Konkurs piękności tegorocznych bolidów (tu był początek) co do zasady można skwitować starym dowcipem (chyba był w wersji rysunkowej), w którym dwa młode hipopotamy komentują młodą hipopotamkę: „Jest śliczna jak obrazek, ale ma fatalne nogi”. Jak patrzymy na te nowe maszyny, które oczywiście przede wszystkim mają być szybkie i wytrzymałe, a piękne może przy okazji, to mamy wrażenie, że w wielu przypadkach zamiast rozważać subtelne detale, zastanawiamy się „jak oni mogli im to zrobić?”.
Dzisiejsza część zacznie się od chyba największej niespodzianki, czyli od bolidu uważanego przez wielu za naj-naj. Nowy Mercedes zasłużył sobie na pochwały chyba głównie srebrzystością i brakiem tego jakże charakterystycznego, wystającego elementu z przodu. We mnie jednak ten jego przód od początku wzbudził mieszane uczucia – o ile bowiem faktycznie nic mu brzydko nie wystaje, to detale samego nosa, w połączeniu z detalami przedniego skrzydła, nieodparcie nasuwają mi myśl, że jemu (temu bolidu) ktoś ewidentnie dał potężnie w nos, zostawiając wgniecenia. Do tego – kiedy się przyjrzeć z boku – sama linia jest tak kanciasta, że właściwie kojarzy się nie tyle z efektownym samochodem, ile z chromowanym (lub niklowanym, zawsze się mylę) zawiasem szafkowym (jak komuś bardziej zszywacz, to też ma sporo racji).

Ponieważ to moja klasyfikacja, to następny na liście (idziemy, przypominam, od najbrzydszych w górę) będzie inny z bolidów uważanych dość szeroko za urocze. I istotnie, linia Williamsa jest całkiem, całkiem, kolorystyka też ujdzie, nos nieprzesadny… No nieprzesadny, ale – tu wchodzą detale – mnie stylistyka rozwiązania tego przodu przypomina, scusi, prezerwatywę (nieużywaną, ale i tak).

Jako następną na liście umieszczam zupełnie niepozorną, dość klasyczną w swym wyglądzie Marussię. Linia niewymyślna (lekko przysadzista może), a rozwiązanie nosa interesujące dosyć – dzięki operowaniu barwami, wygląda zrazu jak małe żądełko, natomiast po bliższym oglądzie, zwłaszcza z niektórych perspektyw, nasuwa jednak skojarzenia z taranem bojowym. Być może oznacza to bojowego ducha, ale urody jednak, cóż, nie dodaje.

Z kolejną dwójką mam problem. Akurat te dwa chyba najbardziej pasują do przytoczonego na wstępie anegdoty – jednocześnie się nimi zachwycam i nie wiem co z nimi zrobić, długo biłem się z myślami, czy wstawić ich jako przegranych w finale, czy wyodrębnić dla nich osobną grupę… Zacznę może prawem ciągłości od Red Bulla, który podobnie jak Marussia, zastosował nosek ukryty, dzięki czarnej barwie końcówka zupełnie zdaje się niewidoczna na tle żółtej nasady (trochę pękatej, tak na marginesie). Kontrast ten - jak zręcznie użyty – nie pozwala na dokładne przyjrzenie się kształtowi, może niebrzydkiemu, choć też mocno nijakiemu. Czy to poza tym wypada w konkursie piękności bazować na iluzjonistycznym makijażu, jeśli nie zasłony?

O linii Red Bulla nie wspomniałem, choć zacna, ale mówiąc szczerze – linią to mało kto przebije bolid budzący najbardziej ambiwalentne odczucia. Srebrzysta sylwetka McLarena jest czymś, na co można patrzeć i patrzeć, powiesić sobie plakat nad łóżkiem i dalej patrzeć.

Byłby to murowany kandydat to tytułu, dopóki nie spojrzymy z przodu… No jak można było dać mu taki nos (złośliwi twierdzą, że celowo eksponuje się na nim logo producenta silników, dla którego to pożegnalny sezon), albo przynajmniej dlaczego nie zamaskowano jego kształtu odrobiną umiejętnie użytej farby? (widziałem takie przeróbki fotoszopowe, tu pasek farby, tam pasek farby i jak… malowanie) Nic, nagród przynajmniej tu nie będzie…

A najładniejsi – przy kolejnej okazji.
Zdjęcia ponownie za f1fanatic.co.uk