesnych, sprawdzonych, wzajemnie się zabezpieczających i wspierających systemach (no chyba że okazuje się, że brak jednego usprawiedliwia się drugim i na odwrót). 

Kiedy bowiem patrzyłem na płytę Narodowego przed dzisiejszym nie-meczem z Anglią, zadziwiało mnie, że nie widziałem żadnych prób mechanicznego poradzenia sobie z problemem nadmiaru wody. Różne mecze i sytuacje widziałem, czy to na ostatnim Euro, choć za wschodnią granicą, czy też na ostatnim Pucharze Narodów Afryki – deszcz też człowiek, spaść może, nawet i nawałnica błyskawiczna, a woda od tysięcy lat taka sama, spłynąć musi. Po to kiedyś jednak były na stadionach walce (ręczne), żeby nadmiar wody z płyty wyciskać, Ukraińcy ponoć (nie pamiętam, gdzieś tylko dziś zaczytałem, a zmyślać nie chcę) wideł używali, żeby woda szybciej uciekała. Ba, takie rzeczy to nie tylko w futbolu, na wyścigach Formuły 1 ostatnimi czasy jak leje, to na całego, w zeszłym roku w Kanadzie przecież cztery godziny trwało, aż deszcz minął i wyścig został rozegrany. I co? Najskuteczniejsze na ten deszcz były szczotki i łopaty… A u nas została ślepa wiara w drenaż (o którym właściwie nie wiadomo czy jest), dach (o którym właściwie nie wiadomo kiedy można zasunąć, a kiedy nie) i tradycyjny jakośtobędny optymizm, że ten deszcz w końcu przestanie padać i wszystko będzie cacy.

I w gruncie rzeczy z jednej rzeczy się cieszę (choć nic pewnego na razie nie wiadomo, więc jakby na zapas) – czekając na werdykt sędziowski i wsłuchując się w drwiąco-oburzone komentarze, cały czas miałem nadzieję, że na koniec się nie okaże, że gdzieś ktoś po prostu zapomniał czegoś odkręcić, lub co gorsza jakaś szmata coś przytkała, i przez to woda nie spływa, choć powinna. Na razie na to nie wygląda.

Najlepsze bondowskie pary mieszane

Zegar tyka, nowy Bond jeszcze w tym miesiącu. Z informacji wynika, że będzie w nim kilka uroczych ról kobiecych, o jeszcze bliżej nieznanym charakterze. Zabawmy się więc przez chwilę patrząc w przeszłość i ułóżmy listę duetów – najlepszych mieszanych duetów „dziewczyn Bonda” z klasycznych 22 filmów. Mieszanych, bo do pary potrzebować będziemy za każdym razem jednej dobrej i jednej złej, i nie ukrywajmy, muszą się stać dziewczynami Bonda w pełni. Od razu zaznaczmy, że istotnym kryterium może być ilość czasu spędzonego na ekranie. 

Pierwsze miejsce w tym rankingu zajmuje duet z „Operacji Piorun”. Luciana Paluzzi jest niezapomnianą Złą, a scena z wanną to absolutny hit. Z kolei Claudine Auger z początku właściwie też jest po stronie złych, ale z biegiem czasu staje się Dobrą, co podkreślił kostiumolog. 

Fiona Volpe Luciana Paluzzi Thunderball 007 Bond Domino Derval Claudine Auger Thunderball 007 Bond

Drugie miejsce – niekoniecznie ze względów patriotycznych – zajmuje duet z „Goldeneye”. Famke Janssen niemal hipnotyzuje (jeśli akurat nie zajmuje się innymi złymi rzeczami). Izabella Scorupco jest zaś nie tylko urocza, ale też silna, nie jest jedynie śliczną paprotką (choć może do porównania lilia byłaby właściwsza czy jaki kwiatek sobie kto wymyśli)

Famke Janssen Isabella Scorupco Goldeneye 007 Bond

O trzecie miejsce walka była dość zacięta. Rywalizowały ze sobą drużyny z „Zabójczego widoku” (Tanya Roberts i Grace Jones, choć ta druga – można powiedzieć – ostatecznie kończy jako dobra, a nie zła, ale bierzemy pod uwagę całokształt), „Świat to za mało” (Denise Richards i Sophie Marceau) i „Śmierć nadejdzie jutro” (Halle Berry i Rosamund Pike). Ostatecznie postanowiłem docenić ten ostatni duet, choć „zimna suka” Miranda Frost nie jest w moim typie, ale cóż, Christmas Jones jest zbyt.. jednostronna. 

Miranda Frost Rosamund Pike Die Another Day Jinx Halle Berry Die Another Day 007

Wybór mógłby być znacznie trudniejszy, gdyby warunek zasugerowany na wstępie spełniły Caroline Munro (w zabójczej parze z Barbarą „Co to, marynarzu, nigdy nie widzieliście majora pod prysznicem?” Bach) albo zwłaszcza Ivana Milicevic (z Evą Green… kolana drżą). Ciekawe, czy za dwa tygodnie będzie jeszcze trudniejszy.

Caroline Munro Naomi 007 Spy James Bond  Barbara Bach Anya Amasova 007 James Bond Ivana Milicevic Valenka 007 Casino Royale Bond Eva Green Vesper Lynd 007 Casino Royale

Dziadkowie

Słowo „macierzysty” w języku potocznym kojarzy się przede wszystkim z „portem macierzystym”, względnie ze szkołą macierzystą (choć to trochę kalka z Alma Mater). W języku mniej codziennym znajduje rozliczne zastosowania w języku naukowym, takie jak w pojęciach „komórki macierzyste”, „organizm macierzysty”, „skała macierzysta” i wiele innych (nie zbliżając się nawet do matematyki). 

Słowo „ojczysty” wydaje się bardziej codzienne, choć nie pozbawione patosu (przez narzucający się związek z Ojczyzną) w większości znaczeń.* Mamy więc język ojczysty, dom ojczysty, ziemię ojczystą, kraj ojczysty, nawet ojczysty Panteon (to całkiem współcześnie i w języku politycznym może bardziej niż codziennym). 

Trafił mi dziś do rąk dokument, od razu powiem: postanowienie sądowe o stwierdzeniu nabycia spadku, na widok którego aż jęknąłem z zachwytu. Postanowienie jak najbardziej współczesne, wręcz świeże, a w nim zwroty nawiązujące do znaczeń coraz bardziej zarzucanych. Po zmarłym dziedziczą bowiem wnuki i prawnuki dziadków ojczystych i dziadków macierzystych. Powiedzielibyśmy na co dzień: dziadkowie ze strony ojca, dziadkowie ze strony matki, zostawiając te przymiotniki na użytek wyłącznie genealogów, lecz w języku prawa pasują one jak znalazł, lapidarnością i precyzją. No bo gdzież kultywować staropolszczyznę, jak nie w tradycji prawniczej?

*I tylko dlaczego przy wyszukiwaniu słowa „ojczysty”, Google podrzuca wyszukiwanie słowa „birbant”…