Nawiedziło nas z początkiem tygodnia zjawisko przyrodnicze, o którym już kiedyś wspominałem, jednakże w dużo większej intensywności. Marznący deszcz padał noc całą (z niedzieli na poniedziałek), dzięki czemu rano wszystko było pokryte lodową skorupą. Po raz pierwszy błogosławiłem zakładane na przednią szybę samochodu płachty, dzięki którym przynajmniej tej części samochodu nie musiałem skuwać z lodu; po zdjęciu płacht, na ziemię sypały się (krusząc się szybciutko) tafle lodu grubości paru milimetrów. Parę kawałków pokazowo uratowałem od zniszczenia i uwieczniłem (tło może niepiękne, ale daje orientację co do rozmiarów).

Niestety, lodowica nie zamierzała się z nami rozstać rano, kapała z nieba cały dzień. Radość z czystej szyby o poranku została przyćmiona, kiedy wieczorem zamierzając pojechać do domu, jakieś 20 minut zdzierałem z szyb (przynajmniej niektórych) świeżą warstwę lodu (na dachu i w paru innych częściach samochodu leży do dziś). Ale też muszę uczciwie przyznać, że widok oblepionych lodem witek wierzbowych w świetle wieczornej latarni, był uroczy.
![to nie deszcz, to [stacja kosmiczna]... oblodzenie wierzba lodowica Chorzów](https://szku.home.blog/wp-content/uploads/2019/04/wierzba.jpg?w=540&h=720)
Dziś na szczęście sypie śniegiem. Na szczęście, bo uwierzcie: zrzucenie z samochodu 10 cm śniegu to betka w porównaniu ze skuwaniem 5 mm lodu.