Nie wiem jaki jest narciarski odpowiednik „Bomba w górę”, ale sezon narciarski właśnie się rozpoczął. Nie bez zdziwienia odnotowałem fakt, że w zawodach sztafetowych wystawiliśmy także drużynę męską, gdyż posucha wśród biegaczy była spora. Średnia wieku tej sztafety wynosiła 23 lata, a i to nieźle ją zawyżał Maciej Kreczmer. Wynik, cóż – pochwalić można jedynie, że dobiegli do końca, czym zdystansowali Francuzów (których zawiódł Vittoz). Czasy jednak chalebne nie były. Najmłodszy Sebastian Gazurek być może ustanowił mały rekord, bo był wolniejszy o ponad półtorej minuty od drugiego najwolniejszego biegacza w stawce (klasykiem, więc i w ogóle). Mariusz Michałek, mający wszak już na swoim koncie punkty Pucharu Świata, był najwolniejszy na swojej zmianie, lecz szczęśliwie wyprzedzając dwóch nieboraków ze zmiany czwartej, na której przegonił ich także debiutujący w Pucharze Maciej Staręga. Kreczmer zaś może się prawie pochwalić, że prześcignął nie tylko dwóch na swojej zmianie, ale i czterech ze zmiany drugiej (wliczając, a jakże, Gazurka). Łącznie prawie 10 minut straty. Odnotujmy także, że najszybszym zawodnikiem na trasie był – co za niespodzianka – Ole Einar Bjoerndalen.
Wśród pań nastroje tylko ciut lepsze. Zaczęło się oczywiście z pozoru znakomicie, bo Justyna Kowalczyk zrobiła sobie arcymocny trening, uzyskując oczywiście bezwzględnie najlepszy rezultat w klasyku, ale to były miłe złego początki. Debiutujące w PŚ Ewelina Marcisz i Martyna Galewicz (średnia wieku 20 lat) straciły w sumie 3 minuty, tak że Paulina Maciuszek, i tak nierewelacyjnie dysponowana, wiele już też zrobić nie mogła, i skończyło się na 17 miejscu. Może z Sylwią Jaśkowiec byłoby z minutę lepiej, co mogłoby dać miejsce 10-tce.
Mam nieodparte wrażenie, że te młode sztafety są szykowane nawet nie na tegoroczne Mistrzostwa Świata ani na te następne, ale raczej już na Soczi. Droga do Soczi na razie daleka, chyba na szczęście.