Śmiercią lub kalectwem

To było równo dwie dekady temu, mundial amerykański czyli World Cup. Nie pamiętam teraz (i nie chce mi się szukać, choć mam przebłyski) z kim dokładnie grała akurat fantastyczna Bułgaria – ale pamiętam, że dziennikarz Piłki Nożnej (też mam tylko przebłyski który) napisał, że śmiercią lub kalectwem musi się skończyć pozwolenie, by bułgarska gwiazda rozpędziła się z piłką. Istotnie, huknięcie było po prostu fenomenalne, na pełnej szybkości pod poprzeczkę.

Oglądałem dziś jak Urugwaj grał z Kostaryką, Suareza nie było, ale spodziewałem się błysków Cavaniego z Forlanem. Zamiast tego zobaczyłem młodziaka zupełnie niepodobnego fizycznie, ale mającego w lewej nodze taki sam dynamit, jak Bułgar. I kiedy zrobił z niego użytek, to bramkarz też nie miał co zbierać. 

Joel Campbell nie jest jeszcze Stoiczkowem, ale Christo w wieku 21 lat też był znany jedynie w Bułgarii. Oby Arsenal mu posłużył. 

Pięknie pograli Holendrzy

To był dynamit. Robben jak za najlepszych czasów, jakiego zawsze chcemy pamiętać, van Persie z pełną paletą swojej nieobliczalności. A przede wszystkim młody Blind, jakże różniący się od ojca charakterystyką gry.

5-1. Co będzie dalej? Duński dynamit w osiemdziesiątym szóstym zdemolował Urugwaj nawet jednym golem więcej. A potem zdemolowała go… Hiszpania.

Zobaczymy, czyich nazwisk będziemy się uczyć, przyznam że połowa składu Holendrów to dla mnie terra incognita, ale ten Janmaat…

Wszystko jak zwykle

Rozpoczął się mundial.

Brazylia wygrywa.

Gospodarzom pomagają ściany.

Meksykanie grają jak juniorzy, błyskotliwie lecz bez głowy.

Sędziowie z egzotycznych krajów gubią się na potęgę.

I tylko nieuznanie w jednej połowie trzech goli (z czego tylko jednego słusznie) było trudne do przewidzenia. 

Przedmundialowo

Co prawda mundial zaczął się wczorajszej nocy.. ale cyt, cyt, a ostatnie porządki w notkach sportowych trzeba zrobić, choć na zaostatnią chwilę (Brazylijczycy w zasadzie też nie dokończyli przygotowań jak należy), zanim zacznie się pisać nowe, te mundialowe.

W każdym razie, w ostatnim miesiącu popełniło się futbolowe notki:
Nic to,
Dolary sprzedam,
Dziesięciu

a była też jedna starsza, jeszcze zimowa:
Ułameczki i zaokrąglenia
 

Kareta siódemek

Poranna podróż, powiedzmy, że do pracy (do jednego z licznych miejsc wykonywania pracy).

Staję na światłach. Po drugiej stronie skrzyżowania rejestruję wrażenie jakiejś monotonii, wręcz homogenizacji. Identyczne kształty, identyczne kolory… Odległość nie pozwala jednak jednoznacznie ustalić o co dokładnie chodzi.

Zielone. Ruszam spokojnie, kątem oka obserwuję samochody ruszające z naprzeciwka. Cztery identyczne furgonetki firmy kurierskiej, każda z cyfrowym logo firmy. Też widać ruszyli do pracy.

Mahoń

Popołudnie w ogródku.

Przede mną wielka puszka farby z napisem „mahoń”. Z tyłu słońce grzeje mi na odsłonięte plecy.

Przez głowę przelatuje myśl „ciekawe z której strony szybciej się strzaskam na mahoń”.

O tym jak to kiedyś zawsze było lepiej

Ten sezon F1 stoi na razie przede wszystkim pod znakiem narzekania. Narzekania, że samochody koszmarnie wyglądają (bo wyglądają), narzekania, że są za ciche, że silniki nie kręcą się do siedemnastu czy dziewiętnastu tysięcy obrotów na minutę, ale co najwyżej do piętnastu (a w praktyce do dwunastu-trzynastu, bo charakterystyka silników jest taka, że najwyższy moment obrotowy osiągają już wtedy, więc po co jeszcze bardziej zwiększać obroty), że kierowcy nie cisną, tylko: pilnują zużycia paliwa, poziomu odzyskiwania energii, zmieniają nieustająco ustawienia, dbają o opony… Zazwyczaj narzekaniom towarzyszy westchnienie, że to już nie taka Formuła 1 jak kiedyś.

Wziąłem do ręki czerwcowy numer miesięcznika „F1Racing” (tak na marginesie to zły jestem, bo pod koniec kwietnia był jeszcze kwietniowy, a pod koniec maja już tylko czerwcowy – a chciałem przeczytać majowy, z obszernym wywiadem z Kubicą). Znalazłem w nim relację, jak to Bruno Senna testował na torze historyczne bolidy swojego wielkiego wuja (Lotusa 98T z sezonu 1986 i Tolemana TG184 z sezonu 1984). Chętnych odsyłam do całości, zacytuję tylko fragmenty:

„To doświadczenie pozwala poczuć, jak inna była dynamika samochodów; jak ciężko się nimi jeździło. Wysiłek psychiczny był ogromny, bo trzeba było cały czas myśleć o awaryjności: łatwo było przekręcić skrzynię, popsuć skrzynię biegów, zniszczyć hamulce i wpaść w tarapaty. Te auta może i nie były tak szybkie jak obecne, ale wymagały ogromnej koncentracji, bo trzeba było przejechać bezbłędnie cały dystans. Nie tylko pilnować, aby nie przegapić żadnego biegu, ale też uważnie redukować. Trzeba było skupiać się na wielu rzeczach jednocześnie.”

„W tamtych czasach kierowcy pewnie nie cisnęli na maksa na wyjściach. Wiedzieli, jak duże jest opóźnienie turbosprężarki.”

„Patrząc na Tolemana, można się zastanawiać, dlaczego nie psuł się na każdym okrążeniu. Z tyłu nie ma praktycznie żandych osłon. Łatwo sobie wyobrazić przecięte przy byle okazji kable i przewody olejowe. Jednak auto przejeżdżało 300 kilometrów w wyścigu i to jest niesamowite.”

Bruno rozkręcał silnik Hart do 7.500 obr/min, a Renault do 10.600 obr/min. Z niedowierzaniem słucha, że w sezonie 1984 Ayrton ścigał się Tolemanem z jednostką kręcącą się do 10.750 obr/min – także w deszczowym wyścigu w Monaco.

Wszystkim wydaje się, że trawa za młodu była zieleńsza, bo przeszłość się dobrze idealizuje. Jak widać, prowadzenie bolidu nigdy nie było prostym ciśnięciem na maksa, tylko – jak się dziś mówi – zarządzaniem skomplikowaną machinerią na długim dystansie. Czy głośniejszą? Poszukajcie starych filmów, mnie tam zupełnie nie przeszkadza, że zamiast ryku silnika słyszę pisk opon w zakręcie. A czy brzydszą? Bywały piękne bolidy (teraz też bywają), ale bywały i tak szkaradne, że wzdrygam się na każde spojrzenie (i takie zupełnie zwyczajne oczywiście też). 

Dziesięciu

Mundial za pasem, nadszedł czas ogłaszania oficjalnych kadr 23-osobowych. Kiedy pojawiła się kadra reprezentacji Niemiec, przewodnim motywem komentarzy stało się, że w jej składzie jest tylko jeden napastnik (idący na rekord weteran Klose). Osobiście uważam, że to może ciut daleko idący wniosek, bo jednak i Podolski, i Schuerrle też śmiało mogą uchodzić za napastników, ale taka jest oficjalna prezentacja i tego się wypada trzymać. 

Sytuację tę witam bez zaskoczenia, pisałem o tym rok temu. Patrzę na powołania do drugiej linii i… prawie wystarczyłoby za całą jedenastkę. Khedira, Kroos, Schweinsteiger, Draxler, Goetze, Oezil, Reus, Podolski, Mueller, Schuerrle – pewnie mieliby pewne problemy w defensywie; z drugiej strony Lahm u Guardioli nieraz robi za pomocnika, a Grosskreutz… mógłby zagrać i na bramce. I pomyśleć, że wciąż brakuje Gundogana.

Tego to i Hiszpanie chyba nie przebiją. 

Pierwotna publikacja 

Siła odruchu o poranku, tfu

Four little Indian Boys going out to sea;
A red herring swallowed one and then there were three 

Poranek (nie piszę świt, bo teraz jest on naprawdę wcześnie). Znad porannej kawy patrzę co się wokół dzieje, maile przeglądam, fejsbuka czytam. Jeden ze znajomych wrzuca krótki wpis „…And Then There Were Three…”

Pierwsza poranna myśl na widok tego wpisu idzie śladem otwierającego cytatu w jego oryginalnym kontekście i skłania do rozważań, który zespół muzyczny zredukował swój skład osobowy do trzech osób (no takie akurat z tym znajomym skojarzenie mi przyszło). Zaglądam na portale polskie… no poranek jest, to jeszcze nie zdążyły… ale sięgam po portale zagraniczne i też żadnego głośnego nazwiska…

Pojawia się myśl przewrotna lub trzeźwiejsza, że może jednak niewłaściwie, nazbyt stereotypowo odczytałem komunikat? Zwłaszcza że pod wpisem pojawia się komentarz w bardzo optymistycznym tonie… Tak to jest, jak się utrzymuje kontakty wyłącznie wirtualne.

Co za gaffa.

Indy w Lipsku

Oglądam sobie wieczorową porą Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, wybitnie rozrywkowo, bo przecież już nieraz widziałem, w końcu nawet pisałem o tym filmie krótką notkę, zresztą zapoczynającą dział Kult-ura

Oglądam z upodobaniem, przynajmniej te fragmenty które są pomysłowe i widowiskowe (nie o wszystkich pomysłach da się to powiedzieć). I jak zwykle gryzie mnie jeden moment – kiedy podejrzewany przez FBI o nielojalność Indy dostaje na macierzystej uczelni bezterminowy urlop i jest pytany przez dziekana co dalej zamierza robić. Archeolog zastanawia się przez chwilę, po czym mówi, że pojedzie „może do Londynu – a może będzie wykładał w Lipsku (gdzie Heinrich jest mu coś winny)”. Czy scenarzyści nie wiedzieli, w której części podzielonych Niemiec znajdował się Lipsk, czy też poważnie zakładali, że w obliczu podejrzeń o współpracę z bokiem komunistycznym Indy pojedzie do komunistycznego kraju (i zostanie tam wpuszczony)?

No, ale zadyma w tajnej bazie, gonitwa (z pojedynkiem szermierczym) w amazońskiej dżungli czy zwłaszcza scena z lodówką, są jak zawsze warte oglądania.