Jeżdżenie po ścianach, czyli mistrz kontra pomocnik

Ostatnie GP Węgier oglądałem tylko fragmentarycznie, powiedzmy że drugą połowę, więc nie widziałem momentów najbardziej traumatycznych dla kubicofanów, za to śledziłem zdarzenia z udziałem Rubensa Barrichello. Najpiew „walczył” z Pietrowem (który trochę zaczyna mi psuć plan zupełnie innej notki:)), po czym – po obowiązkowej zmianie opon – wyjechał za Schumacherem i zaczął go gonić. Zapowiadało się to od początku atrakcyjnie, bo Barrichello na świeżych gumach vs Schu na już nieco zużytych, no i do tego podteksty – stary mistrz kontra jego wierny pomocnik, powracający mistrz kontra walczący o tytuł w zeszłym sezonie, no i bolid zaliczany przed sezonem do Top 4 kontra bolid z drugiego rzędu.

Barrichello dogonił Schu. Spróbował raz, drugi, wreszcie przylepił się do Mercedesa na prostej startowej i skoczył po wewnętrznej. Wytrzymał do końca, choć Niemiec spychał go aż po centymetry od betonowej ściany; kiedy go wreszcie wyprzedzał, ciął linię wyjazdu z pitlane, bo inaczej się nie dało. I zajął ostatnie punktowane miejsce. Ten manewr przejdzie do historii F1.

A Schumacher po raz kolejny powinien przemyśleć kontynuowanie kariery. Niedawno w walce o punkty objechał go żółtodziób Pietrow, teraz przegrywa sromotnie z Williamsem, niepunktowane miejsca to już reguła. I jeszcze 10 miejsce w plecy na starcie kolejnego wyścigu.

PS. Byłbym zapomniał o gratulacjach dla Pedro de la Rosy. Punktując na Hungaroringu, opuścił niezby zacne grono zawodników o zerowym dorobku z sezonie, w którym teraz pozostali już tylko zawodnicy Lotusa, Virgin i HRT, którzy potrzebowaliby jakiegoś kataklizmu, żeby zapunktować, wyścigu takiego jako Monaco 1996.

 

Ferrari-pidgin

Na 47 okrążeniu GP Niemiec, Felipe Massa usłyszał w słuchawkach (a miliony widzów w głośnikach telewizorów) głos swojego inżyniera wyścigowego: „Fernando-Is-Faster-Than-You! Potwierdź że usłyszałeś!” Jak to wszyscy zrozumieli, tak zrozumieli, zwłaszcza że wkrótce potem Massa tak wolno wychodził z zakrętu, że Alonso go objechał bez mydła. Nie wiem jeszcze, jak na to zareagują sędziowie (mogą to potraktować jako team order, ale też na kilku następnych okrążeniach Massa był wyraźnie wolniejszy zarówno od Alonso, jak i jadącego za nim Vettela, więc może inżynier widział w telemetrii coś, czego wyraźnie na głos nie powiedział; pewnie w ciągu kilku godzin usłyszymy jakies dalsze nowiny na ten temat, strona FIA na razie straszliwie oblężona), ale w sumie ja nie o tym.

Uderzył mnie sposób wypowiadania tych słów przez inżyniera – jakby mówił nie do swojego kierowcy wyścigowego, ale do chłopca z faveli, artykułując do przesady wyraźnie i wolno, jak obcokrajowiec, który stara się być dobrze zrozumiany (choć native speaker).

Ale na koniec wyścigu, kiedy zaczęły się zwyczajowe gratulacje, to chyba wszyscy w Ferrari brzmieli w radio tak, jak gdyby z angielskim spotykali się tylko od święta.

Nie onanizować się na myśl o kobiecie

Dzisiaj wyjątkowo nie o F1, tylko o F2:) Jeździ od niedawna w tym cyklu „nasza” reprezentantka, sympatyczna z wyglądu (bo tylko tak ją znam) Natalia Kowalska. Jeździ na razie, powiedzmy otwarcie, raczej średnio –  w sześciu dotychczasowych wyścigach bieżącego sezonu nie zdobyła punktów, a w kwalifikacjach zajmuje miejsca w drugiej dziesiątce, w eliminacjach do dzisiejszego wyścigu w belgijskim Zolder uplasowała się na 15. pozycji.

Oglądałem dzisiaj ten wyścig (przynajmniej w początkowej fazie) i nie mogę do tej pory wyjść z wrażenia, jak bardzo nie panowali nad sobą komentatorzy Eurosportu. Po starcie piali z zachwytu, jak fantastycznie Kowalska wyprzedziła trzech rywali i z 15. awansowała na 12. miejsce. Zupełnie im nie przeszkadzało, że w tzw. międzyczasie jeden z kierowców wyprzedzających Kowalską otrzymał karę i został na starcie cofnięty o kilka pozycji (tak że była ustawiona na 14. polu), a kierowca z 12. pola z powodu problemów technicznych startował z boksów. Zatem z trzech „pokonanych” na starcie rywali, Kowalska dwóch nie musiała wyprzedzać wcale. Później jeden z kierowców pierwszej dziesiątki zaliczył efektownego bączka na zakręcie, zatrzymując jeszcze dwóch innych. Naturalną koleją rzeczy było, że ta trójka musiała przepuścić wszystkich, zanim była w stanie ruszyć dalej. Cóż, komentatorzy znaleźli okazję, żeby zachwycać się, jak to Natalia Kowalska sprytnie ominęła te zawalidrogi (a mogła na nich wpaść, no nie?), dzięki czemu zaczęła jechać na punktowanym miejscu.

Natalia Kowalska nie zdobyła punktów w tym wyścigu, bo na piątym okrążeniu zaliczyła pobocze, straciła tempo (chyba opony słabo się wtedy poczuły), a trzy okrążenia później znów przeszarżowała w zakręcie i zakończyła wyścig na bandzie (przy okazji wypuściła na tor safety car). Nie wiem, kiedy zacznie punktować w F2, na razie nie mam przekonania, że trafi do F1 (nie dlatego, że jest kobietą, to przez to, że chyba jest jeszcze zbyt słabym kierowcą jak na tę klasę), choć życzę jej jak najlepiej. Nic jednak nie usprawiedliwia podniecenia, jakie ogarniało komentatorów, którym wzrok i umysł wyraźnie wtedy przyćmiewało.

Ulewa w Montrealu

Deszcz potrafi w niesamowity sposób wpłynąć na przebieg wyścigu Formuły1 – czasem wypaczyć, czasem go przerwać, często dać szansę na niesamowite sekwencje wyprzedzań, a nawet zadecydować o tytule mistrza świata (patrz triumf Hamiltona AD 2008, po wielkim zamieszaniu z oponami deszczowymi). W tym sezonie powoduje zwykle dużo ciekawsze wyścigi, niz przy dobrej, słonecnej pogodzie. Smutne jednak, kiedy wpływa też na stan umysłu jeszcze przed wyścigiem.

Przed jutrzejszym wyścigiem na Gilles Villeneuve, wszyscy podejrzliwie patrzą w niebo, a korespondent GW pisze nawet o „dużym prawdopodobieństwie ulewy”. Cóż, ja patrzę na zaoceaniczne internetowe serwisy pogodowe, i dość zgodnie piszą one, że jest dosć duże prawdopodobieństwo, że kiedyś w ciągu tej niedzieli jakiś lekki opad z nieba spadnie. Ale raczej rankiem i wieczorem, a nie w środku dnia – w porze wyścigu. To już na lekką histerię zakrawa.

Finał kwalifikacji fantastyczny – Hamilton po wykręceniu czasu na miarę PP dostaje komunikat od zespołu „masz za mało paliwa, żeby dojechać do boksów, zatrzymaj się na torze”. Widok bolidu F1 sunącego (siłą bezwładności) po torze z kierowcą siedzącym na zewnątrz: bezcenne.

Jak wyprzedzać?

Szef Lotusa wymyślił, żeby zllikwidować w Formule 1 niebieskie flagi, pokazywane pojazdowi dublowanemu (wolniejszemu), że powinien ustąpić miejsca i dać się wyprzedzić. Po krótkim namyśle jestem za, pod warunkiem wprowadzenia jeszcze jednej zmiany – a mianowicie całkowitego zakazania zmiany toru jazdy w obronie (teraz wolno jeden raz). W ten sposób wolniejszy (i każdy inny broniący) będzie musiał liczyć tylko na wojnę nerwów i precyzję ruchów, a nie na możliwość „zamknięcia drzwi” w ostatniej chwili. Szybsi sobie z wolniejszymi w końcu poradzą (przy czym znacznie bardziej pasjonująca stanie się rywalizacja, kiedy np. dwóch walczących o czołowe pozycje musi zdublować tego samego marudera, bez pomocy niebieskich flag), a z kolei wolniejsi, kiedy okażą się nie być aż tacy powolni, będą mogli bez obaw próbować się oddublować. W każdym razie, ilość manewrów wyprzedzania powinna wzrosnąć.

 

Za dobre opony

Jedną z największych niespodzianek tego sezonu jest jak na razie wytrzymałość opon. Okazuje się, że na suchej, gorącej nawierzchni, dociążone paliwem bolidy potrafią przejechać nawet i 75% dystansu na jednym komplecie opon.  W rezultacie przy takich warunkach atmosferycznych, wyścig wygląda następująco: wszyscy ruszają na miękkich oponach (wymóg zmiany mieszanki + startowania na oponach, na których uzyskano najlepszy czas, zwykle miękkich), po czym kiedy zaczynają się zużywać, niemal jednocześnie wymieniają gumy na twardsze i ciągną na tym do mety. Tak było – ku wielkiemu zdziwieniu – w Bahrajnie, tak było i w Barcelonie (przyzwyczajenie do innych strategii znowu spowodowało zdziwienie, że kierowcy się do boksów nie spieszą). Przyznam, że i ja – obserwując jak Jenson Button odpuszcza pogoń z Michaelem Schumacherem – sądziłem, że będzie próbował połknąć go przy zmianie opon, lub na świeżych gumach. Cóż, prawidłowa odpowiedź brzmiała: Button zrozumiał, że jeśli będzie dalej naciskał, to zbyt mocno zniszczy opony, by móc dojechać na nich do końca – a ewentualna zmiana opon na świeże będzie oznaczała stratę większą, niż będzie w stanie nadrobić dzięki lepszemu prowadzeniu się bolidu (jako jedyny z czołówki drugi raz opony zmienił Vettel, i – jeszcze przed awarią hamulców – nie wydawało się, aby miał szansę odrobić stratę pozycji do Alonso; może gdyby zrobił to wcześniej?).

I tu, jak się zdaje, tkwi sekret „pochodu ciężarnych słonic”. Nie w samym ciężarze (bo ten przy wilgotnej nawierzchni nie przeszkadza), ale w porównaniu zysków i na strat na zmianie opon. Jeżeli bowiem kierowcy zamierzają przejechać większość dystansu na jednym komplecie, to muszą bardziej o nie dbać – a to zmusza do ograniczenia efektownych manewrów. Pilnowanie własnej pozycji i liczenie na ewentualny defekt lub gruby błąd rywala, staje się imperatywem, aktywność się po prostu nie opłaca, bo można skończyć jak Hamilton.

Czy jest na to rada? Na wymuszanie deszczu trudno liczyć, więc zostaje chyba tylko jedna, kontrowersyjna opcja: wymuszenie dwukrotnej (co najmniej) zmiany opon w trakcie wyścigu. W moim odczuciu, wtedy kunktatorstwo przestanie się po prostu opłacać. Oczywiście, na swój sposób pokrzywdzeni będą zawodnicy, którzy dobrze dbają o opony, ale też czy naprawdę F1 to konkurs pielęgnacji ogumienia, czy może jednak wyścigi?

Czas czystej jazdy

Miłośnicy analiz statystycznych mogą się nieźle wyżyć w biathlonie, bo w tej dyscyplinie zawody są rozkładane na czynniki pierwsze (i wszystkie dane są dostępne!). Szczególnie często spogląda się na tzw. czas czystego biegu, to jest odliczając czas spędzony na strzelnicy (ewentualnie także spędzony na karnych rundach), oceniając w ten sposób „czystą szybkość biegu”.

F1 jest dla fanów wczytywania się w liczby jeszcze lepszą gratką, niż biathlon:) Dzisiaj jednak zastanowiło mnie – przy tych wszystkich przetasowaniach związanych z wizytami w boksach i szaleńczej jeździe Hamiltona i Alonso – ile by wynosił w ich przypadku taki „czysty” czas jazdy, odliczając straty na czas spędzony na pit-lane. Z pozoru rzecz prosta, bo czasy poszczególnych przejazdów i postojów są zapewne do znalezienia (nie sprawdzałem, ale wierzę, że są), ale oczywiście jest haczyk: nikt mianowicie nie mierzy, ile wynosi czas przejazdu torem na odcinku pomiędzy początkiem, a końcem pit-lane. A bez dokładnego wyniku, ile trwałby przejazd tym fragmentem, nie da się wiarygodnie ustalić tego „czasu rzeczywistego”. Zawodnik jadący np. na 2 pitstopy, przejeżdża bowiem po torze inną drogę, niż jadący na 3 stopy (w biathlonie podstawowa droga jest zawsze stała). Nie wspomnę też o niemożności przeliczenia skutków pojawienia się na torze safety-caru na wyliczenie realnej szybkości zawodników.

Biethlon ma bowiem jedną zasadniczą różnicę w porównaniu do F1 – jest sportem dalece bardziej indywidualnym (i nie chodzi tu nawet o pracy całego zespołu przy przygotowaniu samochodu, kluczowym dla możliwości tego samochodu na torze, bo analogiczną funkcję – choć mniej skomplikowaną – odgrywają serwismeni). W biathlonie praktycznie wszystko zależy bowiem od samego zawodnika: jego biegu, jego oka i ręki, jego nerwów, inni nie mają praktycznie na niego wpływu. Na torze natomiast inni zawodnicy mogą znacząco wpłynąć na jazdę innych – nie dając się wyprzedzić, czy też powodując zdarzenia wyścigowe. I czasy natychmiast stają się nieporównywalne.

Nie ma prostego kalkowania schematów, ale oba sporty i tak są piękne:)

Każdy punkt się liczyć może

Mamy za sobą trzy wyścigi tegorocznego sezonu. Sebastian Vettel i jego redbull wyglądają na niesamowicie silnych, ale na razie prowadzi Felipe Massa z 39 punktami, mając zaledwie 15 punktów przewagi na ósmym (!) Markiem Webberem (przy 25 punktach za zwycięstwo, kolejność może się bardzo łatwo zmieniać); nie chce mi się przeliczać na stary system punktacji, ale dość będzie powiedzieć, że w tych trzech wyścigach, na podium stało aż ośmiu kierowców (jedyny który znalazł się tam dwukrotnie, jest liderem). Dlatego też bardzo mnie zdziwiła napotkana na portalu myśl, że sezon może być już rozstrzygnięty. Stare przysłowie pszczół mówi „nie chwal dnia przed zachodem słońca..” (ciąg dalszy pozostawmy w niedomówieniu). Dość wspomnieć, że w zeszłym sezonie, też się po kilku wyścigach wydawało, że Jenson Button zdobędzie tytuł, choćby w trakcie wyścigu zatrzymywał się na hamburgera – a pod koniec sezonu emocji było co niemiara. Tym niemniej, o ileż ciekawiej było jeszcze, gdyby w pierwszym wyścigu zeszłego sezonu, Vettel nie zaliczył kolizji z Robertem Kubicą, starając się obronić drugie miejsce. Wtedy psioczyliśmy, że na skutek tej kolizji może Robertowi na koniec sezonu braknąć punktów w walce o najwyższe laury (wtedy wielu naprawdę w to wierzyło). A brakło – Vettelowi (gdyby nie wypadek, miałby o sześć punktów więcej i do końca szansę walki o tytuł). Dlatego na koniec sezonu może się okazać, że każdy jeden punkcik wywalczony czy oddany może mieć znaczenie, nawet jeśli zdobyty nie w walce o podium wyścigu, lecz o odległe miejsce.

W czasie deszczu słonice szaleją

Po GP Bahrajnu wielu narzekało, że nic się nie dzieje, a bolidy jadą do mety jak sznur ciężarnych słonic. Cóż, dzisiejsza walka na Albert Park pokazała, że i słonice potrafią walczyć jak wściekłe (jakby broniły mlodych, pozostając w klimacie porównań przyrodniczych). Tylu ataków, wyprzedzeń, kontr, to dawno nie pamiętam. Niezaprzeczalnie pomogła trochę pogoda, być może słonice w deszczu są bardziej żywotne.

Był oczywiście wyjątek – pewna stara, poczciwa słonica, która chyba jednak niepotrzebnie dołączyła do stada. Obserwowanie, jak zmaga się z młodą, acz powolną i niedoświadczoną słoniczką, było nieomal żenujące.

Serdeczne gratulacje natomiast dla innej młodej, jeszcze bardziej niedoświadczonej słoniczki, która powoli, ale doczłapała aż do mety. Ale też w Indiach słonica to zwierzę normalnie występujące:)

Na zamorskich torach bez zmian

W zeszłym roku kierowcy narzekali na porę rozgrywania wyścigów, najpierw w Australii, a potem zwłaszcza w Malezji. W tym roku to zjawisko się powtarza.

W zeszłym roku żale kierowców zostały zignorowane. W tym roku zanosi się, że i to się powtórzy.

Mam nadzieję, że więcej powtórzeń już nie będzie. Jakby co, to niech Robert lepiej objeżdża Vettela szerokim łukiem, a nie w ciasnym zakręcie.