Po tak radosnych dla nas mistrzostwach wielokrotnie podkreślano jego rolę – formalnie tylko asystenta, lecz w istocie głównego fachowca schowanego w cieniu frontmana, prawie jak Loew przy Klinsmannie. I kto wie, być może bez jego pomocy Antiga nie zapanowałby nad trudnymi momentami, w końcu jest trenerskim żółtodziobem.
A Filip niewielu rzeczy mógł Stefanowi zazdrościć, także jako zawodnik. Medale mistrzostw Europy zgarniali obaj, Filip nie miał wprawdzie medalu mistrzostw świata (choć poprowadził doń Stefana), ale za to przed własną publicznością zdobył tytuł MVP (tak jak Wlazły). Jako trener prowadził drużynę Francji do wielu znakomitych wyników, pięć lat temu to my stanęliśmy mu na drodze do upragnionego pierwszego miejsca.
Myślę sobie po cichu, że to dobrze, że w decydującym momencie mieliśmy go na swojej ławce. Być może gdyby został jeszcze z reprezentacją Francji, to Francuzi nie przegraliby w półfinale pięciosetowego meczu z Brazylią, być może Polska by do półfinału w ogóle nie trafiła. Być może w Spodku na cześć zwycięzców zabrzmiałaby Marsylianka…
Kto wie. W każdym razie: merci, Philippe Blain.