Donald i Teodozja

Popołudniowy spacer po parku. Rodzice starają się zwrócić uwagę Juniora na rozmaite okoliczności przyrody, mniej edukacyjnie, a bardziej żeby odwrócić jego uwagę od nieustającego klepania o wszystkich sprawach, jakie Juniorowi przyjdą w danym momencie do głowy. W pewnej chwili Ojciec mówi więc:
– Patrz, kaczki!
– O, tam, dwie – dodaje Matka.

Junior spogląda i stwierdza z nutą przemądrzałości:
 – O, kaczka i kaczor. Pewnie mają na imię Teodozja i Paweł…

Stanowczo nadużywa tego kalendarza, nawet jeśli kreatywnie. Kiedyś były tylko Donald i Daisy…

kaczka krzyżowka strykowski.net

Nie, to nie te same kaczki (źródło zdjęcia: Zdjęcia – www.strykowski.net)

Pług pługowi nierówny

Wypatrzył Junior na jakimś plakacie adres „ul. A.Pługa” i oczywiście musiał zadać Rodzicom pytanie „a co od czego pochodzi to A.”. Rodzice popatrzyli na siebie nieco bezradni, bo odpowiedź zgodna z prawdą nie należy do oczywistych, jeżeli nie jest się historykiem literatury polskiej lub nie obracało się w XIX-wiecznym świecie literackim Warszawy. W końcu jednak za sprawą wujka Gógla i cioci Wikipedii, Rodzice udzielili odpowiedzi, że A. pochodzi od imienia Adam. Na co Junior z miną nieprzekonaną stwierdził:

– A bo ja myślałem, że to jest od Amsterdamskiego Pługa!

Rodzice też by woleli. Pługa żadnego wprawdzie w Amsterdamie nie widzieli, ale Amsterdam duży jest i wiele ciekawych rzeczy w nim można znaleźć.

Nosku nosku…

Wśród małych dzieci (lub przynajmniej rodziców małych dzieci) dość powszechna jest zabawa pt. „nosku nosku Eskimosku” (lub inne formy gramatyczne); jakby ktoś nie pamiętał z dzieciństwa lub nie przeszedł jeszcze tego etapu z dziećmi własnymi lub zaprzyjaźnionymi, to polega to na trącaniu się nosami naśladując powitanie rdzennych mieszkańców Grenlandii i okolic (mniej więcej tak, tylko bardziej).

Nie dawno Matka w ramach domowej edukacji opowiedziała Juniorowi o Arktyce, Grenlandii, jak również o mieszkańcach tych zimnych okolic. Junior wysłuchał uważnie i.. przestał się bawić w „nosku Eskimosku”.
Teraz bawi się w „nosku nosku Inuitku„.

Grzeczne dziecko, Inuita nie obrazi.

Jedna piąta

Junior aż do bólu polubił ostatnio wszelkie zajęcia z kalendarzami. Otrzymał między innymi na wyłączny użytek kalendarz „kartkowy” (na każdy dzień osobna kartka, najczęściej z jakąś bzdurą na odwrocie) i oczywiście pracowicie zrywa co dnia kartkę za dzień poprzedni (jak pojedziemy na wakacje, to chyba będzie trzeba zabrać ze sobą). Co gorsza jednak, pracowicie czyta te bzdury z odwrotu (żeby nie powiedzieć, że się ich uczy na pamięć) i pieczołowicie składa w specjalnym pudełku.

Dziś rano zaczął liczyć, ile tych zerwanych kartek nazbierał. Po paru minutach radośnie zakomunikował Ojcu, że jest ich 73. Ojciec zliczył dni w myślach i stwierdził poprawność obliczeń. Wprawiło go to w na tyle dziwny nastrój, że przy tej okazji dostrzegł, że 73 to dokładnie jedna piąta z 365. A zatem 14 marca upływa jedna piąta roku (jakby nie post to można było imprezę z tej okazji zrobić).

To tylko ucieczka przed powracającą natrętnie myślą o tym, jak będzie wyglądało Juniora pudełko z karteczkami w listopadzie.

Spal wszystkie kalendarze

Niejaki Piotr Szczepanik kiedyś lirycznie zgłaszał kiedyś taki postulat wyłącznie do kalendarzy koloru żółtego.

Kiedy jednak Junior dopada dowolnego kalendarza i zaczyna z niego seryjnie odczytywać, kto w kolejnych dniach ma imieniny, to Rodzice najchętniej rozciągnęliby ten postulat na wszystkie barwy i mieszanki kolorystyczne.

I nie ma to związku z wojną tradycji imieninowej z urodzinową.

Homoseksualny bałagan

Patrząc na wyczyny Juniora w zakresie zajmowania każdego kawałka wolnej przestrzeni na Oczywiście Bardzo Ważne Rzeczy, Rodzice wzdychają używając starych idiomów:
Matka: Tobie, Juniorze, to tylko dziada z babą brakuje..
Ojciec: ..albo baby z dziadem..
Junior: ..albo baby z babą..

Matka tylko cicho wyrzekła pod nosem coś na kształt „kiedyś tego nie bywało”.

Jak walczyć z wirusem?

Na jednych przychodzi to wcześniej, na innych później (na Rodziców przyszło w wieku pełnoletnim) – Junior złapał ospę wietrzną. Oczywiście siedzi w domu, wygląda jak Indianin i powoduje konieczność wymyślania nowych zajęć (żeby nie umrzeć z nudów przy wielokrotnych powielaniu dotychczasowych). Jednym z pomysłów jest tłumaczenie zjawiska ospy – Matka cierpliwie opowiada o wirusie Herpes virus varicella, pokazując nawet znalezione w Internecie zdjęcia. Junior słucha, patrzy, coś w duchu przyswaja.

A potem, kiedy jest zły, wypala:

– A ja będę gryźć Varicellę, żeby sobie poszła!

Gryzienie jest sposobem na każde niechciane zjawisko.