Pomnik dziewic

W bajkach to było tak: przychodził smok, terroryzował królestwo, zjadał dzielnego rycerza, następnie karmił się składanymi w darze dziewicami, dopóki nie wymyślono nań jakiegoś chytrego fortelu (lub nie znalazł się jakiś jeszcze dzielniejszy rycerz). 

Uświadomiłem sobie, że te wszystkie dziewice traktowano jak element inwentarza żywego, na równi z barankiem podkładanym przez szewczyka Skubę. Milcząco można założyć, że ich zdanie w tej kwestii nie było brane pod uwagę. Chyba żeby… było? Może to ochotniczki w takim razie były, poświęcające się dla dobra Ogółu (przynajmniej w królestwie)? Albo przynajmniej – wybrane nieochotniczo – pojmowały sens swojej ofiary dla dobra tegoż Ogółu?

Gdyby tak było, to stawałyby na równi z klasycznymi postaciami z filmów (thrillerów i katastroficznych zwłaszcza), które zapadają nam w pamięć swoim poświęceniem. A pamiętamy o nich… tylko przywołując kliszę o pożeraniu dziewic. Może więc najwyższy czas postawić przynajmniej symboliczny Pomnik Bezimiennej Dziewicy Bohaterki? 

Właściwie to punktem wyjścia do tych rozważań był nieco inny motyw bajkowy, a mianowicie o dziewicy oddawanej zbawcy w nagrodę (np. za uporanie się ze smokiem właśnie). Aczkolwiek zmieniłem kierunek, bo w tym pierwotnym wariancie to zwykle jednak królewna występowała i efekt bezimienności się trochę psuje (a i skala bohaterstwa inna). 

PS Jeśli ktoś wie, gdzie takie rozważania były snute na szerszą skalę, może się podzielić, przygotowania fachowego w tym zakresie nie mam. 

Po co pieniądze?

Za pieniądze można mieć nieruchomość, ale nie dom.
Za pieniądze można mieć kochankę, ale nie miłość.
Za pieniądze można mieć towarzyszy, ale nie przyjaciela. 
Za pieniądze można mieć wydawnictwo, ale nie talent.

Niemniej zawsze jest dobrze mieć trochę pieniędzy, najlepiej tak akurat.

(Niestety nie znam żadnego naiwnego, który by mi za te mądrości chciał zapłacić) 

Zajawki zimową porą

Nie da się ukryć, zima, nawet śnieg za oknem jakiś leży. A skoro zima, to na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl pisze się o zimowych wydarzeniach sportowych, takich jak:
– Tour de Ski, patrz Szacunek dla Marit i Cicha gwiaździsta bohaterka
– Turniej Czterech Skoczni, patrz Fińska flaga (wiem, że o TCS już pisałem, i nie wykluczam że napiszę jeszcze),
– Rajd Dakar, patrz Leci przez piach i kamienie Dakaru
– plebiscyt Przeglądu Sportowego, patrz Plebiscytów czas.  

Leci przez piach i kamienie Dakaru

Obserwowanie Dakaru to trudna robota. Trudna, bo nic nie widać – transmisji jako takich nie ma, są relacje nadawane de facto po zakończeniu etapu, Eurosport w czasie gdy kończy się etap, pokazuje mistrzostwa świata w rzutkach (dart – nie mylić ze strzelaniem do rzutków – też może kiedyś o tym by warto napisać). Jeśli chce się więc cokolwiek wiedzieć na bieżąco, zostają relacje internetowe, na stronie Rajdu jest taka, sprowadzająca się de facto do listy czasów na poszczególnych punktach kontrolnych, oddalonych nieraz i o 100 km od siebie. Tym niemniej, wprawne oko kibica-statystyka szybko zaczyna wychwytywać pewną dramaturgię.

Ot, wypadek Hołowczyca, dziś o nim wiedzą wszyscy (zresztą, co tu ukrywać, od razu wszyscy prawie o nim trąbili). Na live-timingu można się było zorientować, że po tym jak przejechał (chyba z pewnym opóźnieniem) pierwszy Punkt Kontroli Czasu (w slangu ponoć pekacem zwany, tak kiedyś czytałem w jakimś kryminale), to nie pojawiał się na kolejnych, mimo że startujący w porównywalnym czasie rywale ścigali się na nich w najlepsze. Wniosek prosty: coś się stało. Dziś podobnie działo się ze znacznie większym faworytem Carlosem Sainzem, pędził w czołówce etapu i nagle znikł (choć też szybko się pojawiły konkrety, że ma awarię silnika). Długo jednak trzeba było czekać na wyjaśnienie sytuacji polskiego pechowca, debiutanta Szymona Ruty. Zrazu wydawało się, że mógł po prostu podzielić los wielu w dniu dzisiejszym i zakopać się na wydmach, zresztą parę dni temu wskutek drobnej awarii jechał kilka końcowych kilometrów przez parę godzin, odkopując się raz za razem. Potem dopiero się okazało, że miał wypadek, w odróżnieniu od Hołowczyca to samochód zdaje się nie wytrzymał bardziej, niż załoga; szkoda chłopa, bo wczoraj śmigał momentami szybciej niż ciutkę już bardziej doświadczony Małysz. 

A „Orzeł” w tej chwili stał się naszym czołowym kierowcą w tegorocznym Dakarze (prowadzących quady i motocykle uprzejmie zostawiam na uboczu). Dziś dojechał – jak się zdaje, bo wyniki wciąż nieoficjalne, a kierowcy startują według miejsc zajętych na poprzednim etapie, więc niekoniecznie ci co z tyłu, są wolniejsi – na miejscu 18., i takie też będzie zajmować w klasyfikacji generalnej. Na miejsca medalowe, powiedzmy sobie od razu, szans nie ma, chyba żeby się jakiś kataklizm wydarzył, ale tego sobie nie życzymy. Zostają więc pojedynki dosłownie o poszczególne miejsca, czasem różnice między zawodnikami wynoszą po prostu parę minut. Wystarczy jednak odrobina pecha, drobny błąd, mała awaria, żeby utknąć na dłużej lub stracić tempo, a wtedy różnice etapowe będą rosły w kwadranse, a może i godziny. Do 15. zawodnika Małysz traci obecnie 23 minuty (łączny jego czas dotychczasowych 6 etapów to niemal 18 godzin), a do zajmującego to miejsce rywala odrobił dziś minut.. 26. Jednocześnie jednak fascynujące może się okazać uciekanie przed znacznie silniejszymi rywalami, którzy z jakiegoś powodu zaliczyli duże straty, w szczególności Robby’ego Gordona (dachował parę dni temu), który ma wprawdzie ponad 2,5 godziny straty, ale dziś odrobił ponad pół godziny. Miejsce 15. teoretycznie wydaje się w zasięgu, ale wszystko zależy, jak komu powieje, oczywiście metaforycznie. 

Mógłbym pewnie coś wspomnieć o pozostałych kierowcach, ale oni tak hobbystycznie sobie jadą (trzeba mieć zdrowie do takiego hobby). 

Siła przyzwyczajenia

Siedziałem u klienta. Roboty było sporo, więc stukałem pracowicie w laptopa, starając się w miarę równolegle odpowiadać na pytania dotyczące innych spraw (czasem też podtrzymując po prostu konwersację). Któryś kolejny temat omówiliśmy, uzgodniliśmy, że trzeba wprowadzić pewne poprawki do dokumentu, niemniej siedząca obok pracownica klienta patrzy na mnie wymownie, sugerując wzrokiem, że zdecydowanie lepiej i szybciej nam pójdzie wprowadzanie tych poprawek, jeśli nawet nie tyle je podyktuję, ile jeśli je zwyczajnie napiszę. Spojrzałem równie wymownie i.. przesiadłem się do jej komputera. 

Zacząłem wprowadzać poprawki do dokumentu. Pojawiła się sugestia, że można by było skorzystać po trosze z zawartości innego pliku, który gdzieś jest z boku otwarty. Podobno ten plik widać na pasku, wystarczy kursorem najechać…

Po paru sekundach zorientowałem się, że smyram palcem po blacie biurka przed klawiaturą (a kursor, o dziwo, nie przemieszcza się). Tak to jest jak się człowiek przyzwyczai do touchpada zwanego swojsko gładzikiem.

Cicha gwieździsta bohaterka

Kiedyś na dźwięk słów „amerykańska biegaczka narciarska” reagowalibyśmy wzruszeniem brwi i/lub ramion, bo wydawało się to (za mojej pamięci) równie egzotycznym zjawiskiem, co narciarki chińskie czy arabskie

Dziś należy Amerykankom zwrócić honor, bo w dopiero co zakończonym Tour de Ski drugie miejsce w ilości wygranych etapów zajęła Kikkan Randall, która jednocześnie jest aktualnie wiceliderką klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Patrząc zaś na listę czasów ostatniego etapu, nazywanego oficjalnie po prostu Final Climb (czyli Finałową Wspinaczką), ze zdziwieniem zobaczyłem w czołówce nazwisko, które mi nic nie mówiło. Drugi najlepszy czas etapu osiągnęła bowiem niejaka Elizabeth Stephen, która na tym ostatnim etapie przesunęła się w klasyfikacji TdS z miejsca 22 na 15, prawie doganiając swoją bardziej znaną koleżankę (która biegnąc 3 minuty dłużej spadła z miejsca 7 na 12). Liz (jak mówią na nią koleżanki) od Justyny Kowalczyk pobiegła o minutę szybciej, jedynie z Therese Johaug nie miała szans (40 sekund straty). 

Kiedy patrzyłem na te wyniki etapu, przypomniały mi się obrazki z mety, kiedy zawodniczki pod wdarciu się na szczyt padały na śnieg bezsilnie. Odnotowałem wtedy w pamięci jedną amerykańską zawodniczkę, która leżąc dyszała tak straszliwie, jakby potrzebowała bardzo pilnie pomocy medycznej. Krótkie poszukiwania pokazały jednak, że nie była to fenomenalna Stephen, tylko jej koleżanka Jessica Diggins

Z Amerykankami czy bez, muszę przyznać, że kobiecy finał Tour de Ski był w tym roku jednak nudny, wyliczanki „czy Johaug ma szansę dogonić” jednak nie zastępowały klasycznej walki, jak kilka lat temu Virpi Kuitunen z Aino-Kaisą Saarinen. Nawet w pojedynku o czwarte miejsce, wiele się jednak nie działo (in minus zaskoczyła mnie Charlotte Kalla). Ciekawiej zdaje się było w finale męskim (ale tam było o tyle łatwiej, że od startu biegła razem czołowa czwórka), ale nie będę się o tym rozpisywał, bo… nie widziałem, niestety. 

Kury na choince

Okres świąteczny (w sensie bożonarodzeniowy) trwa właściwie do dziś (sprawdzić czy nie prawosławni), więc wpis wciąż jeszcze będzie na czasie. 

Wybraliśmy się na wycieczkę do sympatycznego miasteczka Strumień. Pogoda nie wyglądała szczególnie zimowo, niemniej wiatr chyba akurat zimne powietrze przywiewał, więc na szersze zwiedzanie ochoty nie mieliśmy, więc z parkingu szybko pomknęliśmy do głównego celu, którym była żywa szopka. 

Koło strumieńskiego kościoła św. Barbary zbudowano takie drewniane chatynki czy szopy, w których rozmieszczono rozmaitą zwierzynę. Jest tam i fauna zwyczajnie gospodarska: króliki, owce, kozy, drób domowy, i inna rodzima, jak bażanty czy daniele. Są zwierzęta kojarzące się biblijnie, jak osiołki czy wielbłąd, oraz zupełnie egzotyczne, dla samego tylko urozmaicenia dodane, jak alpaki, papużki czy strusie. 

Wygląda to całkiem fajnie, kozy z owcami biją się nieustannie o ludzkie względy (i dodatkowe garście siana, choć pod nogami mają go pod dostatkiem). Ptactwu zapewniono odpowiednią ilość gałęzi, na których mogą wysiadywać. Cóż, widok zwierząt to dla mnie nie nowina, czy w zoo, czy w gospodarstwach, ale jedną rzecz widziałem po raz pierwszy. Na wybiegu dla drobiu postawiono choinkę. Kury potraktowały ją jako grzędę i obsiadły tłumnie. W domu bym takich dekoracji choinkowych na pewno nie umieścił.

kury choinka żywa sopka Strumień Boże Narodzenie

Hobbit. To nie jest film dla…

…Tolkienowskich purystów. Zachowując zasadniczy tok wydarzeń, w szczegółach twórcy zmieniają ile wlezie, więc oglądanie „z książką w ręce” spowoduje tylko nerwowe załamanie. Wręcz powiedziałbym, że Jackson i spółka zrobili z książką to, co Verbinski i spółka z opowieściami pirackimi. Ale dla miłośników filmowego LOTR, jak najbardziej. 

…dzieci. Może i Tolkien napisał „Hobbita” dla dzieci, ale wszelkie zło i zagrożenie, które tam opisywał, ma jednak charakter umowny. W filmie staje się ono jak najbardziej dosłowne – nawet zabawnie pokazane ścinanie głów jest jednak ścinaniem głów. A przecież chodzi przede wszystkim o Przygodę, a nie o horror.

…miłośników orków. Jakich orków, zapyta ktoś, kogo zniechęcam w pierwszym akapicie? No nie wiem dlaczego reżyser z takim zamiłowaniem tych orków wszędzie pakuje, czy nie wierzy, że miłośnicy świata LOTR inaczej by do kina nie przyszli? W każdym razie ci orkowie (gobliny policzymy chyba z nimi za jedno), dostają jednak ciężki łomot i nie spodziewałbym się, żeby coś się w tym zakresie zmieniło.

…fanów starego kina. Tak, sam też uwielbiam światło w filmach z lat 70., ale nie jest ważne, żeby było tak i tak, tylko żeby się dobrze oglądało. Wersja 3D (nie rusza, a napisy fruwające tuż pod nosem w najlepszym wypadku irytują) 48 HPR sprawia, że ogląda się mieszankę „zwykłego” filmu, dynamicznego Teatru Telewizji i seriali Discovery o wymarłych zwierzętach (patrz: komputerowo wytworzone zwierzęta). I ogląda się dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli jakieś obrazy wyglądają mało naturalnie. 

…marud. Jak ktoś ma ochotę marudzić, niech od razu zostanie w domu. Ten film trzeba chłonąć szeroko otwartymi oczami (a i dla uszu się znajdzie), cała reszta jest drugorzędna; dlatego pominę sugestie, żeby to i owo z filmu wyciąć, oraz że niektóre rzeczy rozwiązano jakoś tak nie bardzo. 

Plebiscytów czas

Normalnie to prawie niewiarygodne: za dwa dni rozstrzygnięciu plebiscytu Przeglądu Sportowego (i TVP, ale to podlepianie się pod renomę jest), a ja ani razu nie zauważyłem nigdzie żadnej reklamy, żadnej zachęty do głosowania? To chyba najlepszy dowód na to, że nie oglądam TVP (ci, którzy oglądają, mogą podpowiedzieć, czy gdzieś się przewijało na antenie ogólnopolskiej), o tym że PS nie czytam, to wiadomo od dawna, ale szacunek dla plebiscytu zachowuję. 

A jakie będą wyniki tegorocznego plebiscytu? Cóż, wśród nominowanej dwudziestki właściwie dyskusji nie ma. Justyna Kowalczyk, choć dzielnie (a samotnie) staje właśnie na trasie Tour de Ski, za miniony sezon nie ma się zbytnio czym chwalić; owszem, po zaciętej walce pogromiła Bjoergen na Wielkiej Ścianie, ale to właściwie jedyny sukces, bo nawet Pucharu Świata już się obronić nie udało. Agnieszka Radwańska dotarła AŻ do finału Wimbledonu, ale też TYLKO do finału i tylko raz, na liście rankingowej na pierwsze miejsce nie wskoczyła; występu olimpijskiego, jak wiadomo, wypominać jej szczególnie nie zamierzam

Bo jednak jakby nie patrzeć, ubiegły rok był olimpijski. Jedyną konkurencyjną imprezą było Euro, ale występ drużyny narodowej skutecznie pozbawił Roberta Lewandowskiego jakichkolwiek szans, liczba plotek transferowych nie jest żadnym atutem. Sukcesiki w pomniejszych imprezkach również możemy pominąć wobec wagi Igrzysk.

Któż więc z olimpijczyków? Dla ułatwienia zadania, mistrzów mamy tylko dwóch. Z dumą patrzyliśmy na Adriana Zielińskiego i nie wypada jego osiągnięcia deprecjonować przypominając, że wygrał wagą ciała, a paru rywali solidnie mu pomogło. Nie może się jednak równać z tym, który już wszedł do grona Wielkich, w wielkim stylu broniąc pekińskiego złota. I dodajmy jeszcze jeden argument: że cztery lata temu ten triumf niezasłużenie zwinął mu sprzed nosa Robert Kubica (jak go uwielbiam, tak nie uważam, aby jednym wygranym wyścigiem sobie zasłużył na wyprzedzenie olimpijczyków). 

Fanfary dla Tomasza Majewskiego! Mam nadzieję, że tak właśnie będzie pojutrze. Sam nie będę miał w tym udziału (chyba że ta notka zostanie mi policzona).