Za sprawą jakiejś przypadkowo otrzymanej promocyjnej talii kart, Junior przyswoił i polubił grę w Czarnego Piotrusia. Nie byłby oczywiście sobą (nawet jeśli to tylko cecha pięciolatkowości), gdyby po pewnym czasie nie zaczął wymyślać własnych dodatków do reguł w stylu „a to jest moja ulubiona karta, to umówimy się, że tę tylko ja mogę brać?” czy „a tej karty ci nie dam”. Czasem mu się udaje, a czasem nie:) w zależności od stopnia kaprysu i aktualnego poziomu tolerancji u Rodziców.
Kiedy jednak Junior niedawno grał z Ojcem, Ojcu coś się wydało być nie tak (ale traktując grę jakby lekce, nie skupiał się na śledzeniu szczegółów). Wyjaśniło się, kiedy zbliżała się końcowa faza gry, i Ojciec zauważył, że Junior ma więcej kart, niż powinien mieć. Junior zaczął mianowicie udawać, że nie dostrzega w kartach posiadanej pary, a w konsekwencji – nie wykładać jej.
Z pozoru to zachowanie na własną szkodę, bo nie dość, że ma się więcej kart do trzymania:) to jeszcze można dać sobie taką parę rozbić. Ale Ojciec jak się tak właściwie zastanawia z matematycznego punktu widzenia: jak się w końcówce ma Czarnego Piotrusia i jeszcze jedną kartę, to się ma 50% szans na to, że się z nim zostanie i przegra, kiedy inny gracz wyciągnie do pary, a jak ten drugi rozbije parę, to gra się toczy dalej. Oczywiście, jednocześnie maleje o połowę szansa, że ten drugi akurat Piotrusia wyciągnie:) No jak kto woli. Ojciec się w każdym razie uczy nie denerwować się tym chowaniem pary (bo złość.. na nerwy szkodzi).

