Obecny stan jest chyba pokłosiem ostatniego głosowania na Trójkowy Top Wszech Czasów, kiedy przebierałem w rozmaitych utworach jak również obserwowałem i zapewne nieraz podsłuchiwałem rozmaite dyskusje, także pod kątem głosowania w kolejnych przyszłych edycjach. I tak oto wsłuchałem się w jeden utwór, który w tym roku umieściłem na liście rezerwowej (słuchałem go rzadko, bo długi). Wsłuchałem się…
Nie pierwszy to raz, kiedy po wsłuchaniu się zaczynam słuchać kompulsywnie i wyszukiwać coraz to nowe wykonania i wersje. Z pozoru wydaje się, że to hymn na jednego Knopflera, ale to jednak robota zespołowa, każdy dostaje swoją dolę, a bez klawiszy Alana Clarka… to byłoby zupełnie nie to, one prowadzą z Knopflerem pełnoprawny dialog.
Wsłuchałem się też w tekst i nie umiałem się oprzeć myśli, że to rozbudowana, skupiona bardziej na ogóle wersja historyjki opowiadanej w innej mojej ukochanej piosence. Ten sam klimat degradacji otoczenia, wywołujący przygnębienie i chłód w związku, co u Springsteena, choć on śpiewał o mieścinie w Pennsylwanii, a nie o okolicach Detroit – i ta sama magia.
Pora odpłynąć po raz kolejny all the way down the telegraph road, tym razem w wersji studyjnej.