Oszukiwanie w Czarnym Piotrusiu

Za sprawą jakiejś przypadkowo otrzymanej promocyjnej talii kart, Junior przyswoił i polubił grę w Czarnego Piotrusia. Nie byłby oczywiście sobą (nawet jeśli to tylko cecha pięciolatkowości), gdyby po pewnym czasie nie zaczął wymyślać własnych dodatków do reguł w stylu „a to jest moja ulubiona karta, to umówimy się, że tę tylko ja mogę brać?” czy „a tej karty ci nie dam”. Czasem mu się udaje, a czasem nie:) w zależności od stopnia kaprysu i aktualnego poziomu tolerancji u Rodziców.

Kiedy jednak Junior niedawno grał z Ojcem, Ojcu coś się wydało być nie tak (ale traktując grę jakby lekce, nie skupiał się na śledzeniu szczegółów). Wyjaśniło się, kiedy zbliżała się końcowa faza gry, i Ojciec zauważył, że Junior ma więcej kart, niż powinien mieć. Junior zaczął mianowicie udawać, że nie dostrzega w kartach posiadanej pary, a w konsekwencji – nie wykładać jej.

Z pozoru to zachowanie na własną szkodę, bo nie dość, że ma się więcej kart do trzymania:) to jeszcze można dać sobie taką parę rozbić. Ale Ojciec jak się tak właściwie zastanawia z matematycznego punktu widzenia: jak się w końcówce ma Czarnego Piotrusia i jeszcze jedną kartę, to się ma 50% szans na to, że się z nim zostanie i przegra, kiedy inny gracz wyciągnie do pary, a jak ten drugi rozbije parę, to gra się toczy dalej. Oczywiście, jednocześnie maleje o połowę szansa, że ten drugi akurat Piotrusia wyciągnie:) No jak kto woli. Ojciec się w każdym razie uczy nie denerwować się tym chowaniem pary (bo złość.. na nerwy szkodzi).

Gdzie te ziemniaki?

Po którymś kolejnym denerwującym pytaniu Juniora, Matka ciężko wzdychając odwołuje się do starego powiedzenia:
– Od tych pytań to mi się normalnie ziemniaki w piwnicy tracą..

Junior przetrawił idiom i odrzekł:
– Chyba w garażu..

Istotnie – nie posiadamy piwnicy.

Ech, ta cenzura

W weekendowe popołudnie Ojciec otwiera drzwi anonimowym przechodniom dzwoniącym do drzwi. To delegacja Świadków Jehowy, którzy wyjątkowo nie chcą na szybko podyskutować o dręczących ich problemach egzystencjalnych, a jedynie uprzejmie zapraszają na swoje nabożeństwo, wręczając odpowiednią kolorową ulotkę. Ojciec przyjąwszy uprzejmie ulotkę, ma odruch wręczenia jej Juniorowi na zasadzie „weź dziecko obejrzyj jak zwykle, a potem możesz sobie z niej coś wyciąć”, ale wstrzymuje się z tym. Czytanie jak popadnie tego co Junior zobaczy na opakowaniu czy kawałku gazety można jeszcze puścić mimo uszu, ale słuchać, jak Junior ćwiczy czytanie na takiej ulotce, to już byłoby dla Rodziców zbyt wiele.

Do niedawna Rodzic musiał tylko pilnować, co mówi, by Junior nie słyszał, względnie pomijać w książeczkach niezręcznie fragmenty. Teraz musi też pilnować, czego Junior ma nie czytać. Potem będzie pilnowanie, czego ma nie oglądać lub nie znajdować w Internecie.

Ojciec się zastanawia, co będzie jak Junior samodzielnie trafi na ten blog…

Jak to miło chmurką być..

Późnym popołudniem, Junior siedzi zmęczony już u Babci na kolanach, a ta w celu utrzymania go w dobrym nastroju i zniechęcenia do zmęczeniopochodnych awantur, zajmuje go na różne sposoby (z niezłym zresztą skutkiem). Aż wreszcie w pewnej chwili Babcia postanawia znaleźć Juniorowi dodatkowy punkkt do skupienia na chwilę uwagi i pokazując na niebo mówi:
– Patrz, jaka ładna chmurka.

Junior podnosi na to głowę, patrzy zmęczonymi oczami i odpowiada:
– Cirrus..

Ojciec głęboko żałuje, że nie sfotografował miny Babci po usłyszeniu tej odpowiedzi ukochanego pięcioletniego wnuka:)

Naruszenia prawa wyborczego

Junior poszedł dziś na wybory i nie dość, że mimo swego wieku oddał głos, to jeszcze zrobil to dwa razy (raz za Matkę, drugi za Ojca). Jakby ktoś chciał podważyć wynik wyborów, mogę być świadkiem.

O tym, jak Rodzice głosowali, Juniorowi mówić nie wolno (cisza wyborcza), poza tym nie mam pewności, czy zdążył przeczytać napisy na kartach wyborczych, zwłaszcza te, przy których Rodzice postawili krzyżyki. Ojciec ma nadzieję, że Junior nie przeczytał także jego dopisków na kartach wyborczych, stanowiących jedyną formę wyrazu wewnętrznego sprzeciwu Ojca wobec tych wyborów, pożyczonych od Marcelego Szpaka.

marceli szpak ((c)tvp)

Aha: Junior jeszcze Marcelego Szpaka nie zna.

Aufsz!

Na Dzień Dziecka Junior dostał między innymi między innymi futbolówkę (rozmiar 5) oraz bramkę z siatką (nie do końca kompatybilną z rozmiarem futbolówki). Zrobiła się pogoda, więc te gadżety zostały dołączone do listy zabaw, no i spodobało się:) Wczoraj Junior dobrą chwilę spędził w ogródku na wkopywaniu piłki do bramki (i nieważne z jakiej odległości i w jakim stylu). Nawet przypadkowo ubrany był w barwy reprezentacyjne (zupełnie przypadkowo, bo biel koszulki była zmącona wieloma kolorowymi autobusikami, ale w sumie po granatowych wstawkach na strojach kadry to już nic nie zdziwi).

junior piłkę kopie

Niemal przy każdym kopnięciu, zwłaszcza mocniejszym, Junior radośnie wołał „Aufsz!”. Rodziców mocno zaintrygowało to słowo, niezrozumiałe ani co do sensu, ani co do pochodzenia, ale rozpytanie nie przyniosło wiarygodnego wyjaśnienia. No bo przecież nie uznamy za takie wersji, że „aufsz” oznacza po niemiecku piłkę..

A Mundialu Junior raczej nie będzie oglądał. Nudziłby się.

Państwa, miasta..

Junior lubi zabawy w wyliczanki. Już dawno temu uprawiał grę w „o Oplach„, dokonując później jej kolejnych modyfikacji. Wraz z poszerzaniem wiedzy o całość alfabetu oraz znajomość atlasu (bo sformułowanie znajomość geografii byłoby może jeszcze na wyrost, nawet pamiętając że mówimy o plus minus pięciolatku), nową mutacją stała się odmiana poczciwej gry w „państwa, miasta, cośtam..”, polegająca na wymienianiu do oporu państw i miast na umówioną literę (szczegółowe reguły są stale modyfikowane, więc pomińmy detale). I oto któregoś dnia podczas wspólnego spaceru z psem (wtedy najczęściej ta zabawa jest w użytku), Junior toczy z Matką grę na literę „S”. Spacer jest dość długi, więc trzeba coraz głębiej sięgać do zakamarków pamięci, aż w końcu Junior po namyśle wypala:

– Starożytny Rzym!

Śmiech Rodziców był szczery i głęboki. Odpowiedź oczywiście została zaliczona:)

Konkurs bez nagród

W ramach swojego aktualnego zwyczaju zadawania pytań wszelkich, Junior pyta Ojca:

– Tato, a co by było gdyby pani stewardessa była rzeżuchą?

Ojciec udzielił tzw. bezpiecznej odpowiedzi, ale gdyby ktoś chciał się dzielnie zmierzyć z takim problemem, niech wpisze swój wariant odpowiedzi w komentarzu (miasta też można wpisywać).

 

No i stało się

Dzisiaj popołudniu Obersturmbannfuehrer Ojciec, przy wykorzystaniu krzyku, szantażu i szeregu innych sprawdzonych metod z gestapowskiego podręcznika, doprowadził wreszcie do przełamania historycznie ugruntowanych oporów i rozpoczęcia przez Juniora regularnego kręcenia pedałami roweru. Jak już kręcenie pedałami się zaczęło, to trwało dobrych parę kilometrów. Będzie chyba chleb z tej mąki:)

Nie wiadomo, kto jest bardziej zadowolony – Junior czy Ojciec. Ojciec jest na pewno bardziej dumny, bo Junior nie zna jeszcze tego słowa:)

I tylko proszę nie pytać, się jak umiejętności Juniora plasują względem Kolegów z Podwórka.

PS. Jacyś złośliwcy mogliby w tym miejscu zapytać, czy Junior jeździ w kasku. Odpowiedź brzmi: bez. Ale to nie manifestacja, tylko pragmatyzm – nie było sensu myśleć o kupowaniu kasku, dopóki jazda na rowerze była zajęciem tylko hipotetycznym. A teraz – cóz, mus jest, więc pewnie.. [zgrzyt zębami]