Mały Książę

Sfilmowanie „Małego Księcia” wydaje się mission impossible, bo przecież trudno z tych paru stron przetykanych obrazkami skonstruować opowieść filmową na godzinę z haczykiem. Owszem, można byłoby pewnie szczegółowo odtwarzać każdy fragment dialogu, rozbudowując go do długiej sceny, a nawet sfilmować jak Mały Książę ogląda po kolei czterdzieści trzy zachody słońca… ale przyznajmy, byłoby to tylko dowodem, że dorośli są bardzo dziwni. 

Zespół francusko-kanadyjski nie ograniczył się do prostej adaptacji (aczkolwiek śmiało z ich wersji można byłoby wykroić całkiem zgrabną i spójną opowieść dla wiernych fanów). Wpletli oryginalną historię jako wewnętrzną opowieść w zupełnie innej fabule, celowo przerysowanej. Może zaskakiwać (wobec szczupłości pierwotnej opowieści), że pewnych konceptów, epizodów, postaci się pozbyli – mnie brakowało klasycznego dialogu z Pijakiem – ale postawili na spójne rozwijanie fabuły, znakomicie zachowując klimat oryginału i zręcznie łącząc go z mrocznymi akcentami naszych czasów (chyba tylko Francuzi mogli popełnić tak antykapitalistyczną, czy też może antyneoliberalną opowieść). A przy tym jak ślicznie potrafią wygrywać detale! Pijak wszak pojawił się, tylko już niczego się nie wstydził…

Zdecydowałem się na wersję 2D, wystarczyło mi wyobraźni (i doświadczenia) by wiedzieć które miejsca miały dobrze wyglądać w 3D (i myślę, że wyglądałyby całkiem nieźle). Najlepiej i tak wyglądały fragmenty w staromodnej animacji, składające się na oryginalną opowieść (wizerunek Małego Księcia w wersji nowoczesnej zupełnie mi nie przypadł do gustu).  

Powrót bokserów

Tak właściwie to boksem się szczególnie nie interesuję, lepiej znam historię tego sportu niż jego teraźniejszość. Polski boks kojarzył mi się ostatnio głównie z Wielkimi Nadziejami które kończyły jak Andrew Gołota (jej, to już ponad dwie dychy od legendarnych już walk z Bowem…) lub nieco tylko lepiej, przy czym tak się składało, że te Nadzieje to wszystkie w boksie zawodowym, a amatorski zdawał się być źródełkiem wyschłym jak studnie tego lata. Bardzo miłym zaskoczeniem była więc informacja, że oto dwóch polskich bokserów (Igor Jakubowski i Tomasz Jabłoński) awansowało do finałów mistrzostw Europy w Bułgarii (co oznacza, gdyby ktoś nie załapał, co najmniej srebrne medale – zresztą na srebrnych się skończyło). Mistrzostwa Europy kiedyś były niezmiernie ważną imprezą, tam wykuwała się legenda Feliksa „Papy” Stamma, trenera, który stworzył polską potęgę boksu w latach 50. i 60.; zaraz się przypominają (nie żebym widział, ale sporo czytałem) pamiętne mistrzostwa z 1953 roku, kiedy na warszawskich ringach dziesiątka polskich bokserów zdobyła dziewięć medali, w tym pięć złotych (o finałach mówiono „pojedynek Polska kontra reszta Europy”). Te dwa zdobyte w tym tygodniu medale są pierwszymi o roku 2008, na medal olimpijski czekamy już szóstą olimpiadę…

A w tymże boksie zawodowym przytrafiła się nam inna miła niespodzianka. Wiem, oczywiście, że boks zawodowy cierpi na nadmiar organizacji przyznających „swoje” tytuły mistrzowskie, ale oto do grona posiadaczy mistrzowskich pasów dołączył tyle co właśnie niejaki Krzysztof Głowacki. Nie oglądałem jego walki z piastującym tytuł o 2009 roku Niemcem Huckiem, ale widziałem kluczową sekwencję – po lewym prosto na odsłoniętą szczękę, kolejne cztery ciosy wrzucające rywala między liny były właściwie tylko dobijaniem.

I jeszcze się dowiedziałem, że Były Mistrz Adamek Tomasz zamierza wrócić na ring i stoczyć walkę z Byłym Bokserem, Aktorem i Tancerzem Na Lodzie Saletą Przemysławem. Podobno jak mu dobrze pójdzie to zapowiada dalsze walki, nie wie ktoś co porabia Andrew Gołota…?

Wiwlafrąs!

Jadę TGV.
Spóźniony jak TLK.
Wciąż w tunelach jak cholerne metro.
I wifi nie ma.
Przez dziesiątki kilometrów wlecze się sto pięćdziesiąt jak jakiś produkt bydgoskiej Pesy. 
(ale kiedy wjeżdża na peron po krętym torze to wygląda całkiem jak wąż z tym swoim podłużnym pyskiem i parą ślepi)

Sobota, weekend wymiany turnusów. Wielu ludzi chce dojechać pociągiem, więc koleje francuskie puszczają na tory dodatkowe składy na popularnych kierunkach. A żeby je pomieścić na torach… wycinają część połączeń lokalnych, w tym to, które sobie pracowicie zaplanowałem jako część trasy wakacyjnej (co nie przeszkodziło francuskim kolejarzom w sprzedaniu mi dzień wcześniej w kasie biletu na to wycięte połączenie). W efekcie siedzę teraz przed dworcem (dworczykiem) bo czas, jaki nam pozostał na zwiedzanie Dol (z bagażami) jest o półtorej godziny krótszy (a bagaże są ciężkie), dobrze że słońce świeci i osładza chłodny wiatr. Pora* zabrać się za kupiony awaryjnie pate de campagne 

Trzebaż mieć farta, by na podróż do fenomenu z listy UNESCO wybrać się (z przesiadką) w czasie kiedy francuscy rolnicy w ramach tradycyjnego protestu o Republika-wie-co (aujord’hui je ne comprends francais więc trochę zgaduję oglądając telewizję, że tym razem o ceny mleka) postawią blokadę dokładnie na twojej drodze. W efekcie autobus zatrzymuje się ze siedem kilometrów dalej w Pontorson (choć śmiało mógł skubany pociągnąć jeszcze z pięć kilometrów do wioski, blokada jest za nią) i zostaje drzeć piechty (z pewnych względów opcja z rowerami nie wchodzi w grę), a w dalszej perspektywie rozpieprza to nam cały harmonogram transportu (udaje się wrócić sprawnie całkiem alternatywną trasą, ale dziesięć euro wydane zapobiegliwie na bilety powrotne.. sami możecie sobie dopowiedzieć co). Tyle naszego, że w drodze powrotnej znosi nas do przydrożnego sklepu i po degustacji wychodzimy z butelką cidre rose. A w domu widzimy całą kolumnę traktorów z tej blokady i – odmiana syndromu sztokholmskiego – wesoło im machamy.

Patrzę na francuską telewizję i zastanawiam się: czy w polskiej telewizji (której nie oglądam) występują tacy sami bucowaci kretyni, czy francuscy są jednak gorsi?

*pisane było na gorąco, wtedy był czas teraźniejszy

Wydębić

Wyszedłem na trawnik zobaczyć, czy pod moją nieobecność nic nieplanowanego na nim nie wyrosło (choć to eufemizm, należało powiedzieć: co nieplanowanego na nim wyrosło). Usunąłem tu jakiś pęd akacji, tam jeżyny.. Przeszedłem w inny kąt, zobaczyłem coś wystającego ponad (mocno przesuszoną) trawę, pochyliłem się. Nie bez zaskoczenia odnotowałem charakterystyczne listki, przyjrzałem się uważniej. Obok łodyżki dostrzegłem w ziemi pewien znajomy kształt. Sięgnąłem po narzędzia, starannie wyciągnąłem całość na powierzchnię.

dąb żołądź siewka

Wcześniej jesienią niejeden raz zastanawiałem się, skąd mi się biorą w ogródku żołędzie (jako żywo dębu w bliskiej okolicy nie ma), zakładałem, że to ptaki gubiły w locie (hipotezę, że robiły sobie w moim trawniku zapasy na zimę, odrzucam jednak jako zbyt daleko idącą). Niejeden usunąłem, tego najwyraźniej nie zauważyłem (choć to miejsce, hmm, mocno odkryte). W każdym razie żołądź wziął i wypuścił pędy, jeden w górę, drugi w dół. Junior będzie miał pomoc naukową 🙂

Migawka paryska

Jadę metrem, linia szósta. Na Passy  nieoczekiwana jasność, wyjechaliśmy na powierzchnię, pokonujemy Sekwanę, ale na drugim brzegu nie wpadamy z powrotem pod ziemię, tylko ciągniemy napowietrznie.

 Patrzę jak urzeczony: jedziemy na żelaznej estakadzie na wysokości trzeciego piętra, gapię się przez okno na zdobnie kute kraty na balkonach i w portefenetrach – i żadnych ekranów jak przy autostradzie A2, da się żyć ze składami przejeżdżającymi co parę minut. Dopiero przed Gare Montparnasse ładujemy się z powrotem pod ziemię, a i to nie koniec jazdy na wysokości.

Jestem ciekaw jak się mieszka z taką estakadą metra za oknem, na szczęście sam byłem od niej odgrodzony szeregiem kamienic, z balkonu się nawet nie słyszało metra pomimo że się je widziało jak jedzie.

Koperta

Zbieram się do podróży, co oznacza między innymi zrobienie całej masy rzeczy, na które pora wypadałaby zwykle nieco później. Między innymi oznacza to przygotowanie rutynowej korespondencji do urzędu skarbowego… Wydrukowałem sobie co trzeba, podpisałem, ruszyłem do półki z kopertami. Zobaczyłem dwie koperty typu podłużnego (kartkę A4 składa się do niej na trzy, a nie na ćwiartki), pomyślałem sobie „a właściwie dlaczego nie”. Jedna z tych kopert była biała, druga żółta, wybrałem więc białą, podniosłem ją i uśmiechnąłem się. 

Koperta nie była zupełnie zwykłą kopertą. W lewym górnym rogu, gdzie zwykle wpisuje się dane nadawcy (przy przesyłkach poleconych) widniał elegancki emblemat, adres i nazwa: Hotel Cervo Milano. Nawet nie pamiętałem, że wzięliśmy taką kopertę z podręcznej papeterii hotelowej podczas względnie niedawnej (rok jeszcze nie minął) bytności. I nawet, jak sądzę, za bardzo nie podzieliłem się żadnymi wspomnieniami… To w ramach rekompensaty jakieś zdjątko może, ale nie będzie sztampowe (choć sztampowe obiekty w Mediolanie całkiem fotogeniczne są i nadają się do wielokrotnego oglądania).

Residence Porta Nuova Milano Mediolan 2014

Jeżeli ten budynek (bliźniak zza niego wyziera, wokół zresztą sporo różnych wieżowców) wydaje się komuś dziwny, to niech się pogodzi z faktem, że ten budynek jest dokładnie taki, na jaki wygląda – te ciemnie nieregularne plamy to jak najbardziej żywa, rozległa zieleń. 

Residence Porta Nuova Milano Mediolan 2014

A kopertę wziąłem żółtą (bez emblematu).

Jak odkupić greckie tory kolejowe

Referendum już dawno zapomniane, odbył się Najdłuższy Szczyt w Historii Unii, po wielogodzinnym grillowaniu i mentalnym waterboardingu Grecy przystali na mniej więcej takie warunki jakie odrzucili w referendum (miałem zamiar przeanalizować to punkt po punkcie, ale zwyczajnie nie zdążyłem, miałem co innego do roboty, a rzeczywistość wokół Grecji wyjątkowo dynamiczna) plus parę dodatkowych kopniaków. Między innymi nadkomisarz „Wynegocjujmy Podatki Dla Biznesu, Żeby Luksemburg Rósł W Siłę” Juncker zaproponował aby Grecja oddała swój majątek wart 50 mld euro do specjalnego funduszu pod cichym i czułym zarządem niemieckiego ministra finansów Herr „A Jak Się Nie Podoba To Grexit” Schaeuble, ostatecznie dzięki słynnemu manewrowi „Sorry, taki mamy klimat że nie wyjdziecie bez porozumienia” uzgodniono że taki fundusz powstanie, ale w Atenach, sprzeda tego majątku za 50 mld euro i podzieli między wierzycieli oraz bankrutujące greckie banki (jako akcjonariusz, o ile rozumiem).

Z oficjalnych komunikatów na razie nie wiadomo, jaki dokładnie majątek zostanie zaszczycony prywatyzacją, spotkałem dziś na gazeta.pl takie propozycyjne wyliczenie:
grecki fundusz prywatyzacyjny gazeta.pl 
Patrząc na te propozycje mam mieszane uczucia. O ile bowiem stadion, niszczejące obiekty olimpijskie czy starą bazę sprzedawałbym bez wahania (bo raczej się do tego dokłada niż kiedykolwiek na tym by zarobiło, ale może nie znam wszystkich realiów), o tyle przy innych pozycjach pojawia się lekka obawa, czy nie zostaną sprzedane zbyt tanio (porty, lotniska, autostrada – mogą sobie być zarządzane prywatnie, byle nie odbyło się to ze szkodą dla interesu publicznego). Nie wspominam już nawet o strategicznych monopolach (przez co rozumiem także pozycję dominującą), które najchętniej bym podzielił na części i sprzedawał po kawałku, wszak konkurencja zdrową jest (a nikt nie zapłaci aż tyle ile wart będzie monopol), lepiej mieć kilka sieci stacji benzynowych czy operatorów energetycznych.

Chodzi mi po głowie – i nie wydaje się sprzeczne z ustaleniami szczytu – żeby Grecy wprowadzili do swojego prawa zastrzeżenie, zgodnie z którym mogą odkupić majątek sprywatyzowany poprzez fundusz za cenę równą wartości sprzedaży (powiększoną o inflację, niech będzie uczciwie). Kto da uczciwą cenę, ten nie straci – a w lepszych czasach państwo będzie mogło odzyskać co straciło pod przymusem.

Ale to oczywiście przy założeniu że do czegokolwiek dojdzie, bo na razie to dzielenie skóry na stadzie całkiem żwawo biegających niedźwiedzi.

Knajpa niejedno ma imię

Jej, już lipiec, zaraz rok będzie od poprzednich wakacji… Znów się łapię na tym, że tak mało napisałem o poprzednich (no, dwa lata temu to wrzucałem już po urlopie ostatnie wspominki z poprzedniego urlopu). 

Jedną z wielu rzeczy, za które kochamy Czechy (lub Czechów), jest czeskie poczucie humoru. Przejawiające się między innymi w nazwach knajp, które uwiecznialiśmy na zdjęciach. Państwo pozwolą, że nie będę tłumaczył 😉

knajpa Belzepub Praga Praha Zizkov

Praha, Zizkov, U rajske zahrady

knajpa U dvou strasidel Olomouc Ołomuniec

Olomouc, Komenskeho

knajpa U kulate baby Praha Zizkov Praga

Praha, Zizkov, Rehorova

knajpa Tlusta koala Praha Senovazna

Praha, Senovazna

No i nie zapominamy o Martwym ptaku

Zagadka wydawnicza, czyli małe PIWo

Zadam taką zagadkę: co mają wspólnego Ossolineum, Wiedza Powszechna i Państwowy Instytut Wydawniczy? Oczywista odpowiedź „to szacowne wydawnictwa z wieloletnim rodowodem i zasługami dla polskiej książki” to jednak za mało. Dam zatem podpowiedź: a co mają ze sobą wspólnego Czytelnik, Iskry, Książka i Wiedza, Nasza Księgarnia, Wydawnictwo Literackie, Znak? Również są szacownymi wydawnictwami etc., ale mają cechę wspólną, dokładnie odwrotną niż pierwsza trójka. 

Otóż wydawnictwa z drugiej grupy prosperują (nie wiem czy w najlepsze), wydają i sprzedają książki ku chwale polskiej kultury. Jeżeli zaś chodzi o pierwszą grupę – cóż, Ossolineum funkcjonuje jako instytut naukowy, ale jako wydawnictwo zostało postawione w stan likwidacji w roku 2012, minister kultury za kilkaset tysięcy złotych wykupywał prawa do znaku towarowego, dziś działalność wydawnicza jest prowadzona przez Fundację Ossolineum. Wiedza Powszechna ogłosiła upadłość w roku 2011, dziś jego działalność jest kontynuowana przez prywatnego przedsiębiorcę Roberta Matysiaka (zapewne odkupił od syndyka rozmaite prawa). Państwowy Instytut Wydawniczy został postawiony w stan likwidacji w roku 2012… No właśnie. Jest w likwidacji od trzech lat, minister kultury przez cały ten czas zastanawiał się co zrobić z przynoszącym straty wydawnictwem. Nie wydaje się mniej zasłużony dla polskiej kultury niż Ossolineum (seria Biblioteka Narodowa!) ani bardziej niż Czytelnik i Wydawnictwo Literackie. Czymże więc można wyjaśnić histerię, jaka zapanowała wokół wizji, że likwidacja PIW-u zostanie zakończona (po trzech latach braku postępów)? Tym bardziej że zgodnie z ustawą o przedsiębiorstwach państwowych (tak, PIW działa w tej dość archaicznej formie) likwidacja polega na „zadysponowaniu jego składnikami materialnymi i niematerialnymi, o których mowa w art. 55[1] Kodeksu cywilnego, i wykreśleniu przedsiębiorstwa państwowego z Krajowego Rejestru Sądowego, po zaspokojeniu lub zabezpieczeniu wierzycieli.” Zadysponowaniu, czyli ich sprzedaży lub przekazaniu innej instytucji, na przykład Bibliotece Narodowej czy Instytutowi Książki. 

Doprawdy, nie chcę nikogo skrzywdzić postawionym na wyrost niesłusznym zarzutem, więc nie napiszę co myślę o tych, którzy za wszelką cenę chcą „ratować” coś co nie działa dobrze i nie zanosi się by miało lepiej działać (złośliwi ludzie z branży mówią o PIW-e per „skansen”), a w innych rękach bynajmniej się nie straci możliwości kontynuowania tego, co wartościowe. Twierdzenie o „RATOWANIU KSIĄŻKI” jest – jak widać z powyższych przykładów – wierutną bzdurą i nie świadczy dobrze o intencjach „ratujących”. I tak, rozumiem ewentualnie obawy pracowników, ale raczej przeszliby po prostu w nowe miejsce (a jeśli są cenni, to jeszcze by ktoś prosił żeby broń Boże nie wpadło im do głowy odejść).

Kilka propozycji podatkowych dla Razem

Idą wybory, te w sumie najważniejsze, bo od nich zależy kto będzie sprawował realną władzę i ustanawiał prawo. Kampania wyborcza jeszcze przed nami, ale już trwa festiwal propozycji na skuszenie wyborców świńskim jelitem wypchanym mięsem mechanicznie oddzielonym, w tym z etykietką „podatki”, dziś trochę mną zatrzęsło kiedy przeczytałem o pomysłach „bez podatku poniżej trzydziestki” czy „obniżmy podatki tym którzy nie będą kantować pracowników”, szczegóły w rządowych materiałach, postanowiłem więc pozbierać trochę pomysłów które plączą mi się po głowie. 

Moja niechęć do głosowania na Partię Obecnierządzącą jest znana i absolutnie nie maleje, wszystkich powodów nie będę tu wymieniał. Ich rywale znani z ław sejmowych nie są lepsi, mam oczywiście swoje awaryjne mniejsze zło, ale też w ostatnich latach moje jak zawsze niezależne poglądy zradykalizowały się nieco (zachowując umiar i tradycyjną dozę konserwatyzmu). Dlatego też z dużym zainteresowaniem i sympatią obserwuję inicjatywę znaną jako Partia Razem, oczywiście nie w każdej sprawie jestem z nimi zgodny, ale jeżeli chodzi o ogólne kierunki polityki podatkowej – jak najbardziej. 

Cóż więc można byłoby zrobić? Pomysły jakie mi chodzą po głowie to:
– wprowadzenie sankcji dla nieuczciwych pracodawców, tj. tych którzy udają że zawierają z pracownikami umowy inne niż umowy o pracę, polegające na pozbawieniu ich prawa do zaliczenia do kosztów uzyskania przychodu wynagrodzeń wypłaconych osobom, z którymi należało zgodnie z art. 22 kodeksu pracy zawrzeć umowy o pracę; nie wyłącza to oczywiście wszystkich pozostałych obowiązków względem tych pracowników (to sprawa inspekcji pracy i sądów pracy), ale tego rodzaju bodziec podatkowy zmniejsza atrakcyjność sięgania po śmieciówki;
– wprowadzenie zakazu zaliczania do kosztów uzyskania przychodu świadczeń dla zarządów (i rad nadzorczych, bo czemu nie), zarówno wynagrodzeń (choć tu dopuszczam wyjątki na zasadzie o której będzie w następnym punkcie), jak i wszelkich innych świadczeń – samochodów, telefonów, sprzętu, przelotów, hoteli, reprezentacji… Jak spółka chce dowartościowywać swoich prezesów, to proszę bardzo, ale bez udziału podatników, niech akcjonariusze płaczą;
–  wprowadzenie motywacji do spłaszczania wynagrodzeń poprzez ograniczenie górnej kwoty wynagrodzenia, jaką można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu – np. jako ośmiokrotność najniższego wynagrodzenia wypłacanego w firmie,
– wprowadzenie ograniczenia zaliczania do kosztów uzyskania przychodu wydatków związanych z korzystaniem z samochodów – tu jednak wciąż się zastanawiam jak to mądrze ująć, żeby się nie okazało, że nie będzie można uznać za koszt wydatków na dowiezienie materiałów na plac budowy własną ciężarówką; kierunek nakreślony w tej nowelizacji uważam jednak niezmiennie za właściwy,
– koniecznie wprowadzenie sumowania wszystkich dochodów do opodatkowania – oczywiście problemem może być sytuacja w której ktoś akurat duże pieniądze zgarnie ze sprzedaży majątku, ale temu można częściowo zapobiegać przez wprowadzenie rachunków podatkowych, na których zostałyby zdeponowane takie znaczące wpływy, i do opodatkowania w danym roku przyjmowano by tylko kwoty faktycznie z takich rachunków wypłacane (podobne rozwiązania stosuje się w Stanach przy wygranych w totka, a przynajmniej w niektórych stanach)
– na zakończenie drobiazg z nieco innej beczki – utrzymywanie odliczenia na cele kultu religijnego wydaje mi się zbędne, nawet jeżeli ostatnio sam na nim skorzystałem, nie wiem tylko jak to wygląda w przypadku mniej licznych wyznań, ale wydaje mi się, że w statystykach Ministerstwa Finansów nie widziałem zbyt dużych kwot odliczanych z tego tytułu.  

Skupiłem się na podatku dochodowym, bo VAT jest przede wszystkim przedmiotem regulacji unijnych. Dorzucę jeszcze własną kontrę do rządowego pomysłu zwalniania z podatku wszystkich nasto- i dwudziestopluslatków – zamiast zwalniać im wszystkie dochody jak leci, wprowadziłbym zwrot podatku od wynagrodzenia z umowy o pracę za pierwsze dwa lata zatrudnienia (z limitem kwotowym, żeby nie zachęcać milionerów do prania dochodu przez bliższych i dalszych krewnych). 

To teraz zostało tylko wygrać wybory…