Klej

Każdemu zdarzają się w życiu drobne potknięcia. O, na przykład takie, że sobie klejem spodnie pobrudzi… Niejednemu z trudem przychodzi potem wyznanie szczegółow, choć to przecież (zwykle) nic wstydliwego, powiedzieć skąd się wzięła plama z kleju, skoro już i tak o niej wiadomo. 

Taki przypadek zdarzył się i Juniorowi. Pomimo przyciskania przez Rodziców nie mógł się zdobyć na sensowną odpowiedź, jak doszło do poplamienia klejem spodni. Żeby uniknąć eskalacji sytuacji, Rodzice nakazali zatem, by Junior już nie próbował tego powiedzieć, tylko by spokojnie – ograniczając emocje – odpowiedź zapisał. I po jakimś czasie Junior przyniósł Ojcu kartkę z odpowiedzią. Ojciec zerknął i…

Dlaczego klej jest na spodniach?

Klej jest bo mi spadł
na spodnie spadł mi wszak.
Otwarty klej spadł mi na spodnie
spadł mi, bowiem był
klej na końcu tubki, spadł stamtąd na spodnie.
Było to tak: przyklejałem klejem, w książce
na ławce, a klej był
na brzegu ławki.
Spadł stamtąd
i zabrudził mi spodnie”

/Junior, „Klej”, fragment/

…powstrzymał wszelkie emocje kłębiące mu się wewnątrz, zapanował nad mimiką twarzy, nie wydał z siebie żadnego odgłosu (który mógłby zawierać śmiech, płacz i kwik). W te pędy zaniósł kartkę Matce, ona również jakoś nad sobą zapanowała.  

Dopadł mnie inPost (schowany za szyldem Polska Grupa Pocztowa)

Saga o nowym doręczycielu korespondencji sądowej, nazywanym drwiąco Nowym Lepszym Operatorem, będzie trwała jeszcze długo, być może skróci ją przyspieszone rozwiązanie umowy, a być może nie. Emocje, jakie budzi, są zrozumiałe, choć często niewłaściwie kierowane, a nieraz nawet sprawiają wrażenie konstruowanych na siłę (tu powinien być link do jeszcze jednej notki, ale się nie napisała jeszcze). 

Sam do tej pory w zasadzie nie narzekałem na Nowego Lepszego, bo korespondencja jakoś tam docierała, nawet jeżeli było to o godzinie 19.30 (w centrum miasta). Ostatnio zdarzyło się jednak, że (pod innym adresem) w skrzynce wylądowało awizo. Awizo mnie, nie powiem, zdziwiło, i nie chodziło o to, że przesyłka była do odbioru w sklepie Maxx (skojarzenia do wyboru, do koloru). Na awizie było bowiem wskazane nazwisko i imiona dwóch osób (bez nawiązania do nazwy firmy), adresu (adresata) nie było, ale co do awizo zostawiono pod właściwym adresem. Adnotacja „sąd” nie pozwalała na dywagacje co do osoby nadawcy, ale zupełnie nie przychodziło mi do głowy w jakiej to sprawie i jaki sąd mógłby chcieć adresować na takie dwie konkretne osoby. 

Udałem się więc do sklepu Maxx (który okazał się być prozaicznym salonikiem prasowym). Pani wzięła awizo, popsioczyła na charakter pisma doręczyciela (obiegowa nazwa: inpostonosz lub inpostylion), popsioczyła bardziej dosadnie na brak adresu na awizie… Po czym psioczyć zacząłem ja. Zagadka dwóch imion została rozwiązana w sposób równie zaskakujący co prozaiczny: inpostonosz, żeby się nie przepracowywać, zostawił jedno awizo dla dwóch różnych przesyłek, kierowanych do dwóch różnych osób (w zupełnie różnych sprawach). Jako że nie miałem upoważnienia na taką okazję, drugiej przesyłki oczywiście nie odebrałem (bo spodziewałem się tylko jednej adresowanej przynajmniej częściowo do mnie). Nie ma jednak żadnego sensownego wyjaśnienia, dlaczego przesyłka adresowana do mnie, nadana 16 stycznia, została doręczona (znaczy, awizowana) dopiero 26 lutego – zwłaszcza że zawierała zawiadomienie o terminie rozprawy wyznaczonej na dzień 21 lutego… (na szczęście wiedziałem o niej niezależnie, na szczęście dla sądu, bo gdyby mnie tam nie było, to z powodu braku zwrotki musiałby rozprawę odroczyć i odesłać do domu świadków).

To są takie uchybienia średniego kalibru. Nowy Lepszy podpadł jednak w zeszłym tygodniu zdecydowanie bardziej, kiedy w biurze staraliśmy się ustalić, co się dzieje w jednej sprawie, i ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że wysłano do nas opinię biegłego, której sobie nie odebraliśmy. Pogłębione śledztwo wykazało, że rzekomo opinia była u nas awizowana i nie została podjęta. Pech Nowego Lepszego polega na tym, że nie otrzymaliśmy odeń żadnego awiza z wymaganych przepisami, ani pierwszego, ani drugiego… Sąd oczywiście został powiadomiony, Nowemu Lepszemu jeszcze dobierzemy się do.. do czegoś (bo nie wiemy, ile przesyłek nam w taki sposób „awizowali”). Wyjątkowo bezczelnie w tym kontekście brzmią zapewnienia, że Nowy Lepszy kładzie nacisk na „rzetelnie wykonaną pracę” oraz że odchodzi od „podejścia zostawiania awiza kiedy adresat jest na miejscu”; istotnie, niezostawianie awiza w połączeniu z niedoręczeniem przesyłki i sporządzeniem adnotacji o awizowaniu to jakaś nowa jakość, na pewno nie wyższa.

Na zakończenie słowo komentarza do tytułu. Otóż formalnie oczywiście Nowym Lepszym jest PGP, ale głównym podwykonawcą (żeby nie rzec: głównym wykonawcą) jest inPost, który zaskarżając specyfikację przetargową otworzył możliwość startu w przetargu jakiejkolwiek konkurencji dla Poczty Polskiej (głupota autorów przetargu to temat na zupełnie osobny wpis). Kiedy jednak przyszło do złożenia oferty, „wypuścił” PGP (samemu chowając się za ich plecami jako podwykonawca) – po to, żeby przy ewentualnej porażce nie zepsuć sobie reputacji (to mu akurat średnio wychodzi) oraz „kartoteki”, czyli żeby w ewentualnym następnym przetargu publicznym (niekoniecznie na korespondencję sądową, może być dowolna urzędowa czy nawet firmowa, jeśli firma jest zobowiązana do stosowania ustawy o zamówieniach publicznych) móc śmiało (i bezczelnie) powiedzieć, że nie zawalił żadnej umowy dotyczącej zamówienia publicznej (co wyklucza z przetargów na parę lat). Bo jak co, to formalnie zawali PGP…

Miss nosów, półfinał

Konkurs piękności tegorocznych bolidów (tu był początek) co do zasady można skwitować starym dowcipem (chyba był w wersji rysunkowej), w którym dwa młode hipopotamy komentują młodą hipopotamkę: „Jest śliczna jak obrazek, ale ma fatalne nogi”. Jak patrzymy na te nowe maszyny, które oczywiście przede wszystkim mają być szybkie i wytrzymałe, a piękne może przy okazji, to mamy wrażenie, że w wielu przypadkach zamiast rozważać subtelne detale, zastanawiamy się „jak oni mogli im to zrobić?”.

Dzisiejsza część zacznie się od chyba największej niespodzianki, czyli od bolidu uważanego przez wielu za naj-naj. Nowy Mercedes zasłużył sobie na pochwały chyba głównie srebrzystością i brakiem tego jakże charakterystycznego, wystającego elementu z przodu. We mnie jednak ten jego przód od początku wzbudził mieszane uczucia – o ile bowiem faktycznie nic mu brzydko nie wystaje, to detale samego nosa, w połączeniu z detalami przedniego skrzydła, nieodparcie nasuwają mi myśl, że jemu (temu bolidu) ktoś ewidentnie dał potężnie w nos, zostawiając wgniecenia. Do tego – kiedy się przyjrzeć z boku – sama linia jest tak kanciasta, że właściwie kojarzy się nie tyle z efektownym samochodem, ile z chromowanym (lub niklowanym, zawsze się mylę) zawiasem szafkowym (jak komuś bardziej zszywacz, to  też ma sporo racji).

 Mercedes W05 2014 Bahrain Lewis Hamilton

Ponieważ to moja klasyfikacja, to następny na liście (idziemy, przypominam, od najbrzydszych w górę) będzie inny z bolidów uważanych dość szeroko za urocze. I istotnie, linia Williamsa jest całkiem, całkiem, kolorystyka też ujdzie, nos nieprzesadny… No nieprzesadny, ale – tu wchodzą detale – mnie stylistyka rozwiązania tego przodu przypomina, scusi, prezerwatywę (nieużywaną, ale i tak). 

 Williams FW 36 204 Felipe Massa Bahrain

Jako następną na liście umieszczam zupełnie niepozorną, dość klasyczną w swym wyglądzie Marussię. Linia niewymyślna (lekko przysadzista może), a rozwiązanie nosa interesujące dosyć – dzięki operowaniu barwami, wygląda zrazu jak małe żądełko, natomiast po bliższym oglądzie, zwłaszcza z niektórych perspektyw, nasuwa jednak skojarzenia z taranem bojowym. Być może oznacza to bojowego ducha, ale urody jednak, cóż, nie dodaje.

 Marussia MR03 2014 Jules Bianchi Bahrain

Z kolejną dwójką mam problem. Akurat te dwa chyba najbardziej pasują do przytoczonego na wstępie anegdoty – jednocześnie się nimi zachwycam i nie wiem co z nimi zrobić, długo biłem się z myślami, czy wstawić ich jako przegranych w finale, czy wyodrębnić dla nich osobną grupę… Zacznę może prawem ciągłości od Red Bulla, który podobnie jak Marussia, zastosował nosek ukryty, dzięki czarnej barwie końcówka zupełnie zdaje się niewidoczna na tle żółtej nasady (trochę pękatej, tak na marginesie). Kontrast ten - jak zręcznie użyty – nie pozwala na dokładne przyjrzenie się kształtowi, może niebrzydkiemu, choć też mocno nijakiemu. Czy to poza tym wypada w konkursie piękności bazować na iluzjonistycznym makijażu, jeśli nie zasłony? 

 Red Bull RB10 2014 Daniel Ricciardo Bahrain

O linii Red Bulla nie wspomniałem, choć zacna, ale mówiąc szczerze – linią to mało kto przebije bolid budzący najbardziej ambiwalentne odczucia. Srebrzysta sylwetka McLarena jest czymś, na co można patrzeć i patrzeć, powiesić sobie plakat nad łóżkiem i dalej patrzeć.
McLaren MP4-29 2014 prezentacja Woking
Byłby to murowany kandydat to tytułu, dopóki nie spojrzymy z przodu… No jak można było dać mu taki nos (złośliwi twierdzą, że celowo eksponuje się na nim logo producenta silników, dla którego to pożegnalny sezon), albo przynajmniej dlaczego nie zamaskowano jego kształtu odrobiną umiejętnie użytej farby? (widziałem takie przeróbki fotoszopowe, tu pasek farby, tam pasek farby i jak… malowanie) Nic, nagród przynajmniej tu nie będzie…

McLaren MP4-29 2014 Bahrain Kevin Magnussen

A najładniejsi – przy kolejnej okazji.

Zdjęcia ponownie za f1fanatic.co.uk 

Tanie sztuczki National Geographic

Jakiś rok temu zgodziłem się na ponowną prenumeratę National Geographic (kiedyś prenumerowałem ładnych parę lat), po tym jak przedstawiciel handlowy (w lekkiej desperacji) zaproponował mi ją za pół ceny czy coś koło tego. Otrzymywałem, przeglądałem bez entuzjazmu (czy tylko ja mam wrażenie, że tematy są znacznie mniej interesujące, żeby nie powiedzieć: pismo jest nudniejsze niż kiedyś?), i pamiętając odwieczną politykę handlową NG (pal licho kto jest wydawcą) spodziewałem się w ostatnich miesiącach okresu prenumeraty wzmożonych ofert jej kontynuacji. Nie pomyliłem się, co najmniej od przedostatniego numeru pojawiły się ulotki promocyjne pt. Oferta specjalna dla kontynuacji. 

Pojedynczy numer NG kosztuje 13 zł (do licha z grosikami). W ofercie rocznej, wersja 1, proponują de facto 10 zł za egzemplarz kioskowy (bez specjalnego dodatkowego artykułu dla prenumeratorów). Niby jakiś bonus, ale mały (jak na aktualną ciekawość pisma). Żeby więc wzmocnić atrakcyjność, dowiadujemy się, że ta oferta jest rewelacyjna, bo oszczędzamy na niej aż 116 złotych. Nie umiecie się doliczyć jak to możliwe? No tak, nie napisałem o jednym elemencie oferty: dostaje się kubek z limitowanej kolekcji NG, z grafiką przedstawiającą półgębek lwicy (chyba, kocisko jakieś trudne do stuprocentowego rozpoznania, zresztą zobaczcie sami). Żeby kupić kubek za 80 zł, to przedtem musiałbym zostać solidnie stuknięty w głowę, choćby i kubkiem. 

Dla ciekawskich: jest jeszcze opcja prenumeraty rocznej za 11,50 za egzemplarz (prenumeratorski) z „gratisowym” zbiorem pięciu roczników NG na DVD oraz trzyletniej po 8,33 za egzemplarz (cholera wie jaki). To ja, mówiąc szczerze, dziękuję, poczekam aż kolejny przedstawiciel handlowy wygrzebie mój numer w bazie i zaproponuje mi roczną prenumeratę za jakieś 7-8 zł za egzemplarz prenumeratorski. A że będę miał przerwę? Płakać nie będę…

Jak nie okazałem się pomocny autostopowiczce

Miasto Żory. Droga krajowa nr 81. Stoję grzecznie na światłach, na prawym pasie, rozmawiając spokojnie przez telefon (istotne). 

Nagle ktoś pojawia się koło samochodu i otwiera drzwi pytając, czy jadę do Katowic. Zaskoczony kiwam głową (myślami będąc gdzieś w środku rozmowy telefonicznej). Kobieta, wiek na oko około czterdziestki (pamiętając o mojej dokładności w określaniu wieku na poziomie +/- 30 lat, choć sądzę, że tym razem margines błędu mieścił się w 10 latach) otwiera drzwi szeroko, chcąc wsiąść, ja instynktownie zgarniam z prawego fotela czapkę, szalik i rzucone niedbale kwity ze stacji benzynowej, starając się jednocześnie rozumnie i grzecznie zakończyć rozmowę telefoniczną. Sadowi się z uśmiechem na fotelu (wciąż czerwone światło) i pyta:
– Jak blisko centrum może mnie pan wysadzić?

Przeprowadzam w myślach szybką analizę. Jadę do domu, do centrum nawet się nie zbliżę (i nie widzę powodu nadkładać drogi), więc po chwili odpowiadam, że mogę ją podwieźć do Mikołowa. Zrywa się jak oparzona:
– Ale przecież mówił pan, że jedzie do Katowic!
– Tak, ale na sam skraj Katowic, w ogóle do centrum się nie zbliżam.

Niedoszła pasażerka pospiesznie gramoli się z auta (zapala się zielone światło, za chwilę pewnie zaczną za mną trąbić). Do domu wracam sam, zastanawiając się, czy to mi się na pewno zdarzyło. Wiem, że będę jechał w to samo miejsce 1 kwietnia… może wtedy na wszelki wypadek nie będę wracał przez Żory…

 

Technologia w służbie dostaw

Zamówiłem coś przez internet, zdarza się w dzisiejszych czasach. Zgodnie ze zwyczajami najczęściej przyjętymi w takich przypadkach, byłem następnie sukcesywnie informowany przy użyciu systemów teleinformatycznych, co aktualnie się dzieje z moim zamówieniem: że potwierdzają, że kompletują, że wyślą, że przekazali kurierowi… Przyszła też wiadomość od kuriera, że mogę śledzić przy użyciu nowoczesnych technologii, gdzie w dowolnym momencie powinna się znajdować moja przesyłka (z ograniczeniem do punktów węzłowych, nie przesadzajmy że podawali informację z GPS, w końcu to zwykła drobna przesyłeczka dwucyfrowa). W pewnej chwili informacja przyjęła kształt: przesyłka jest w lokalnym oddziale, będzie przekazywana panu kurierowi. 

Przyjrzałem się tej ostatniej informacji. Adres lokalnego oddziału wskazywał, że będę w jego okolicy (o jakieś 200 metrów) w bardzo niedługim czasie, dosłownie za godzinę (i zarazem nie miałem pewności, kiedy będę w domu, żeby pana kuriera tam spotkać). Postanowiłem się więc zachować w sposób, który może się wydawać nietypowy, i odebrać przesyłkę w oddziale. Sięgnąłem po produkt współczesnej technologii, zadzwoniłem na wskazany przez System telefon oddziału. Wysłuchałem uprzejmego komunikatu, że pracują w godzinach od..do.., to jest zaczynają pracę za pięć minut. Po dziesięciu minutach zadzwoniłem znowu, wysłuchałem ponownie komunikatu, i uzyskałem połączenie… z kolejnym produktem wysokiej technologii, czyli faksem. Najwyraźniej technologia przerosła interfejs białkowy.

Olałem odebranie przesyłki. Pan kurier jakoś natrafił na kogoś w domu, nawet nie próbował skontaktować się ze mną swoim produktem nowoczesnej technologii.

Pięćdziesiąt procent Apoloniusza Tajnera

Igrzyska dobiegły końca, wszystkie medale wydano, właśnie rozpoczyna się ceremonia zamknięcia. Liczby mówią, że udały się nam te Igrzyska, potroiliśmy ilość złotych medali zdobytych zimą, zdarzało się zdobywać i dwa medale dziennie – a i tak pozostaje… niedosyt.

Przed Igrzyskami śmiechów było co niemiara, kiedy Apoloniusz Tajner rzucił w mediach, że mamy dwanaście medalowych szans. Mówiąc szczerze, nie wiem (i nie chce mi się szukać), które dokładnie konkurencje miał na myśli, przemyśliwam od paru dni, co mógł i powinien był mieć.

Więc najpierw skoki, bo w końcu to Tajner. Liczenie na co najmniej po jednym medalu w konkurencjach indywidualnych było jak najbardziej na miejscu (choć liczenie na więcej niż jeden w konkursie to podchodziło pod marzycielstwo… albo wymagało „dnia konia” jaki miał choćby Ziobro w Engelbergu, a to trudno potraktować jako bardzo realną szansę). W drużynie zaś, jak analizowałem niedawno, zabrakło nam do medalu jednego przyzwoitego skoku. Szansa była jak najbardziej (nawet i na złoto, drugą serię wygrali), długo chłopaki będą jej żałować.

W biegach właściwie mogliśmy liczyć na medal w każdym starcie Justyny Kowalczyk, czyli w co najmniej trzech (oczywiście, nie wiedząc o złamanej kości stopy). No, może z wyjątkiem sztafet, choć – jak się na miejscu okazało – gdyby Niemki zderzyły się ze Szwedkami… to kto wie, ale realnie rzecz biorąc, to nie było sensu tego rozważać z wyprzedzeniem (zwłaszcza że koncepcja wystawienia w sprincie Sylwii Jaśkowiec powstała chyba dopiero na miejscu, a w innym składzie to może i w finale by nie pobiegły). 

Szanse medalowe mieliśmy w zasadzie w każdym występie biathlonistek (z wyjątkiem sztafety mieszanej, oczywiście, choć oddawały pałeczkę panom na czwartym miejscu). W końcu Weronika Nowakowska-Ziemniak była o jeden strzał od medalu w sprincie, Monika Hojnisz o tyleż w biegu indywidualnym. Krystyna Pałka i Hojnisz perfekcyjnie strzelały w innych występach, wtedy zabrakło trochę biegowo (lub nieco pecha rywalek na strzelnicy), skończyło się na miejscach w pierwszej dziesiątce. Trudno w takich warunkach nie myśleć o szansie w biegu pościgowym, nie chodzi wszak ostatecznie o to na ile się udało. W sztafecie zaś… może wskazana była największa ostrożność, poprzednim razem już dość krwi biathlonistkom napsuto, w ogóle te sztafety bywały strasznie pechowe. Tym razem pech znów ich nie oszczędził, jakiś niewyobrażalny defekt karabinu załatwił siedem niecelnych strzałów na pierwszym już strzelaniu, gdyby tam poszło tak jak można było oczekiwać (czyli z góra jednym niecelnym), to czas wskazywał na miejsce na podium…

Jak zliczymy to co powyżej, to mamy jedenaście szans. Tajner jest trenerem związku narciarskiego, więc może jako dwunastą liczył (niezbyt zasadnie) na narciarkę w ski-crossie? Poprawiła się względem Vancouver o jedno miejsce, w strefie medalowej pojawiała się niezmiernie sporadycznie, więc ja bym jej jako szansę nie liczył.

Igrzyska zimowe nie tylko jednak nartami stoją. Może to wielkie zaskoczenie, ale dyscypliną, która przyniosła nam tym razem najwięcej medali, było łyżwiarstwo szybkie. Trzy medale i wszystkie nieprzypadkowe (w końcu w biegach drużynowych na starcie ma się 37,5% szans na medal, zwłaszcza jak nie trafia się od razu na Holendrów). Zostawiam fachowcom oceny, czy Bachleda-Curuś, Bródka czy Niedźwiedzki mieli realne szanse w biegach indywidualnych, czy nie, czy tych szans było więcej niż te trzy zamienione na medale.

Łącznie jest więc tych szans co najmniej czternaście, Apoloniusz Tajner wykazał się więc wstrzemięźliwością. Zawodnicy spisali się „na medal”, zamieniając z tej prognozy co drugą szansę na medal. Niedosyt… może nawet oznaczać, że się rozpaskudziliśmy, w dwa tygodnie zdobyliśmy więcej medali niż przez cały ubiegły wiek. Nie ma co uważać, że ci, którzy obeszli się smakiem, zawiedli, w końcu w sporcie zawsze ktoś musi przegrać, nawet jakby większość. Dość powiedzieć, że z Soczi bez medalu – jakiegokolwiek – wyjechali Simon Ammann, Sara Takanashi, Shaun White, Aksel Lund Svindal, Shani Davis, Petter Northug czy Aleksander Owieczkin…

Życzmy sobie lepiej, żebyśmy za cztery lata mieli nie mniej realnych szans. 

Miss nosów część 1

Zimowe igrzyska olimpijskie się kończą, znak że zaraz zima się skończy (nie zauważamy tego końca bo zimy u nas w zasadzie nie ma), a to oznacza, że skończy się zaraz także zimowa przerwa między sezonami F1. Nie jest tak, żeby nic się nie działo – na opowieści o transferach oraz komplikacjach technicznych i finansowych całą zimę można by zmarnować, natomiast od miesiąca trwają najpierw prezentacje tegorocznych samochodów, a potem ich testy. A przy okazji… gorące dyskusji o urodzie. Tegoroczne przepisy wymuszają bowiem pewien specyficzny kształt niektórych elementów, w szczególności tzw. nosa, czyli – jak się łatwo domyślić – elementu znajdującego się z samego przodu (wyjaśnijmy od razu, że przepisy określają jedynie pewne minimalne rozmiary w niektórych miejscach, ale chęć uczynienia samochodu jak najbardziej – nazwijmy to – opływowym powoduje, że projektanci nie chcą odpowiednich elementów czynić większymi, niż to absolutnie konieczne). Postanowiłem więc uporządkować swoje doznania estetyczne – zaczynając od.. końca. 

Taak. Decyzja, kogo umieścić na końcu też nie była łatwa. Miałem dwóch mocnych kandydatów, ostatecznie zdecydowało, że nowy bolid Force India ma bardziej toporną sylwetkę i nos koszmarny pod każdym względem. Jedynym czynnikiem przemawiającym na jego korzyść (w porównaniu) było zręczne użycie czarnej farby, dzięki której ten nosny koszmar nie rzuca się w oczy tak od razu.
Force India 2014 VJM07 Sergio Perez
Force India 2014 VJM07 Nico Hulkenberg Bahrain
(wszystkie zdjęcia za: http://www.f1fanatic.co.uk/) 

Kontrkandydat do ostatniego miejsca nos ma niemal równie brzydaśny i na dodatek nie zrobił nic, żeby jego brzydotę schować (niewielki to plus, że jej nie podkreśla). Ponieważ jednak linię ma ładniejszą, a „niemal” też robi różnicę, ostatecznie Toro Rosso wygrało rywalizację o przedostatnie miejsce. O czubek nosa, można powiedzieć.
Toro Rosso 2014 STR9 Daniil Kvyat Bahrain 
Toro Rosso 2014 STR9 Jean-Eric Vergne Bahrain 

Kolejny kandydat obrał zupełnie inną koncepcję i zupełnie inną stylistykę. Niestety, jedyne co o niej można dobrego powiedzieć, to kolor, ale nawet seksowna zwykle czerwień (choć w tym wypadku zaskakująco ograniczona, jak na stajnię Ferrari, której czerwień jest firmowym kolorem) niewiele pomaga, kiedy ktoś na nos nadepnie (zamiast „Lady in Red” mam ochotę nucić „gdzie jest dziewczyna, co trąbę ma”)
Kimi Raikkonen Ferrari 2014 F14T Bahrain

Do ostatniego z dziś prezentowanych kandydatów mam wiele sympatii. Caterham zastosował wyjątkowo nietypowe rozwiązanie, bardzo wesoło wyglądające, tak mi się swojsko kojarzy. Dyszel wozu drabiniastego.. chyba się zgodzicie, że to nie jest szczególnie piękne? (jeżeli kojarzycie co to dyszel i wóz drabiniasty)
Caterham 2014 CT05 Robin Frijns Bahrain

Oczywiście, uroda to rzecz nieco subiektywna i nie każdemu musi się to samo podobać lub nie podobać.. ale jeszcze dwa odcinki przed nami, pierwszy tutaj.

Signum temporis

Sobotni poranek przy spokojnej kawie. Sięgam po gazetę przyniesioną z samego rana. Przeglądam, czytam m.in. tekścik Mariusza Zawadzkiego o aferze Watergate, de facto będący reklamą firmowanego przez Agorę pierwszego polskiego wydania „Wszystkich ludzi prezydenta”. Czytam i unoszę brwi.

W pewnej chwili Zawadzki pisze bowiem, że książka kończy się na kilka tygodni przed ustąpieniem Nixona. Poleca więc Zawadzki, by czytelnik po skończeniu lektury dopełnił dzieła – włączył komputer i samodzielnie znalazł sobie pożegnalne przemówienie Nixona. Na Youtube. 

Jak widać z drugiego zdania tej notki, jestem człowiekiem głęboko osadzonym w XX wieku (a może nawet lepiej napisać: w II tysiącleciu). Nie wymagam od nikogo, by szedł do biblioteki szukać książki czy wycinków z ostatnim przemówieniem Nixona, ale tekst tego przemówienia bez trudu znajdujemy w internecie w formie tekstowej. Swoją drogą, czy coś stało na przeszkodzie, by do książki dołączyć suplement z tekstem tego przemówienia?