Hate Akamai

Przeciętnemu użytkownikowi internetu nazwa Akamai Technologies nic nie mówi. Nie pojawiają się na portalach, nie prowadzą serwisów, nie świadczą żadnych znanych (dobrze lub źle) usług. Nie znaczy to, że nigdy się z nimi nie zetknęli nieświadomie. Akamai Technologies świadczy bowiem usługi polegające na udostępnianiu pomocniczych serwerów, na których korporacje umieszczają kopie swoich plików, żeby te łatwiej było ściągnąć użytkownikom. 

Z pozoru nie ma w tym nic złego (bo nie ma), skąd więc taki ładunek niechęci zawarty w tytule? Otóż sam nie mam nic przeciwko działalności tej firmy (lub podobnych, bo nie jest ona jedyną na świecie), jeżeli tylko mam szybkie łącze. W warunkach zaś, jakie potrafią nam wciąż oferować operatorzy komórkowi (teraz tę notkę też piszę przez modem komórkowy), łącze działa nieraz ledwie tak sobie pod warunkiem, że się go szczególnie nie obciąża. I wtedy właśnie pojawia się problem, że wiele aplikacji (włącznie z przeglądarkami) dokonuje rozmaitych aktualizacji, gdy tylko wykryje połączenie z Internetem; można to oczywiście ograniczyć, ale pilnowanie, kiedy jest czas na aktualizacje, albo bycie zasypywanym pytaniami o udostępnienie łącza dla aplikacji, zniechęca w sposób błyskawiczny. A kiedy aplikacja zaczyna namolnie się ściągać, zaraz zaczyna się problem z podstawowym sposobem korzystania z Internetu, czyli ładowaniem stron przez siebie zamierzonych. 

Już dawno doszedłem do przekonania, że muszę kontrolować co się dzieje na łączu (także ze względów bezpieczeństwa). Zainstalowałem więc aplikację identyfikującą połączenia. Kiedy zaczyna mi wyświetlać całą stronę połączeń z serwerami Akamai, a jednocześnie nie mogę się doczekać na załadowanie oczekiwanej strony, zaczynam odcinać połączenia z Akamai. Zwykle pomaga.

Wiem, że to Cygan zawinił, a kowala powiesili, ale nie poradzę. Akamai jakoś przeżyje to okresowe odcinanie, przepuszcza przez swoje serwery podobno około 20% całego ruchu w Internecie.  A potem i tak się podłączę do szybszego łącza.

Dodaj komentarz