To wspomnienie przyszło zupełnie nie wiadomo skąd, może trochę wiadomo dlaczego, ale pozwolę sobie pominąć.
Kiedy byłem mały (i może nawet chciałem dojść na koniec świata), pamiętam, że na nasze miejskie podwórko (nie, nie była to studnia na tyłach kamienicy, tylko całkiem spore zielone podwórko, wtedy jeszcze nie zagracone parkującymi samochodami), dość regularnie przyjeżdżał gość. Objeżdżał podwórko dookoła, wybierał dobre miejsce, zatrzymywał się, zsiadał z siedziska, poprawiał czapkę i wykrzykiwał na cały głos:
– Kartooofle, kartofleee!
I na ten dźwięk (który po trzydziestu latach bez trudu odtwarzam z pamięci) całkiem sporo ludzi schodziło ze swoich mieszkań i prosto z furmanki kupowało, czy to kilka kilo na bieżącą konsumpcję, czy to cały worek na zimę. Wiem, że to takie.. niehumanitarne wymagać dzisiaj, żeby ktoś dla mojej przyjemności tarabanił się wozem i konia bez potrzeby męczył, ale jakoś bym chętnie taką scenę znów zobaczył, kiedy w latach 90-tych przyjechał ktoś podobny furgonetką, to jednak nie było to samo.
Jesień jakaś chyba idzie, normalnie.