Wyszło, co skrzętnie ukrywane: mimo wszelkich deklaracji o skromności i zgrywanych wyniośle obojętnych póz, gapię się w statystyki ruchu i rośnie mi od tego, jak rosną. Tak przynajmniej trzeba sobie tłumaczyć tę notkę…
Bo zacząć trzeba od tego, że niedawna notka pożegnalna dla Gordena Kaye, napisana wieczorem pod wpływem impulsu, spodobała się redaktorowi kontentu na głównej stronie i dobę całą Rene uśmiechał się na głównej w pożegnalnym toaście. Ja zaś zaglądałem w statystyki i zastanawiałem się jak skończy, poprzednio (mógłbym linki powrzucać, ale mi się nie chce) z głównej wpadło ze trzy tysiące ciekawskich, tym razem jakieś dziesięć procent mniej. I wtedy postanowiłem coś zanotować.
Statystyki odwiedzin (te dostarczane przez Bloksa, nie mam pojęcia jak je interpretować ani jak odnosić do innych statystyk, i całkiem mi z tym dobrze) za wcześniejszy tydzień mówiły o 219 wejściach, co dało 150 miejsce. Kiedy skończył się kolejny tydzień (ten tłusty w odwiedziny), Blox podsumował go na 3172 wejścia. Dało to pozycję w pierwszej setce, o niemal równo sto miejsc wyżej niż przed tygodniem (dokładnie o 99).
Pomyślałem sobie: na Zapiskach… wcale się wiele nie dzieje, nie piszę tak często jak kiedyś, komentarzy też mniej (taka to ogólna tendencja na blogach), a miejsce w rankingu rośnie (kiedyś były w drugiej pięćsetce, potem w połowie tysiąca, w trzeciej setce… ostatnio w drugiej(a ruch, powtórzmy, nie rośnie). Przypuszczam, że te setki wklepanych przez lata notek często gęsto wyskakują w Góglu, to i potem jakiś stały ruch małozainteresowanych się pojawia. Natomiast wygenerowana incydentalnie różnica w liczbie wejść wyraźnie pokazała, o ile większy musi być ruch, żeby wskoczyć na miejsca bliższe czołówki (mają na to ładne określenie, krzywa coś tam), nie mówiąc o samym szczycie (pewnie i obecność przez tydzień na głównej stronie by nie wystarczyła, blogu dzięki).