Z pamiętnika ochroniarza sądowego

Jak dostałem przydział do sądu, to się ucieszyłem, bo to spokojne miejsce się wydawało. A teraz jestem zły, bo to straszny kanał. Ludzie łażą stadami, awanturują się, płaczą, a wszystkich na bramce trzeba sprawdzić jak na lotnisku (dobrze że przynajmniej tych pełnomocników można puścić, jak togę niosą albo legitymacją machną). A na chwilę spuścisz z oka, to jakiś chłopina z widłami wejdzie i kobity w sekretariacie wystraszy. I jeszcze te alarmy bombowe, po których trzeba na dwór wyjść, zimno czy deszcz, i pilnować żeby nie włazili póki policja nie odjedzie. 

I najgorsze, że nawet odsapnąć nie ma kiedy. Wziąłem zmianę weekendową, myślę: sąd zamknięty, to jak dyżur przy pustym placu, a tu normalnie ruch jak w centrum handlowym! Jeden sędzia za drugim przyjeżdża, odjeżdża, całą sobotę coś się dzieje. I nawet w niedzielę przyłażą i trzeba ich wpuszczać!

A już najgorsze, że się tym sędziom czasem na głupie dowcipy zbiera. Wziąłem w lipcu zmianę wieczorną, posiedziałem spokojnie w pustym sądzie patrząc na zachód słońca, potem mi się jakoś na krzesełku zdrzemnęło… Aż tu nagle o północy ktoś mnie we śnie za ramię chwyta! Myślałem, że zawału dostanę – a to jakiś sędzia, co rodzinę na wakacje wysłał, zasiedział się do nocy nad papierami i chciał, żeby go wypuścić do domu. No jak tak można, panie.

Chyba załatwię sobie przeniesienie do ochrony jednostki wojskowej, tam to jest przynajmniej porządek…

*notka powstała w całości w oparciu o obserwacje własne i anegdoty zasłyszane w sądach i od sędziów, przy czym te o czasie pracy sędziów są świeże jak nowelizacje

ACTA histerii

Nie, nie da się przejść obok i unikać, to jest gorsze od Smoleńska i podobnych (może dlatego, że ma związek z działką, którą się w życiu zajmuję, w szerokim rozumieniu). 

A problem zasadniczo można streścić w kilku punktach:
1. ACTA nie tworzy konkretnych uprawnień dla konkretnych osób, fizycznych lub prawnych; koncepcje, że można na podstawie ACTA wytoczyć powództwo czy zgłosić żądanie, które nie wynika z polskiego prawa, są po prostu śmiechu warte, gdyż ACTA dotyczy relacji między państwami (i nawet próba tworzenia czegoś w rodzaju unijnego direct effect dyrektyw będzie skazana na niepowodzenie),
2. chorobą niemal wszystkich komentujących jest rzucanie się na oderwane fragmenty przepisów, co powoduje zgubienie nie tylko kontekstu, ale wręcz istotnych przesłanek normatywnych; cudnym przykładem jest lęk przed „nakazem konfiskaty serwera internetowego„, w sensie jak na serwerze firmy NOWAK SERWIS znajdzie się nielegalny Office czy 3 piosenki Lany del Rey, albo że przez serwer firmy ZABŁOCIE PROWAJDER ściągnięta zostanie kopia Piratów z Karaibów – to majorsi zabiorą serwer i nie oddadzą; nikt natomiast nie czyta dość uważnie, że taka możliwość jest wymagana dla przestępstwa umyślnego piractwa na skalę handlową, czyli NOWAK SERWIS musiałby te nielegalne kopie generować do sprzedaży, a ZABŁOCIE PROWAJDER co najmniej promować ściąganie nielegalnych filmów – ten przepis ACTA bije w Megauploady i podobne instytucje (oczywiście, polski Sejm może poszerzyć katalog przestępstw związanych z prawami autorskimi – ale to już jego wyłączna sprawa, ACTA nie ma na to żadnego wpływu),
3. aż do bólu eksploatowane są pomysły „a jak w skrajnym przypadku…”, na co najlepszą odpowiedzią jest stary dowcip o skazywaniu za gwałt – bo w końcu narzędzia są, hmm, rozpowszechnione; ale to się wpisuje w tradycję pisania o każdym procesie, że „za dany czyn grozi nawet..” (i tu maksymalne zagrożenie), jakbyśmy żyli w państwie stalinowskim, a nie w demokratycznym państwie prawnym,
4. zasadniczo nie obchodzi nikogo, że większość zobowiązań wynikających z ACTA już dawno została „wykonana”, bo od dziesięcioleci nawet funkcjonuje w prawodawstwie w taki czy inny sposób – a sposób wykonania i kontroli praktycznego funkcjonowania sprawować będą polskie sądy, a nie mityczny Spisek Korporacji.

Oczywiście, to gigantyczny skrót, ale nie mam czasu ani sił na drobiazgowe analizowanie każdego punktu ACTA w celu pokazania, jak koreluje on z polskim prawem, jakie zawiera mechanizmy ochronne (tak, są tam takie). Potem i tak się kończy na „a jak znajdą Lady Gagę to zamkną na 5 lat” (właściwie należałoby, za brak gustu).
 

Postępowanie przeciwko pułkownikowi Przybyłowi

Kiedy usłyszałem o samopostrzeleniu się pana pułkownika prokuratora P., i dowiedziałem się co nieco o szczegółach, naszło mnie nieodparte pytanie, czy przeciwko panu pułkownikowi prokuratorowi nie powinno zostać wszczęte postępowanie. Ale nie, nie mam na myśli próby karania za próbę samobójczą, takie przepisy szczęśliwie już nie obowiązują (a w wielu miejscach na świecie samobójstwo i próba samobójcza bywały uznawane za przestępstwo równe morderstwu, a co), ale za niezgodne z przepisami użycie broni wojskowej (bo jeśli nawet przyjmiemy, że broń służy oficerowi także do honorowego palnięcia sobie w łeb, to powinien to zrobić skutecznie – a poza tym z przeprowadzanych dziś wywiadów wynika, że akurat nie tę przyczynę pan pułkownik prokurator miał na myśli). Przy czym raczej byłoby to postępowanie dyscyplinarne, chyba. 

Ale w sumie użył broni prywatnej.

Roki, czyli jak historia lubi się kręcić w kółko

Roki w staropolszczyźnie oznaczały między innymi terminy, w których organizowano rozpoznawanie spraw spornych różnego kalibru, od tych najmniejszych, kiedy sądził sołtys raz na dwa tygodnie, po te największe, kiedy to i sam najjaśniejszy król wysłuchiwał i ferował wyroki. Jakoś mniej spraw wtedy bywało, to i rzadziej się sądy musiały zbierać.

Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale w gruncie rzeczy ilość spraw zależy od miejsca (w mniejszych ośrodkach jest ich znacznie mniej). Można więc w ogóle w niektórych miejscach sporów nie rozstrzygać (komu trzeba, dojedzie do właściwego miasta), można utworzyć sąd, w którym sędziowie będą z nudów ziewać, a można utworzyć coś pośredniego. I taką formą pośrednią są bądź to wydziały zamiejscowe (gdzie sędziowie są na co dzień, lecz organizacyjnie są częścią sądu w innej miejscowości), bądź to właśnie roki sądowe, gdzie sędziowie z innego miasta przyjeżdżają w ustalonych terminach i sprawy lokalne prowadzą (na miejscu jest tylko sekretariat).

Pamiętam, że kiedy zaczynałem pracę zawodową, to byłem równie zaskoczony, co zafascynowany, kiedy natknąłem się właśnie na instytucję Roków Sądowych w Żorach – jako część sądu w Rybniku (nawet mam teraz nieopodal papiery z orzeczeniem wydanym właśnie przez Sąd Rejonowy w Rybniku Roki Sądowe w Żorach). Z czasem jednak zanikła – nie wiem, czy od razu przekształciła się w samodzielny sąd rejonowy, czy też po drodze przeszła jeszcze przez etap wydziału zamiejscowego, dość że parę lat miasto Żory dumnie było siedzibą sądu. Niestety jednak, taki samodzielny sąd wiąże się z samodzielnymi funkcjami, samodzielnymi służbami etc., przez co kłuje oczy w budżecie (państwowym) w trudnym czasie kryzysu. W konsekwencji zaś żorski sąd podzieli los wielu małych sądów w Polsce i wkrótce zostanie zlikwidowany, a w jego miejscu pojawią się wydziały zamiejscowe sądu w Rybniku (kiedyś już sformułowałem myśl, że wszystkie organizacje przechodzą cyklicznie fazę decentralizacji pod hasłem „rządźcie się sami, zaoszczędzicie” i centralizacji pod hasłem „w większej kupie jest taniej”, ale to chyba temat na osobną notkę).

Czepia się człowieka ta myśl, czy dojdziemy z powrotem do fazy roków sądowych. Prawna możliwość w każdym razie nadal istnieje.

Przygotowani na zamach

Dostałem z sądu rutynowe zawiadomienie o rozprawie. Odnotowałem datę i godzinę w pamięci i w kalendarzu, zapisałem numer sali, zerknąłem pobieżnie na sakramentalne formułki dodawane na końcu i stwierdziłem, że pojawiło się coś nowego. Otóż w pouczeniu stało co następuje:

Sąd informuje, że w razie ogłoszenia alarmu i konieczności ewakuacji budynku sądowego przed wywołaniem sprawy lub w czasie trwania rozprawy, wyznaczona rozprawa odbędzie się w tym samym dniu i w wyznaczonym miejscu – niezwłocznie po wznowieniu pracy przez Sąd. 

Jest faktem, że tzw. alarmy bombowe pojawiają się w sądach coraz częściej (sam niedawno doświadczyłem). Nawet jeśli sprawców się wykrywa, to nie podaje się zwykle informacji, co nimi kierowało, a odruchową myślą jest, że ktoś (desperat jakiś) chciał w ten sposób doprowadzić do odroczenia wyznaczonej na ten dzień rozprawy. Jak widać, doprowadzi jedynie (przynajmniej w tym sądzie) do zepsucia dnia wielu ludziom, zwłaszcza tym, którzy starali się sobie dzień rozplanować.

O pozywaniu Kościoła szybkich słów kilka

Interesującą niespodzianką dnia dzisiejszego była informacja o artykule prof. Ewy Łętowskiej, opisującym nieco zaskakujące sugestie co do dalszych możliwości związanych z przekazaniem Kościołowi katolickiemu nieruchomości przez śp. Komisję Majątkową. Oryginalnego tekstu nie czytałem, na podstawie relacji prasowej wiem jedynie, że wg myśli prof. Łętowskiej po uchyleniu przez Trybunał Konstytucyjny przepisu ustawy, upoważniającego rząd do wydania rozporządzenia określającego zasady wyznaczania tzw. nieruchomości zamiennych, przekazanie takich nieruchomości przez gminy stałoby się świadczeniem nienależnym i pozwalałoby na wytoczenie właściwej jednostce kościelnej procesu o zwrot tego świadczenia (w ramach instytucji bezpodstawnego wzbogacenia). 

Do prof. Łętowskiej szacunek mam wielki i nie wątpię, że jest dalece wybitniejszą cywilistką ode mnie, a mimo to nie umiem powstrzymać rozlicznych wątpliwości (tonujących znacząco entuzjazm dla tego rodzaju postępowań). Pierwszą myślą jest, że zgodnie z przepisami o bezpodstawnym wzbogaceniu, jeżeli korzyść uzyskana przez jednostkę kościelną (w tym także np. cenę za sprzedaż otrzymanej nieruchomości) zużyto w taki sposób, że jednostka przestała być wzbogacona (np. wydana na bieżące potrzeby), to obowiązek jej zwrotu wygasa (i pozbawia gminę możliwości dochodzenia roszczeń). Druga uwaga, jaka mi sie nasuwa, jest taka, że tego rodzaju roszczenie będzie przysługiwało chyba tylko tym gminom, które zostały obciążone obowiązkiem przekazania nieruchomości w zastępstwie innej gminy (jako nieruchomość zamienną za taką, której bezpośredni zwrot – jak to się ładnie mówi „w naturze” – byłby zbyt utrudniony, np. zostałaby zabudowana osiedlem czy szpitalem), albowiem jeżeli np. gmina Kraków będzie żądała zwrotu nieruchomości X przekazanej Kościołowi w zamian za należącą do Krakowa nieruchomość Y, to nie będzie przecież w ten sposób realnie wzbogacona, chyba że o różnicę wartości między tymi nieruchomościami. (Przy tych nieruchomościach zamiennych „dostarczanych” przez inne gminy wydaje mi się, że widzę jeszcze jeden haczyk, ale zostawię go sobie na razie do przemyśleń). No i będzie jeszcze problem czysto formalny, bo jednak orzeczenia Komisji stanowiące podstawę przekazania nieruchomości, choćby odwołujące się do uchylonego przepisu (czy może raczej do uchylonego rozporządzenia), pomimo odpadnięcia ich podstawy prawnej, same w sobie nie utraciły mocy, a zarazem – wobec likwidacji Komisji – nie jest możliwe wznowienie postępowań zakończonych tymi orzeczeniami, więc nie jestem pewien, czy świadczenia w nich przewidziane na pewno utraciły swoją podstawę prawną. 

Być może wszystkie te moje wątpliwości (jak i te, których tu dla prostoty nie opisałem) prof. Łętowska przewidziała, przeanalizowała i w tekście opisała (dotrę, to się dowiem). Zapewne parę zdesperowanych gmin spróbuje przetrzeć szlak i odda sprawy do sądu, może za dwa lata Sąd Najwyższy zajmie jakieś pierwsze stanowisko. Swoją drogą, każda broń może być obosieczna – w zakwestionowanym rozporządzeniu wszystkie odszkodowania wypłacał Skarb Państwa, byłoby interesująco, gdyby powołując się na to samo rozumowanie Skarb Państwa zaczął ściągać od gmin lub osób kościelnych te odszkodowania jako świadczenia wypłacone nienależnie…

Leasing Pawlaka, czyli mit leasingu konsumenckiego

Miesiąc temu media ogłaszały z emfazą, że oto stała się na naszym rynku finansowym rewolucja (a wicepremier Pawlak pęczniał z dumy, czując się tej rewolucji ojcem). Tą rewolucją miał być leasing konsumencki, czyli skierowany do osób nie prowadzących działalności gospodarczej. 

Od samego początku te medialne opowieści budziły moje serdeczne rozbawienie. Dowcip polegał na tym, że oto wielka zmiana miała nastąpić w sytuacji, gdy.. nic się właściwie nie zmieniło. Regulacja leasingu w kodeksie cywilnym jest bowiem niezmienna od lat, i od samego początku nie zawiera żadnych ograniczeń co do tego, kto może zawrzeć umowę leasingu jako korzystający z leasingu. Nie zmieniła się od 1 lipca także ustawa o kredycie konsumenckim (której zakres jak najbardziej pasuje także do niektórych umów leasingu). Co się więc tak naprawdę zmieniło 1 lipca? Otóż zmieniły się jedynie.. przepisy podatkowe, regulujące kwestię przychodów, kosztów uzyskania przychodu i amortyzacji w przypadku zawierania umów leasingu z nie-przedsiębiorcami, przez co zawieranie takich umów jest dla leasingodawców bardziej opłacalne (inaczej pies z kulawą nogą by na opcję leasingu nie spojrzał).

Po miesiącu obowiązywania nowych przepisów, pierwsze komentarze brzmią „jakoś się klienci nie rzucili„. Cóż, z jednej strony nie przebił się nowy produkt do powszechnej świadomości, a z drugiej także i leasingodawcy się do niego aż tak nie palą. Z wyjątkiem może największych graczy, warto sobie uświadomić jedną rzecz: firmy leasingowe też najczęściej nie finansują umów leasingu (muszą przecież kupić przedmiot leasingu, żeby go udostępnić korzystającemu) z własnych pieniędzy, tylko współpracują w tym zakresie z bankami. A czy banki tak samo optymistycznie będą oceniać finansowanie leasingu na rzecz osób fizycznych – to już zupełnie inna bajka, a w każdym razie pozbawiona wspólnego punktu z opowieściami o „rewolucji leasingowej”.

4-2-1

Rozprawa z serii „bo cela była za ciasna” (czyli o zadośćuczynienie za warunki w areszcie lub więzieniu). Strona powołuje na świadków osoby, z którymi siedziała i cierpiała. 

W dniu rozprawy, na salę wchodzą:
– pełnomocnik pokrzywdzonego (nieborak działający z urzędu),
– 2 świadków (jeden w kajdankach),
– 4 policjantów pilnujących świadków dowiezionych z aresztu (gdy byli powoływani, jeszcze byli na wolności).

Pokrzywdzony nie pojawił się, sąd źle mu się kojarzy. Nawet taki, który ma mu przyznać pieniądze. 

House się chowa

Na rozprawie strona przeciwna (uzbrojona w siłę fachową) zgłasza wnioski o przeprowadzenie dowodu z opinii biegłych z zakresu grafologii oraz psychiatrii – w celu wykazania, że podpisy jej rodziców na umowie został sfałszowane, a sami rodzice w chwili podpisywania umowy nie byli w stanie pozwalającym na samodzielne pojmowanie rzeczywistości i w konsekwencji na świadome (ze skutkiem prawnym) podpisanie umowy. Jest jeden drobiazg, rodzice zmarli ze siedem lat temu. Sędzia przygląda się uważnie stronie przeciwnej, jakby czekając na jakąś kontynuację (bo tym wnioskom nie towarzyszą żadne inne wnioski dowodowe), po czym uprzejmie pyta:

– A Pani Mecenas będzie uprzejma sprecyzować, w jaki sposób mamy przeprowadzić te dowody? Na podstawie ekshumacji?

Gregory miał różne ekscentryczne pomysły, ale na to chyba nie wpadł:) (sprostujcie mnie jeśli się mylę). No, ale on też bez choćby starej dokumentacji medycznej raczej by nie próbował postawić diagnozy.

Wielokolorowo

Wpadłem dzisiaj do sądu, jak to zwykle bywa. Ku mojemu zaskoczeniu, na ławie przeznaczonej dla strony powodowej, rozsiadła się pani prokurator, która z bliżej nieznanych mi na razie przyczyn postanowiła się przyłączyć do sprawy cywilnej. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, zrobiło się bardzo kolorowo od żabotów: fiolet togi sędziowskiej, czerwień prokuratorskiej, błękit radcowskiej i zieleń adwokackiej. Rzadko się zdarza tak kolorowy zestaw na sali:)

Próbowałem sobie jeszcze potem wyobrazić konfigurację z szarobłękitnymi żabotami Prokuratorii Generalnej, ale to chyba wyjątkowo rzadkie. A na rozprawie przed Trybunałem Konstytucyjnym skład miałby wprawdzie barwy biało-czerwone, ale brakłoby fioletu.