Pitaval przedszkolny

Junior bawi się na podłodze (na dworze wściekle zimno dzisiaj) samochodami i opowiada przy tym Rodzicom, jakie to zabawy uprawiają z dzieciakami w przedszkolu. Sam fakt, że dzieci bawią się w policjantów i złodziei, nie jest żadnym szczególnym zaskoczeniem, ale w pewnej chwili Rodzice z przerażeniem rejestrują następującą wypowiedź:

– A za oszustwo ubezpieczeniowe grozi do pięciu lat więzienia…

Wyedukowana ta młodzież, ciekawe czy opowiadają sobie też sposoby na załatwienie sobie alibi.  

Odpowiednie dać literze słowo

Junior gra z Matką w okręty (obowiązkiem Ojca jest jedynie narysowanie im plansz i kontrolowanie, czy Junior prawidłowo odhacza). Ponieważ Junior przy grze bywa podniecony (i na dodatek coś w przerwach pogryza), nie zawsze słychać całkiem wyraźnie, którą literę akurat wymawia (B/D, A/H i w ogóle), więc w pewnej chwili przy jakimś D3 Matka pyta, jaka na pewno jest litera, a Ojciec dodaje:
– Podaj słowo na tę literę – D jak..
– ..drink. 

Przy czym drinków w typowym rozumieniu, Rodzice zasadniczo nie używają.

Pan Wadza

Pod wpływem jakichś luźno snutych opowieści dziwnej treści, Matka postanowiła zrobić Juniorowi małą przyjemność i sprokurowała z brystolu i kolorowego papieru odpowiedniej wielkości lizak policyjny. Junior zabawkę przywitał z radością i przy najbliższej okazji popędził do pudła z autami. Pod mało czujnym okiem Ojca zaczął wyjmować jedno auto za drugim, wymachując nad nimi lizakiem, ustawiać je na podłodze i przygotowywać się do scenek z zakresu ruchu drogowego. Ojciec nie śledził zbyt uważnie, kto kogo wyprzedził, kto się z kim zderzył, kto gdzie zaparkował, ale w pewnej chwili odnotował podświadomie, że jest jakoś cicho i ruchu nie ma. 

Junior siedział przy stoliczku i coś skrobał na karteczce. Ojciec wykazując Rodzicielskie zainteresowanie zapytał:
– Co, już się nie bawisz lizakiem?

Na co Junior odparł ze śmiertelną powagą:
– Wypisuję mandat. 

Latekstowo

Junior wrócił po feriach do przedszkola (tak, tak, w przedszkolu też się robi ferie) i zaraz zaczął wyśpiewywać w domu piosenkę, towarzyszącą zabawie stanowiącą (jak Ojciec wnioskuje z chaotycznych relacji) odmianę zabawy w królewnę śnieżkę* i księcia. Słuchając tej piosenki po raz 96, Ojciec wers „i będziesz spała latek sto” zaczyna słyszeć jako „lateks to..” Cóz, sposób interpretacji prawiesiedmiolatka też w takim poskładaniu pomaga. I nawet Ojcu nie kojarzy się żadna panienka w lateksie. 

Dwieście myszy

Junior obudził się dziś rano i radośnie opowiedział, że przyśniły mu się myszy. Dokładnie 220 myszy, policzone (jestem w stanie uwierzyć że liczył, skoro był w stanie liczyć 350 schodów na stacji metra). Od rana się nimi zajmuje, szykuje im domek, karmi mleczkiem i pilnuje.

Na wypadek gdyby ktoś chciał zadać niepominięte pytanie, o to gdzie się zmieszczą dwie setki myszy, uprzejmie wyjaśniam, że to są malutkie myszy. Wielkości włoska z szczoteczki do zębów. 

Kocham dziecięcą wyobraźnię.

Nosku nosku…

Wśród małych dzieci (lub przynajmniej rodziców małych dzieci) dość powszechna jest zabawa pt. „nosku nosku Eskimosku” (lub inne formy gramatyczne); jakby ktoś nie pamiętał z dzieciństwa lub nie przeszedł jeszcze tego etapu z dziećmi własnymi lub zaprzyjaźnionymi, to polega to na trącaniu się nosami naśladując powitanie rdzennych mieszkańców Grenlandii i okolic (mniej więcej tak, tylko bardziej).

Nie dawno Matka w ramach domowej edukacji opowiedziała Juniorowi o Arktyce, Grenlandii, jak również o mieszkańcach tych zimnych okolic. Junior wysłuchał uważnie i.. przestał się bawić w „nosku Eskimosku”.
Teraz bawi się w „nosku nosku Inuitku„.

Grzeczne dziecko, Inuita nie obrazi.

Oszukiwanie w Czarnym Piotrusiu

Za sprawą jakiejś przypadkowo otrzymanej promocyjnej talii kart, Junior przyswoił i polubił grę w Czarnego Piotrusia. Nie byłby oczywiście sobą (nawet jeśli to tylko cecha pięciolatkowości), gdyby po pewnym czasie nie zaczął wymyślać własnych dodatków do reguł w stylu „a to jest moja ulubiona karta, to umówimy się, że tę tylko ja mogę brać?” czy „a tej karty ci nie dam”. Czasem mu się udaje, a czasem nie:) w zależności od stopnia kaprysu i aktualnego poziomu tolerancji u Rodziców.

Kiedy jednak Junior niedawno grał z Ojcem, Ojcu coś się wydało być nie tak (ale traktując grę jakby lekce, nie skupiał się na śledzeniu szczegółów). Wyjaśniło się, kiedy zbliżała się końcowa faza gry, i Ojciec zauważył, że Junior ma więcej kart, niż powinien mieć. Junior zaczął mianowicie udawać, że nie dostrzega w kartach posiadanej pary, a w konsekwencji – nie wykładać jej.

Z pozoru to zachowanie na własną szkodę, bo nie dość, że ma się więcej kart do trzymania:) to jeszcze można dać sobie taką parę rozbić. Ale Ojciec jak się tak właściwie zastanawia z matematycznego punktu widzenia: jak się w końcówce ma Czarnego Piotrusia i jeszcze jedną kartę, to się ma 50% szans na to, że się z nim zostanie i przegra, kiedy inny gracz wyciągnie do pary, a jak ten drugi rozbije parę, to gra się toczy dalej. Oczywiście, jednocześnie maleje o połowę szansa, że ten drugi akurat Piotrusia wyciągnie:) No jak kto woli. Ojciec się w każdym razie uczy nie denerwować się tym chowaniem pary (bo złość.. na nerwy szkodzi).

Aufsz!

Na Dzień Dziecka Junior dostał między innymi między innymi futbolówkę (rozmiar 5) oraz bramkę z siatką (nie do końca kompatybilną z rozmiarem futbolówki). Zrobiła się pogoda, więc te gadżety zostały dołączone do listy zabaw, no i spodobało się:) Wczoraj Junior dobrą chwilę spędził w ogródku na wkopywaniu piłki do bramki (i nieważne z jakiej odległości i w jakim stylu). Nawet przypadkowo ubrany był w barwy reprezentacyjne (zupełnie przypadkowo, bo biel koszulki była zmącona wieloma kolorowymi autobusikami, ale w sumie po granatowych wstawkach na strojach kadry to już nic nie zdziwi).

junior piłkę kopie

Niemal przy każdym kopnięciu, zwłaszcza mocniejszym, Junior radośnie wołał „Aufsz!”. Rodziców mocno zaintrygowało to słowo, niezrozumiałe ani co do sensu, ani co do pochodzenia, ale rozpytanie nie przyniosło wiarygodnego wyjaśnienia. No bo przecież nie uznamy za takie wersji, że „aufsz” oznacza po niemiecku piłkę..

A Mundialu Junior raczej nie będzie oglądał. Nudziłby się.

Państwa, miasta..

Junior lubi zabawy w wyliczanki. Już dawno temu uprawiał grę w „o Oplach„, dokonując później jej kolejnych modyfikacji. Wraz z poszerzaniem wiedzy o całość alfabetu oraz znajomość atlasu (bo sformułowanie znajomość geografii byłoby może jeszcze na wyrost, nawet pamiętając że mówimy o plus minus pięciolatku), nową mutacją stała się odmiana poczciwej gry w „państwa, miasta, cośtam..”, polegająca na wymienianiu do oporu państw i miast na umówioną literę (szczegółowe reguły są stale modyfikowane, więc pomińmy detale). I oto któregoś dnia podczas wspólnego spaceru z psem (wtedy najczęściej ta zabawa jest w użytku), Junior toczy z Matką grę na literę „S”. Spacer jest dość długi, więc trzeba coraz głębiej sięgać do zakamarków pamięci, aż w końcu Junior po namyśle wypala:

– Starożytny Rzym!

Śmiech Rodziców był szczery i głęboki. Odpowiedź oczywiście została zaliczona:)