Klątwa Sutila

Z powodów opisanych w poprzedniej notce🙂 nie oglądałem GP Niemiec na Nuernburgringu, dopiero po powrocie do domu przeczytałem relację – i natychmiast zwróciłem uwagę na informację o kolizji Adriana Sutila z Kimi Raikkonenem. Cóż, nie pierwszy to już wypadek, kiedy Force India pechowo traci szanse na historyczne pierwsze punkty dla zespołu, i zazwyczaj kręci się to wokół Sutila. Raz zadecydował jego błąd, innym razem z kolei ewidentny błąd rywala. Tym razem wygląda to (bazuję na relacjach, bo żadnego wideo na razie nie znalazłem, zdaje się starannie są blokowane) na pech w postaci racing incident – uważają tak właściwie i obaj kierowcy, i komentatorzy, i wreszcie tak samo uznali stewardzi. Jak pech, to pech – a ja dla Force India jestem tradycyjnie życzliwy.

A przy okazji, wielkie gratulacje dla Marka Webbera! Jeszcze niedawno gratulowałem mu pierwszego drugiego miejsca w karierze, jak widać – apetyt rośnie:) No, i rywalizacja się coraz bardziej podgrzewa..

Tour de France a F1

Włączylem dzisiaj z głupia frant do towarzystwa Eurosport i trafilismy na prolog Tour de France. Akurat realizator uczepił się Lance’a Armstronga i nie puszczał go przez dobrych kilka kilometrów:) więc tak sobie jechaliśmy razem, kontemplując widoki i technikę jazdy. I nagle widok stał się znajomy. Oczywista oczywistość: etap był z Monaco do Monaco, więc w końcu trafiliśmy do tunelu na Boulevard Louis II. Miło się ogląda trasę tak dobrze znaną z tylu Grand Prix, tyle że jakoś inaczej wyglądała – to kwestai szybkości jej przemierzania:)
Kiedy Armstrong dojechał wreszcie do mety, zaczęli pokazywać i innych:). Wtedy pokazali też początkowy odcinek trasy, który również był znajomy. Porównałem później trasę GP z trasą prologu. Zasadniczo pokrywała się, tyle że kierowcy za zakrętem Casino jadą prosto i na skróty (choć kręte te skróty) do bulwaru, wjeżdżając nań po kilkuset metrach na zakręcie Portier (pokonując w międzyczasie najwolniejszy odcinek w całym cyklu F1), a kolarze skręcają zaraz za Casino i robią dodatkowych naście kilometrów po pagórkach; no, ale też kierowcy pokonują swoją rundę kilkadziesiąt razy, a kolarze tylko raz:)

Uliczki Monaco

Oglądałem dzisiaj kwalifikacje do GP Monaco. Dla każdego kubicofana były to ciężkie chwile, kiedy widział, jak Robert z pozoru najpierw lokuje się w czołówce Q1, by później spadać coraz niżej i niżej, aż po ostatnie sekundy, w których desperacko, acz nieskutecznie walczył o poprawę wyniku i wejście do piętnastki. Ale ja patrzyłem z lubością, jak bolidy poruszają się na granicy uślizgu, momentami o włos od ścian i barier. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej. I w takiej chwili najlepiej się marzy, że się kiedyś poprowadzi samochód z taką szybkością, zręcznością, gracją i precyzją. Na szczęście instynkt samozachowawczy pomaga w uchronieniu się przed trenowaniem na mieście:)

A jutro co najmniej półtorej godziny delektowania się wyścigiem, mam nadzieję.

Klęska BMW

Kopanie leżącego BMW jest zasadniczo nieeleganckie i w obecnej sytuacji bliskie banałowi, niemniej już co najmniej od GP Chin napisanie tej notki chodziło mi po głowie. Nie chodzi mi nawet o te konkretne wyniki (jedne jedyne punkty Heidfelda, zawdzięczane w dużej mierze przerwaniu wyścigu w Malezji) ani nawet o zajęcie w Bahrajnie pozycji zastrzeżonej – wydawałoby się – dla Force India. Mam na myśli raczej klęskę strategiczną, na którą się na razie zanosi.
BMW słynęło z „planu Theissena”, zakładającego rokroczne postępy. Na rok 2008 mieli zaplanowane stawanie na podium i pierwsze zwycięstwo – i udało się, nawet dubletem. W tym roku mieli już walczyć o tytuł, a realizacji tego celu miały służyć wprowadzenie KERS oraz długa praca koncepcyjna nad bolidem. Oba „atuty” sprawiają wrażenie totalnego zagubienia zespołu.
Zacznijmy od KERS. BMW niesamowicie silnie stawiało na ten system, w pewnej w chwili było jedynym wręcz jego obrońcą (bazując na tym, że został zatwierdzony wcześniej, inaczej większość doprowadziłaby do jego wycofania). Logicznie rozumując, wynikałoby z tego, że kierowcy BMW mieliby wygrywać dzięki temu systemowi. Czemu więc przegapili taką oczywistość, jak ciężar urządzenia KERS i jego wpływ na wyważenie samochodu oraz na zużycie opon? Wydaje się wręcz, że KERS stał się dla BMW fetyszem, bez względu na jego przydatność dla własnych kierowców. O ile bowiem dla Kubicy jest on za dużym ciężarem, o tyle Heidfeldowi po prostu szczególnie nie pasuje do charakterystyki. Heidfeld jest bowiem – sorki – zawodnikiem stabilnym, ale defensywnym, natomiast KERS wydaje się stworzony dla zawodników dynamicznych, agresywnych, ryzykujących silniejsze zużycie opon i przez to jeżdżących na większą liczbę wizyt w boksie. BMW ewidentnie to przegapiło. Możliwe wytłumaczenia to:
– BMW założyło, że będzie mieć równie silną pozycję, jak w 2008, plus przewaga wynikająca z KERS (co za naiwność!),
– BMW liczyło na obligatoryjność KERS (co wszystkim przysparzałoby problemu z ciężarem) i/lub zwiększenie ciężaru minimalnego samochodu (co pomagałoby w wyważaniu),
– prace nad KERS były dla BMW biznesowo ważniejsze, niż jego wpływ na sukcesy w F1 (teza brutalna, ale  nie niemożliwa; z jednej strony mamy pojawiające się sugestie, że BMW zostanie wyłącznym dostawcą KERS dla F1 – co za ironia, że ich wypieszczony system pomoże głównie innym zespołom – a z drugiej strony może chodzić o dopracowanie technologii, którą wprowadziliby do produkcji aut seryjnych).
Tak czy owak, z punktu widzenia zespołu wyścigowego BMW-Sauber, KERS to klęska.
„Atut” drugi to w pewnej mierze spekulacja, ponieważ oficjalnie stwierdzenia takie nigdy nie padło, ale wrażenie, że po zwycięstwie w Kanadzie BMW odpuściło rozwój ubiegłorocznego bolidu (w związku z osiągnięciem celu strategicznego) kosztem prac nad następnym sezonem, jest nieuchronne. Także dlatego, że BMW samochód na nowy sezon zaprezentowało jako pierwsze, co sugeruje, że musieli nad nim pracować odpowiednio długo i wcześnie. A mimo to efekt jest.. powiedzmy eufemistycznie mizerny. Zabrakło chyba człowieka z odpowiednią wizją (bo ludzi z odpowiednim doświadczeniem BMW nie ma). Czy zatem plan Theissena zawalił się już z chwilą odejścia Joerga Zandera, czego kierownictwo zespołu nie dostrzegło, głównie za sprawą wyników osiąganych przez Kubicę? Przypomnijmy, że Zander jest głównym projektantem zespołu nazywającego się obecnie Brawn GP. Jakieś, hmm, wnioski?
Ale możemy jeszcze zaczekać na efekty prac superkomputera BMW.  Jeżeli w najbliższych dwóch wyścigach nic się nie zmieni, to powinni się skupić nad bolidem na 2010. I mogą nastąpić znaczące roszady personalne (ja proponuję im zaangażowanie Kovalainena – chłopak nie będzie wyskakiwał przed szereg, zawsze ustąpi miejsca Heidfeldowi i lubi jeżdżenie dobrze dociążonym samochodem, a na taką jazdę się teraz w BMW zanosi).

Refleksje poszanghajskie

Parę tygodni temu niektórzy się zastanawiali, na ile kierowcy powinni walczyć za wszelką cenę o każde miejsce, a na ile powinni czasem taktycznie odpuszczać dla zachowania tego, co już mają (to w kontekście kolizji Kubicy z Vettelem rzecz jasna). Dzisiaj kolejnym przykładem tego dylematu był Adrian Sutil. Jechał grzecznie na siódmym miejscu, praktycznie niezagrożony, kiedy bączek Hamiltona dał mu awans na szóste. Tyle że Hamilton zaczął go gonić, a Sutil postanowił nie odpuszczać, i tak walczył, walczył, aż skończyło się efektownym wypadem w opony (notabene fruwające koło z samochodu Sutila pozbawiło ponoć punktów BMW, wyrządzając jakąś szkodę w samochodzie Heidfelda). A była szansa (za co szczerze trzymałem) na historyczne pierwsze dwa punkty dla Force India. Teraz ich nie ma, i nikt nie będzie pamiętał, jak było blisko. W tym przypadku to chyba niepotrzebnie mierzył Sutil siły na zamiary.

Nie mogę się cieszyć z punktów dla Force India, ale pogratuluję drugiego miejsca Markowi Webberowi (najlepszy wynik w karierze). W zeszłym sezonie jeździł bardzo dobrze, pomimo słabego samochodu punktował w co drugim wyścigu. A jednak brakowało mu wyraźnie szczęścia, ani razu nie udało mu się wtedy stanąć na podium, chociaż na skutek szczęśliwych zbiegów okoliczności udawało się to czy jego koledze z zespołum Davidowi "Crash" Coulthardowi, czy nawet Nelsinho Piquetowi (był Webber bezsprzecznie najlepszym z kierowców, którzy w zeszłym roku nie stali na podium). Teraz Fortuna obróciła się wreszcie ku niemu:)

A Robert w tym roku zapewnia niezłe wrażenia wizualne – efektowny pojedynek i jeszcze ładniejszy crash w Australii, dymek w Malezji, teraz w Szanghaju kolizja z Trullim, jak z filmów o Bondzie:)

Ogólnie rzecz biorąc – bardzo atrakcyjny wyścig. Swoją drogą, jestem ciekaw, czy Shell był bardzo zadowolony, kiedy parę razy jego reklamy na odwrotach tabliczek określających odległość do zakrętu efektownie wylatywały w powietrze rozjechane przez wirujące bolidy?

PS. Z ostatniej chwili – przeczytane na oficjalnej:  Przez pierwszych osiem okrążeń prowadził niemiecki kierowca Bernd Maylander, który na swoim safety carze przejechał już więcej okrążeń niż Heikki Kovalainen:D (trochę może przeredagowałem – prawo autora prowadzącego:))

Zła godzina

Wygląda na to, że nowa pora rozgrywania GP, przynajmniej w Malezji, nikomu nie wyszła na dobre. Kierowcy są niezadowoleni, bo najpierw słońce w oczy, a potem robi się ciemno. Ja jestem niezadowolony, bo z pewnych względów logistycznych:) o 11.00 w ogóle nie mam szans oglądać. Mieli być zadowoleni widzowie i (może zwłaszcza) telewidzowie, ale po co komu wyścig przerwany z powodu deszczu (przewidywanego z góry) i już nie wznowiony? Jedyny plusik (z działu kurioza) to ten, że pierwszy raz za mej pamięci przyznano połówkowe punkty, ale czy dla tego drobiazgu warto było jeść tę żabę?

Australijskie postscriptum

W tym wczorajszym wyścigu najbardziej żałuję nie tych straconych N punktów, tylko tego, że Robert nie miał już okazji pogonić Buttona. Bo ciekawe, czy rzeczywiście by go dogonił i poatakował. Button twierdzi, że Robert nie miał na to szans (prowadząc faktycznie mógł jechać spokojnie), ale był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć:)

A swoją drogą, kiedy czytam w mediach, że Vettel "staranował" Kubicę, to już nawet śmiech przychodzi z trudem. Ech, pismaki.. Tyle że wielu tych, co nie oglądało, w to uwierzy:(

Czy warto walczyć o dziesiąte miejsce?

Nieraz w dyskusjach o F1, zwłaszcza o zasadach punktowania, pojawiało się pytanie o to, o co walczą zawodnicy jadący na odległych miejscach. Dzisiejsze GP Australii znowu pokazało, że jest o co (przynajmniej póki Ecclestone nie przeforsuje swoich aktualnych propozycji). Ten, kto był dziesiąty na cztery okrążenia przed końcem, po wypadku Vettela i Kubicy i karze dla Trullego zdobywał dzisiaj dwa punkty (zresztą był to debiutant Buemi). That’s racing.

A w przypadku Roberta to chyba można mówić o australijskim fatum:) – trzy razy startował, ani razu nie dojechał, za każdym razem trudno mówić o jego winie (tym razem było tego najbliżej, chociaż stewardzi uznali, że to wina Vettela – ja uznałbym to raczej za race accident, a Robert faktycznie zostawił Vettelowi bardzo mało miejsca na wyjściu z zakrętu, kiedy był już przed nim).

Brawn czyni cuda

Weźmy takiego Jensona Buttona. Swego czasu jeżdżąc dla BAR trzeci kierowca świata (2004), w 2006 wygrał jedno GP i w klasyfikacji końcowej szósty (czyli per saldo ciut lepiej niż Robert Kubica w sezonach 2007-2008). Przez ostatnie dwa lata raczej jako czerwona latarnia, a najbardziej zapisał się w tym czasie w pamięci komentarzem na temat Danicy Patrick i jej ewentualnych startów w cyklu F1.

Weźmy starego poczciwego Rubensa Barrichello. Pamiętam go jako brazylijskiego szaleńca w Jordanie, później dwukrotny wicemistrz świata w Ferrari (nie miał szansy zostania mistrzem jeżdżąc jako dwójka za Schumacherem, co jest dodatkowym argumentem na niekorzyść Schumachera:)). W ostatnich dwóch latach jedno przypadkowe podium w deszczowym wyścigu na Silverstone, a najważniejszy wyczyn w tym okresie to ustanowienie rekordu liczby wyścigów w GP (wszyscy się tylko zastanawiali, czy się już wycofa, czy będzie go śrubował dalej).

Dzisiaj w kwalifikacjach do GP Australii: 1. Button, 2. Barrichello, z bezpieczną przewagą nad innymi. I niech mi ktoś potem mówi, że w F1 najważniejszy nie jest samochód, a dobry kierowca nie jest do niego tylko dodatkiem.

Patrioci w tym miejscu żachną się, że przecież Robert Kubica jako jedyny z "dawnej" czołówki, jadąc bez spornego dyfuzora i KERS-u, potrafił zająć czwarte miejsce w kwalifikacjach. W tym sporcie liczy się tylko wynik bezwzględny (zresztą jak zaczynamy doczytywać uwarunkowania, to sukces Roberta w Montrealu jako uzyskany głównie dzięki idiotycznemu zderzeniu Hamiltona z Raikkonnenem, jest mniej wart niż zwycięstwo Vettela na Monzie), więc nie pocieszajcie się, naiwniacy. Ważne, komu pierwszemu machną chorągiewką w szachownicę.

Klasyfikacja Ecclestone na poważnie?

Przez cały sezon bawię się symulowaniem, jak by wyglądały wyniki Formuły1, gdyby wprowadzić w życie pomysł Berniego Ecclestone’a, a tu proszę – zanosi się na to, że Bernie swój pomysł przeforsuje! W skali sezonu – jak pisałem przed Interlagos – najwięcej straciłby na tym Hamilton, bo nie zostałby mistrzem na ostatnim zakręcie, a zaraz po nim obaj kierowcy BMW: Roberta wyprzedziłby Fernando Alonso (ledwie trzy "medale" przy siedmiu Roberta, za to dwa złote), a Heidfelda – Vettel (jeden jedyny medal złoty przeciwko czterem srebrnym). Tyle że gdyby wyniki były zliczane na modłę Berniego, to taktyka defensywna byłaby samobójstwem i McLaren musiałby się nieźle nagłowić, jak podejść do tego ostatniego wyścigu, i prawdopodobieństwo jakichś dziwnych wypadków byłoby jeszcze większe.

Dobrą stroną  tego wariantu byłoby uniknięcie histerii pt. dlaczego wredny Niemiec Roberta nie przepuścił? Żeby mieć szansę na trzecie miejsce w generalce, Robert musiałby bowiem wygrać na Interlagos:) (i jeszcze liczyć na to, że Raikkonnen nie dojedzie drugi)