Bok, czyli czas zgrubień

Każde dziecko przechodzi przez fazę zdrabniania słów. Junior nie był w tym zakresie wyjątkiem. A że z fazy prostych zdrobnień przeszedł do fazy rozmaitych eksperymentów językowych, to niczym dziwnym nie jest, że dla równowagi zaczął rozmaite słowa pogrubiać. Co oczywiście potrafi prowadzić do zaskakujących w pierwszej chwili konstrukcji.

Tytułowy „bok”, to jeden z ulubionch przysmaków Juniora. Lekko podsmażony na patelni boczek, po zgrubieniu przbrał taką właśnie nazwę (odgadliście?:) to dobrze Wam tak). W epoce zdrobnień, bywał boczeczkiem lub boczusieczkiem.

Hmmm. A teraz Ojciec będzie musiał stoczyć ze sobą walkę, żeby boku dziecku nie podżerać. Za dużo:)

 

Lizdobad

Junior miał to do siebie, że mówić zaczął dość późno, a kiedy już zaczął – przymierzał się do nowych słów bardzo oględnie, jakby sprawiał wrażenie, że nowego słowa nie będzie wymawiał, póki się go dobrze nie nauczy:) (przez co miał relatywnie niewiele takich bardzo charakterystycznych dla okresu nauki mówienia „własnych” słówek, Rodzice przez parę miesięcy skrzętnie notowali każdy nowy wypowiadany wyraz). Zadziałało to z drugiej strony tak, że po jakichś dwóch-trzech miesiącach, mówił właściwie już dobrze, wymawiając wszystkie litery (oczywiście, miewa problemy z trudnymi słowami, takimi jak rolls-royce;)).

rolls-royce phantom

Opanowawszy mowę w stopniu odpowiednim, Junior powraca teraz symbolicznie do czasów wcześniejszego dzieciństwa i bawi się (także pewnie z czystej przekory) w przekręcanie słów. A że niedawno Rodzice zwrócili mu uwagę na potzrebę rozróżniania w wymowie spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych (przedstawicieli komitetów praw dziecka Ojciec profilaktycznie informuje, że te brzydkie słowa zostały Juniorowi podane tylko w formie wytłumaczenia zasady), to spodobało mu się zamienianie w niektórych wyrazach głosek bezdźwięcznych na dźwięczne. I Ojciec sam już nie wie, czy lepiej słyszeć listopat, czy lizdobad:)

Kapral moralny

Jeszcze w ubiegłym roku Juniorowi zdarzyło się poznać i bardzo polubić „Balladę o królu” Okudżawy w wykonaniu Siemiona (najpierw chyba Matka mu ją zaśpiewała, może na dobranoc, a potem z płytoteki wyciągnęliśmy kompakt). Spodobała się na tyle, że dla wygody Matka wypaliła mu nawet specjalną płytę, na której utwór ten został nagrany jakieś kilkadziesiąt razy z rzędu. Ojciec – zmuszony rzecz jasna również do wielokrotnego wysłuchiwania (często połączonego z figurami tanecznymi Juniora) – osiągnąwszy stan biegłej znajomości tekstu mruknął kiedyś, że nie jesto zasadniczo tekst dla dzieci, i zapowiedział, że Matka będzie wyłącznie odpowiedzialna za wytłumaczenie Juniorowi zwrotu: „A kapral moralny pion tracąc ożenił się z branką„.

Zastrzeżenie okazało się istotne. Po pewnym okresie przerwy (cóż, tyle ciekawych rzeczy i tekstów jest na świecie) Junior przypomniał sobie ostatnio o „królu”, jak w skrócie nazywa tę pieśń. I zabrał się do cytowania felernego wersu – na razie powtarza tylko „a kapral moralny”*, ale do pytania o sens coraz bliżej:)

A Ojcu na pamiątkę po tym wszystkim już na zawsze zostanie trawestacja końcowych wersów:
Cóż słodkim pierniczkom po życiu na tym gorzkim świecie,
A smutnych żołnierzy dla wszystkich wystarczy i tak
.”

AKTUALIZACJA: powtarza już w zasadzie cały wers; ale nie bardzo rozumiejąc „pion tracąc”, przerobił to na „piętrowy”; sensu to nie ma, ale jemu to – zdaje się – na razie nie przeszkadza:)

Znak zodiaku żółwia

Junior ostatnio zaczął się uczyć znaków zodiaku, w sposób najbardziej praktyczny z możliwych, czyli zapamiętując daty rozmaitych krewnych i znajomych razem z odpowiadającym im znakiem. Przećwiczył Rodziców, Babcie, Dziadków, Wujków, aż w końcu zaczął się dopytywać o znak zodiaku Psa oraz domowego Żółwia i trzeba było poustalać im jakieś daty urodzenia (dobra, Pies ma od dawna ustaloną i obchodzi urodziny:)). Dobrze, że nikt mu nie powiedział jeszcze o chińskim zodiaku, bo za tym Ojciec zwłaszcza nie przepada:)

A swoją drogą, dzisiaj okazało się to mieć walor praktyczny. Objeżdżając cmentarze, Junior ćwiczył znaki zodiaku na Prababciach i Dziadkowujkach (których dokładnych dat urodzenia Rodzice na co dzień nie pamiętają), a wieczorem robił sobie z tego powtórkę. Wtedy doszedł do konkluzji:
– Ojciec, a Ty jesteś Lew, a lew wrzeszczy!
A Ojciec skorzystał z okazji:
– Widzisz, a Ty jesteś Rak, czyli to tylko Ojciec może wrzeszczeć!
Ojciec na pewno mu to będzie nieraz przypominał:)

Każdy potrzebuje licznej rodziny

Junior odkrył dzisiaj na nowo swoją kolekcję puzzli i zaczął je układać jedne za drugimi (angażując w to Rodziców na zasadzie „jeden kawałek ja, drugi kawałek ty, i nie układaj takiego, jakiego ja nie chcę”). Któreś kolejne puzzle w kolejce przedstawiały rysunek suki ze szczeniakami. Kiedy było już ułożone, Matka dla lekkiej odmiany pyta:
– A ile jest piesków na obrazku?
Liczenie (nie w sensie wykonywania działań arytmetycznych) nie sprawia Juniorowi najmniejszych problemów, więc prawidłowa odpowiedź pada niemal natychmiast (mógł zresztą odpowiedzieć z pamięci, bez liczenia:)). Matka postanawia więc jeszcze pociągnąć temat i pyta, ile jest w tym małych szczeniaków, i wtedy pada odpowiedź:

–  Są trzy szczeniaczki i ich mama. A ich taty nie ma, bo pojechał z rodzicami i dzieckiem…

No i dopisał szczeniakom całą dużą rodzinę, nawet jeśli ludzką, a nie psią:)

Psu na budę się zda

Uroczy, stary idiom. Każdy miewa w domu sporo rzeczy, które do niczego się już pewnie nie przydadzą. Np. stare, przetarte spodnie – co tu z nimi zrobić, wyrzucić od razu, bo nawet dla bezdomnych i ubogich się nie przydadzą?

Junior od jakiegoś czasu ma ukochanego pluszowego pieska Pluto (tak, na wzór Disnejowski). Najpierw Matka dorobiła mu do Pluta smycz, dzięki czemu Junior może go wyprowadzać na spacery (może nie teraz, ale jak było sucho i ciepło, to nosił go dzielnie). Teraz zrobiło się zimno i mokro, to Pluto nagle zapotrzebował własnego kąta. I z czego go tu zrobić? Powyciągała Matka różne różności, między innymi stare spodnie Ojca. Nadały się psu na budę, a co.

A w formie puenty dopowiem, że Pluto „zaprosił” do budy inne pluszowe futrzaki, jakby na parapetówę. Potem Pluto poszedł spać do Juniora do łóżka, a goście.. zostali w budzie.

 

Disney Pluto

Zawstydzić Turbodymomana

Jest taka seria reklamowa któregoś operatora komórkowego, w której dziwnie ubrany przygłup zwany jak w tytule notki „zawstydza” innych, uzyskując „wynik” o połowę lepszy od swojego „konkurenta”.

Dzisiaj popołudniu Matka zmęczonym głosem zwraca delikatnie Juniorowi uwagę na spowodowany wokół stołu bałagan, mówiąc:
– Tu jest chyba o śmieciarkę za dużo.
Na co Junior swoim protestacyjnym zwyczajem czterolatka:
– Tu jest o dwie śmieciarki za dużo!

No i zawstydził Turbodymomana, bo ten mógłby mieć co najwyżej o półtorej śmieciarki za dużo.

Na podłodze stała jedna śmieciarka.

Figa zdrobniale

Dzięki temu, że Matka przed wieloma już laty bardzo polubiła świeże figi, Junior miał okazję podjąć bohaterską próbę przekonania się, czy są one jadalne. Bohaterstwo zostało wynagrodzone:) bo okazało się rychło, że Junior figi bardzo lubi (to znaczy lubi tylko mnóstwopesteczkowy miąższ, a skórkami – też słodkimi – dzieli się z Matką:)).

Ciepłe uczucia dla fig musiały się skończyć obdarzeniem ich jakąś pieszczotliwą, zdrobniałą nazwą. Jakoś najbardziej przychodzą na myśl rozmaite figusie i figunie (chociaż bardziej to przypomina zdrobnianie imienia zwierzęciu). Junior nie poszedł na taką łatwiznę i poprosił o fidżkę.

Szkoda, że sezon na fidżki taki krótki (a dostępność u nas ograniczona).

 

figi, figi, słodkie świeże figi

Rudy błysk

Wczoraj popołudniu Ojciec podjechał pod dom Dziadków. Kiedy zatrzymał samochód, spostrzegł ognistą plamę pod drzewem. Plama jak błyskawica skoczyła z ziemi na pień drzewa, trzymając w pysku zebrany z ziemi orzech włoski.

Zeszłej jesieni Juniorowi zdarzyło się już wypowiadać o wiewiórkach. Pamiętam też, że wypowiadał się również na temat wiewiórek grasujących koło orzecha Dziadków – stwierdzil, że Dziadkowie nie będą mieć orzechow na zimę, bo:
„Wiewiórka zjadła. A babcia nie wyszła i nie powiedziała: nie jedz, wiewiórko.”

Tym razem wiewiórka uciekła, nie czekając na zrobienie jej zdjęcia. A śliczna była, bestia. Cóż, przynajmniej Dziadkom zostanie trochę orzechów:)

 

Straż miejska

Ostatnio Matka – zmuszona okolicznościami (nie, nie miało to związku z żadną próbą nałożenia mandatu ani nic z tych rzeczy) – tłumaczyła Juniorowi, co to jest Straż Miejska. Junior stwierdził, że rozumie, ale Ojciec ma co do tego pewne wątpliwości, po tym jak dzisiaj rano usłyszał monolog Juniora:

– Straż miejska… karetka miejska.. policja miejska..