Romek

– Jakie ciekawe miasto, prawda?
– Messer, mnie się bardziej podoba Rzym.*

Chyba muszę się zgodzić z Azazellem, może dlatego, że Moskwy jak na razie nie znam, a z Rzymem jesteśmy starymi znajomymi, tak od ćwierci wieku. Oczywiście, nasza znajomość jest nieco niesymetryczna, to znaczy ja lepiej znam Romka niż on mnie, ale też pewnie dla niego ta znajomość ma ciut mniejsze znaczenie niż dla mnie, jakby na to nie patrzeć on jest trochę starszy (niewątpliwie ma też znacznie więcej friendsów i followersów). W każdym razie ja go lubię, a on póki co nigdy nie miał nic przeciwko mnie (a nawet jest trochę zadowolony kiedy przyjeżdżam), myślę że to już całkiem niezły układ, nie mam przesadnie wygórowanych oczekiwań.

Odwiedzamy się (eh, jak zabrzmiało) dość rzadko, teraz już momentami ulice zacierały mi się w pamięci (choć chodziłem już nimi wcześniej „na pewniaka”). Znalazłem wszystko co chciałem znaleźć, a nawet więcej (przywilej tych, którzy wiedzą co chcą gdzie znaleźć, łatwiej im dostrzec drobiazgi drugo- i trzeciorzędne, które neofita odpuszcza szukając celów pierwszorzędnych). Kawę Romek niezmiennie robi dobrą, lody też:)

Ale wkurzył mnie jednak w tym roku mocno, kiedy się okazało, że na próżno wybraliśmy się na Piazza Barberini, bo fontanna była w remoncie. No wiesz co? Tak, przyjadę znowu.

*oczywiście nieśmiertelny Michaił Afanasjewicz Bułhakow

Czosnek, wszędzie czosnek

Region śródziemnomorski niezaprzeczalnie kojarzy się z czosnkiem: aioli, pesto, aglio&olio(&pepperoncino), tzatziki, baranina – wszędzie czosnek i czosnek. Dziwić nie może, bo tam gdzie nie stąpniesz, tam czosnek wyrasta. 

czosnek Castelsardo Casteddu Sardynia Sardegna Włochy Italia

U nas można go (kiedyś czasem, dziś często) spotkać w kwiaciarniach, robi wrażenie, te wyhodowane pracowicie kule. Na swobodzie też robi wrażenie, kiedy rośnie całym stadem, może kule mniejsze, ale za to wśród liliowo dojrzałych znajdziemy i jeszcze zielone, tego w kwiaciarni nie dostaniecie.

czosnek Bonifacio Korsyka Corsica Francja France

I nie żartowałem mówiąc, że rośnie wszędzie. Na „gołej” skale też będzie próbował.

czosnek Capo Caccia Sardynia Sardegna Włochy Italia

Ale nie sprawdzałem, jaki był w ziemi.

Sardyńskie drogi i znaki

Właściwie to gdzie nie pojadę samochodem w podróż zagraniczną, to mam wrażenie, że wiele rzeczy na drodze jest jakoś inaczej, i nawet nie potrafię zbudować zależności geograficznych, po prostu znaki wydają się mniejsze, a zakręty ostrzejsze (drogi czasem też węższe).

Drogi Sardynii generalnie nie są stworzone dla miłośników spieszenia się, raczej prędzej niż później nawet na drodze szybkiego ruchu pojawi się zakręt wymagający solidnego zwolnienia. Do końca życia zapamiętam okolice Badesi, gdzie z pozoru przyjemna dotąd droga zmieniła się w asfaltowego węża zaplecionego wzdłuż niewidzialnej gałęzi, gdzie po 180-stopniowym nawrocie natychmiast przechodziło się w 120-stopniowy zakręt w przeciwną stronę (i tak przez ponad 10 kilometrów); owszem, gdybym mógł sobie pojechać ten odcinek „na sportowo”, to pewnie byłbym nim urzeczony, ale ani Fiat 500 na dotarciu (sztuka nówka, miesiąc od zarejestrowania) ani rodzina na siedzeniach wokół (ani też wreszcie codzinny ruch na drodze), nie sprzyjały takiej jeździe. Zastanawiałem się tylko, jak poruszałyby się po takiej krętej drodze szwendające się tu i tam (zwłaszcza koło Porto Cervo i pozostałych miejscowości Costa Esmeralda) różne Maserati czy inne Porsche, przypuszczam że długimi odcinkami nie wychodziłyby wyżej niż na dwójkę.

Sama krętość dróg nie była jedynym problemem (choć wystarczającym, żeby planując trasę, decydować się na nadłożenie drogi, byle ominąć wijący się odcinek), nieprzyjemnym zaskoczeniem była nieprzewidywalność oznaczeń. Nigdy nie było wiadomo, co dokładnie oznacza znak „ostry zakręt” albo wielkie czarne tablice ze strzałką kierunkową na poboczu (albo ich brak) – czy przed zakrętem należy hamować, zredukować, zdjąć nogę z gazu czy można jechać (u nas, mam wrażenie, żadnemu zakrętowi nie zostałby odpuszczony znak ostrzegawczy…), choć obecność tablic na poboczu raczej sugerowała zwalnianie, a w pozostałym zakresie trzeba było wysoko ustawić czujność.

Zaskoczeniem zupełnie innego rodzaju były często występujące na głównych drogach znaki u nas znane bardziej z dróg osiedlowych, stref zamieszkania i podobnych, informujące o wybudowaniu na drodze progu wymuszającego zwolnienie. Ich widok prowokował natychmiastowe zdjęcie nogi z gazu, a potem konsternację – po co właściwie go postawili? Po kilku takich przypadkach zaczęliśmy rozumieć, o co chodzi – nie ostrzegał przed progiem, tylko o jakimś nieznacznym wybrzuszeniu asfaltu, którego – przyzwyczajeni do jakości naszych dróg – nawet nie dostrzegalibyśmy, ale posiadacz Maserati mógłby je nawet nieprzyjemnie odczuć (aczkolwiek raz czy drugi natrafiliśmy na przejściu dla pieszych nawet na łagodne podwyższenia, które były niemiłym zaskoczeniem); w końcu tam jak jest pęknięcie asfaltu, to się ustawia znaki ostrzegawcze, że nawierzchnia złej jakości…

Tym niemniej, uroda otoczenia dróg rekompensowała wiele. Choć oczywiście kierowca był w tym mocno poszkodowany…

Migawki sardyńskie

Uliczki miast i miasteczek zwykle są wąskie, nikt ich nie planował jako szerokie bulwary, więc to samochody sobie muszą radzić z rzeczywistością, a nie ich kierowcy oczekiwać, że rzeczywistość się do nich dostosuje. Niezmienną fascynację przeżywałem przechodząc uliczkami lub obok uliczek, którymi niewygodnie szło się pieszo z powodu stromizny, i widząc na nich zaparkowane samochody, które jako żywo musiały tam wjechać/zjechać (w końcu oblodzenie zwykle im tam nie groziło…), sama myśl była dla mnie mrożąca krew w żyłach (co w upale nie było znów taką złą rzeczą). Bardzo racjonalnym pomysłem w tych warunkach było zakończenie parkowania z kołami silnie skręconymi w kierunku ściany, gdyby hamulec ręczny zawiódł, to droga samochodu nie byłaby zbyt daleka; aż się zastanawiałem, dlaczego tam nie wprowadzono obowiązku posiadania w samochodzie klinów pod koła.

Siadamy o wpół do ósmej rano przy stoliku przed kawiarnią w Olbii (nie żebyśmy byli jakimiś szczególnie rannymi ptaszkami, po prostu nieco po szóstej rano schodziliśmy z promu). Zamawiamy espresso, niespiesznym ruchem wciągamy czarny łyczek. Patrzę, jak pod kawiarnię podjeżdżają ryczące motocykle, zsiadają z nich ubrani w czarne skóry motocykliści, idą do stolika. Kiedy zdejmują kaski, okazuje się, że to lokalny klub emeryta przyjechał na poranną kawę, koedukacyjny.

Idziemy wolno uliczką. Z boku mur (niewysoki, może metrowy od strony chodnika) odgradza jakiś teren przydomowy (powiedziałbym ogród, ale mało zielony, przynajmniej na płaszczyźnie). Za murem nagle pojawia się dość senny osiołek. Na wsi bym się nie zdziwił, ale to centrum miasta jednak.

Nielux Torpeda

Na fali emocji związanych z przyjazdem polskiego kolejowego dreamlinera (aka Pendolino) przypomniano nieomal legendarny polski szybki pociąg z międzywojnia, zwany Lux Torpedą, który potrafił pokonać trasę z Krakowa do Zakopanego w ciągu 2 godzin i 18 minut, szybciej niż współczesne ekspresy (nikt na razie nie przypomniał sobie o jeszcze szybszym pociągu tego okresu, poruszającym się po „polskich” torach Latającym Ślązaku). Jak szybko zauważył WO, to ówczesne TGV było przeznaczone wyłącznie dla bogatych pasażerów pierwszej klasy i swoje rekordowe czasy zawdzięczało priorytetowi na torach. Z czystej ciekawości postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zacząłem od sprawdzenia rozkładu jazdy. Istotnie, w tej chwili jakikolwiek pociąg do Zakopanego z dworca Kraków Główny z trudem schodzi na tej trasie poniżej 3,5 godziny. Warto jednak zauważyć, że najszybszy z ekspresów, „Tatry”, ze swoich 3 godzin i 25 minut planowo spędza 44 minuty na przystankach, a Lux Torpeda zatrzymywała się tylko po to, żeby zmienić kierunek jazdy (bez możliwości wsiadania i wysiadania na stacjach pośrednich); warto też nadmienić, że na większości trasy linia kolejowa jest jednotorowa, więc pociągi nie mogą się minąć tak ot, po prostu. Jeśli chodzi o czyste tempo jazdy, to odcinek Chabówka-Zakopane (po ostatniej zmianie kierunku) Lux Torpeda pokonywała w prawie półtorej godziny, pół godziny wolniej niż dzisiejsze pociągi PKP, mało prawdopodobne, żeby potrafiła poruszać się szybciej na mniej ekstremalnych odcinkach. 

Przy okazji dokonałem zadziwiającego odkrycia: otóż na trasie do Zakopanego wcale najszybsze nie są ekspresy. O dwie minuty szybciej trasę tę pokonuje pociąg „Janosik”, złożony z – nie bójmy się tego powiedzieć – ordynarnych elektrycznych zespołów trakcyjnych drugiej klasy, ze znaczkami Przewozów Regionalnych. PKP potrafi jednak zadziwić – otóż bezwzględnie najszybszym sposobem na pokonanie tej trasy jest.. pojechanie Tanimi Liniami Kolejowymi, wprawdzie niedaleko, tylko jedną stację, żeby w Płaszowie przesiąść się na tegoż Janosika, który z Głównego odjechał dziesięć minut wcześniej (są tylko trzy minuty na przesiadkę, ale jeśli się uda, to planowy czas jazdy do Zakopanego wyniesie 3 godziny 13 minut). Z wieloma przystankami po drodze. 

I na zakończenie wrócimy do włoskich pociągów. Popołudniowe połączenie w dzień roboczy na trasie Civitavecchia-Rzym, obsługiwane przez lokalną wersję PR czy KŚ. Pociąg rusza ze stacji, z głupia frant zaczynam obserwować duży cyfrowy wyświetlacz. Na pierwszym odcinku (mniej więcej sześciominutowym) pociąg przez większość czasu utrzymuje prędkość 120 km/h, na którymś z następnych (kiedy mniej się już skupiałem na obserwowaniu wyświetlacza) w pewnej chwili odnotowałem 147 km/h. Pociągi na rodzimych liniach też potrafią szybko, ale chyba jednak w dużej mierze zależy to od stanu torów.

Zamek Sardów

zamek Castelsardo Sardegna Sardynia Włochy Italia

Wznosi się majestatycznie nad miasteczkiem, sprawiając wrażenie, jakby się od niego odcinał, dopiero spod samych murów widać, że za nimi (i z tyłu zamku) kryją się zacne uliczki tworzące właściwą miasteczkową starówkę. Kiedy się dociera stromym podejściem do jego wrót, oferuje wstęp za dwa euro (dzieci pół ceny), w cenie zamek z muzeum lokalnego koszykarstwa, punkt widokowy i dostęp do toalety.

zamek Castelsardo Sardynia Sardegna Włochy Italia

Muzeum rozlokowane w komnatach zamkowych okazuje się być zaskakująco ciekawe, może za sprawą lokalizacji, a może także z uwagi na całkiem intrygujące przedmioty, nawet gadżety, pracowicie wyplatane z liści rośliny sprawiającej wrażenie krzyżówki palmy z bambusem. Te dwa euro w zupełności wydają się adekwatne do przyjemności płynącej z oglądania. A jednocześnie sam widok z wież zamkowych na morze, góry i domy wciśnięte pomiędzy, wydaje się wart tych samych pieniędzy.

Castelsardo Sardynia Sardegna Włochy Italia

Toalety w okolicy były raczej za darmo, jeżeli były, zawsze można było stanąć na malutką kawę za 1 do 2 euro, ale lepiej chyba skorzystać bez cudowania.

 

Monterosso

Urlop już staje się tylko wspomnieniem, ale wspomnienia pisane jeszcze nie skonkretyzowały się na tyle, żeby zacząć przybierać formę notek (cóż, nie pisało się na bieżąco, a teraz – wrr – pamięć okazuje się być nie na tyle dobra, by każde spostrzeżenie i każdą zanotowaną myśl przelać na papier czy Times New Roman), nie mówiąc o zdjęciach, które grzecznie całymi stosami zalegają czekając na przejrzenie, opisanie i posegregowanie. Dlatego póki co dorzucę jeszcze to i owo zaległe z zeszłego roku (bo wciąż miło wspominam).

Monterosso al Mare (moja koncepcja z przemianowaniem na razie nie została formalnie zgłoszona), choć jest największym z miasteczek Cinque Terre, wydaje się na pierwszy rzut oka niemal miniaturowe, wciśnięte między skałę, linię kolejową i morze. 

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Dopiero jednak rozejrzenie się na lewo i prawo (na końce deptaka) ujawnia, że miasteczko chowa się w dolinach, zwłaszcza „właściwa” (stara) część, do której dojście prowadzi tunelem. Kiedy już zaczyna się w doliny wnikać, to miasteczko wcale się nie wydaje już małe, zwłaszcza kiedy się pnie i pnie po zboczach. 

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Ale najważniejsze i tak jest morze.

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza

Niewielka, kolorowa, przyprawiająca o szaleństwo oczy, a może i błędnik. Zajawkowo już była (nie sama, lecz w towarzystwie), teraz pora na szerszą galerię.

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy oleandry

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Wspominałem już, że to miasteczko w wersji kompaktowej. Gdy się w nie zagłębić, szybko widać, jak każdy kawałek został wykorzystany.

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

I w każdym miejscu można znaleźć coś uroczego, czym sobie mieszkańcy uprzyjemniają życie. 

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

PS zupełnie bez związku z miejscem: zmieniłem ostatnio sposób wstawiania zdjęć, gdyby ktoś spojrzał świeżym wzrokiem i podpowiedział, czy jakość się zmieniła w stosunku do zdjęć zamieszczanych do maja…

Corniglia

Lipiec, urlop za pasem, a tu jeszcze tyle wspomnień z poprzednich wakacji zostało…

Corniglia jest niewielka, leży w samym środku Cinque Terre. Jak wszystkie tamtejsze miasteczka, jest na pierwszy (i nie tylko) rzut oka kolorowa:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia 

Nie od razu jednak widać, co z niej za ziółko, ot mieścina nad morzem:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Dopiero widziana z właściwej perspektywy (lub właściwego punktu widzenia) ujawnia swój podstępny urok:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Na górce, między domami, jest przyjemnie jak to w miłym włoskim miasteczku, choć mieszkać tam bym chyba nie chciał, transport bowiem odbywa się dołem, czy wodny, czy kolejowy, zresztą już wspominałem. Zdjęć się z miasteczka wiele nie narobiło, bo to jednak środek drogi był i czas zaczynał gonić.

Riomaggiore

Riomaggiore, w zależności od punktu widzenia, znajduje się na początku lub na końcu Via dell’Amore, na drugim jej końcu leży natomiast dużo mniejsza (za to mniej trochę wciśnięta w dolinę) Manarola. Jako że zima dobiegła końca, to czas się znów zrobił lepszy do wspominania wakacji

Riomaggiore Cinque Terre Włochy Italia z morzaNiektórzy patrząc na takie zdjęcia mówią „co za blokowisko”. Cóż, niezaprzeczalnie buduje się tam w górę i ciasno obok siebie…

Riomaggiore Cinque Terre Italia Włochy port
…z mniejszej odległości widać to zresztą znacznie lepiej…

Riomaggiore Cinque Terre Italia Włochy z góry
…ale dopiero jak się spojrzy naprawdę z góry, to widać, że tam po prostu na nic miejsca nie ma (taki jasny pasek nad wodą w połowie ściany za miasteczkiem, to właśnie Droga Miłości).

Riomaggiore Cinque Terre Italia WłochyMorze jest tu wciąż najważniejsze, więc i związane z morzem gadżety to naturalna dekoracja..

Riomaggiore Cinque Terre Italia Włochy mozaika
..a i te dekoracje tylko dla ozdoby stworzone, też się wokół morza kręcą.