Kiedy wybieraliśmy zakwaterowanie na tegoroczny wakacyjny pobyt we Włoszech, wybrany przez nas apartament reklamował się między innymi, że posiada na wyposażeniu „ekspres do kawy”. Nie była to najważniejsza z cech, mówiąc szczerze, co najwyżej drobny bonus, niemniej kiedy dotarliśmy na miejsce i rozgościliśmy się, zacząłem się uważnie rozglądać, bo nie rzucał się w oczy. Mając zaś w pamięci wspomnienie, że podczas jednego z wcześniejszych pobytów we Włoszech poczuliśmy się poważnie rozczarowani wyposażeniem kuchni (na tyle poważnie, że w te pędy pognałem do sklepu nabyć talerze, garnek i patelnię, służące nam zresztą do dziś) tylko dlatego, że nie wpadliśmy na pomysł starannego przejrzenia zawartości kredensu w jadalni (który zawierał obiecane pełne wyposażenie), wiedziałem, że nie należy poddawać się pochopnym ocenom. I.. znalazłem.
Dziś pojęcie „ekspres do kawy” kojarzy się z rozmaitego rodzaju machinerią, od prostych przelewowych, przez „zwykłe” ciśnieniowe aż po wypasione pozwalające zrobić piankę do cappuccino i wzorek. „Włoska” natura espresso skojarzenia te wzmacnia tym bardziej, włoskobrzmiących nazw firm produkujących kawę lub ekspresy nie będę wymieniał bo wszyscy znają, a ja nie chcę robić ostrzeżeń o lokowaniu produktu. Nie wiem czego używa przeciętny Włoch, ale do zaparzenia espresso wystarczy jednak urządzenie z prostych najprostsze, i takie właśnie znalazłem w szafce, i w ogóle nie czułem się rozczarowany.

Nawet mogłem takie sobie z domu zabrać, mam wersję na 2-3 osoby, jak i malutki jednoosobowy. Wystarczy palnik gazowy, do tego oczywiście woda, kawa i.. filiżanka.