Ach, co to był za wyścig!
Dramaturgia, że mucha nie siada – wypadki, neutralizacje, deszcz. Sutil jadący po sensacyjnie wysokie miejsce (nawet gdyby go Raikkonnen połknął) i wypadający po jakże przypadkowym incydencie (przecież nie można powiedzieć, że Kimi go wtedy atakował). Rosberg rozbijający się w drobny mak w momencie, gdy realizator właśnie pokazał, że LH ma nad drugim Kubicą ponad pół minuty przewagi, znikające w jednym momencie (przysięgam, że tuż przed tym wypadkiem pomyślałem, że jeżeli nie zdarzy się neutralizacja, to wszystko pozamiatane). I tak dalej. I w tym wszystkim niewzruszony, bezbłędny Robert.
Mniam. Pamiętam ten deszczowy wyścig z 1996 roku, kiedy odpadli prawie wszyscy i wygrał Panis. Damon Hill wygrałby wtedy w cuglach, gdyby nie defekt. I pamietam to niesamowit GP z 1992, kiedy Mansell pechowo musiał zjechać na wymianę opony i potem atakował Sennę przez kilka okrążeń z zajadłością bulteriera uwieszonego na nogawce. Tegoroczne też mi zostanie w pamięci.