Przeczytałem sobie tekst w gazecie. Po lekturze już prawie miałem się zabrać za pisanie, ale pogrzebałem najpierw w internecie i znalazłem tekst źródłowy stanowiący bazę dla artykułu – raport pani Agaty Chełstowskiej z Instytutu Spraw Publicznych (link gdzieś zgubiłem, można ten raport znaleźć na stronie Rzecznika Praw Obywatelskich).
Od samego początku intrygowało mnie bowiem, na ile dokładna była analiza ilościowa. Z raportu wynika, że bazą dla podanych liczb były informacje Krajowej Izby Komorniczej o około 600 tysiącach postępowań egzekucyjnych dotyczących alimentów rocznie. Na tej podstawie oszacowano, że ponieważ w jednym postępowaniu można dochodzić alimentów dla więcej niż jednego dziecka (trafna uwaga), to zapewne łączna liczba tych dzieci może wynosić około miliona. Zakładam, że odsetek egzekucji alimentacyjnych nie na rzecz dzieci lub nie od rodziców (tak, są takie możliwości…) jest pomijalny.
I teraz przyszła pora na parę uwag natury strukturalnej. Ilość postępowań egzekucyjnych to tylko, well, ilość postępowań. Liczba ta nie powie nam ile wśród tych postępowań:
– jest dokładnie umówionych między rodzicami; jeśli kogoś to twierdzenie dziwi, to podpowiadam, że alimenty mają w egzekucji bardzo wysoki priorytet, w związku z czym ludzie zadłużeni często wolą mieć formalne zobowiązania z tytułu alimentów, dochodzone przez komornika, bo dzięki temu ściągnięte z pensji alimenty zostają w rodzinie (a gdyby nie były egzekwowane, to po potrąceniu na inne długi dla rodziny zostałoby znacznie mniej na codzienne potrzeby…); pomijam tu możliwość prowadzenia egzekucji dla samej możliwości skorzystania z Funduszu Alimentacyjnego (przy jednoczesnym przyjmowaniu pieniędzy pod stołem), bo nie twierdzę, że znam takie przypadki, ale coś takiego mnie w ludzkości nie zdziwi,
– jest w pełni skutecznych, czyli z pensji jest ściągane dokładnie tyle ile się należy co miesiąc; znów może się komuś wydać dziwne, że jeśli ktoś spłaca w całości, to po co egzekucja – otóż wystarczy, że jeśli kiedyś raz została wszczęta (bo zdarzyła się zaległość), to nie zostanie umorzona, dopóki obowiązek alimentacyjny nie wygaśnie w całości – lub uprawniony nie złoży wniosku o jej umorzenie, ale tu w przypadku sporu między rodzicami potrafi być bardzo różnie…
– jest incydentalnych, czyli pojawia się zaległość, jest spłacana, a po jej wyegzekwowaniu postępowanie jest umarzane i dalej alimenty są płacone dobrowolnie (patrz punkty poprzednie); widziałem wielu ludzi, którzy miesiącami popadali w rosnące zadłużenia, dopóki nie dostawali do ręki większych pieniędzy i nie spłacali wszystkiego co do grosza, a za jakiś czas…
– dotyczy chorych, uwięzionych, bezrobotnych i bankrutów, którzy nie płacą, bo zwyczajnie nie mają z czego (także dlatego że im ktoś nie zapłacił, patrz choćby ostatnio pracownicy Almy) – zjawisko właściwie powszechne i dotyczące nie tylko dłużników alimentacyjnych; w tym miejscu zawsze powraca mi już tu kiedyś wspomniane pytanie, w czym dzieci mieszkające z rodzicem, który nie zarabia, różnią się od dzieci mieszkających bez tego rodzica, gdyż w tym drugim przypadku zdajemy się je traktować jako bardziej uprawnione…
– dotyczy (za przeproszeniem) meneli, alkoholików i podobnych, którym – prawdę mówiąc – i tak wszystko jedno.
Oczywiście nie zamierzam nawet sugerować, że rodzice uchylający się przed płaceniem alimentów (jak również pomagające im rodziny, znajomi i szefowie) nie istnieją, rocznie kieruje się do sądów kilkanaście tysięcy spraw karnych o takie przestępstwo. Rocznie ponad 300 tysięcy dzieci korzysta z Funduszu Alimentacyjnego (choć tu nie wiadomo jaki procent jest odcinany od świadczeń przez próg dochodowy), przy czym blisko 90% wypłacanych kwot mieści się w przedziale 200-500 zł (dane za lata 2013-14), co daje podstawę do zastanawiania się, czy to pełne kwoty, czy tylko część nieściągnięta od zobowiązanego.
Piszę te uwagi z jednej strony po to, żeby podpowiedzieć, że obraz tzw. alimenciarza jest mocno niejednoznaczny (zwłaszcza w kontrze do jednoznacznych i kategorycznych twierdzeń spotykanych w mediach i nie tylko), a z drugiej strony – żeby zasugerować, że cudowne środki podpowiadane tu i ówdzie nie zadziałają (choć, nie ukrywam, znaleziony w raporcie pomysł z asystentem dziecka mnie zaciekawił, aczkolwiek na razie o jego implementacji nie słychać). Panowie Kijowski i Kurski mnie nie obchodzą.