Na ekranie smartfona

Bawię się nowym smartfonem, nazw wymieniać nie będę („jeśli nie Kuba, moje nazwisko pana nic nie powie”), rzeknę tylko że w fachowych opisach mówi się o nim phablet (że niby coś pomiędzy fonem a tabletem). Wielgachny jest, jak na moje przyzwyczajenia, dotąd używałem pre-smartfona z dwuipółkrotnie mniejszym ekranem – i co do zasady do codziennego użytku zachowam aparat dotychczasowy, względnie… użyję pozyskanego równolegle aparatu klasycznego, pancernego, przy którym nie będę się lękał o to, co się stanie, gdy mi wypadnie z ręki. 

A Nowy? Na razie realizuję go bardziej jako tablet niż jako telefon… dość powiedzieć, że jeszcze nie włożyłem do niego karty SIM. Jako zabawka sprawdza się nieźle, pewne rzeczy są irytujące (może dlatego, że nowe, może dlatego, że głupio rozwiązane), do smyrania paluchem się przyzwyczaiłem bez trudu, gorzej może z gestami zaawansowanymi, ale… nie od razu tableta zbudowano. Prześmieszny był problem ze sklepem z aplikacjami (parę darmowych chciałem dobrać), gdzie specjalnie chciałem założyć konto, po pierwszych niepowodzeniach zrobiłem to w komputerze, powróciłem do Nowego, i znów nic… po czym zalogowałem się do tego konta przez przeglądarkę w fonie, powróciłem do aplikacji sklepowej i nadal nic… Skonfundowany szukałem rozwiązania na różne sposoby i trop złapałem w jakimś zupełnie przedziwnym miejscu – otóż aplikacja nie mogła się połączyć z serwerem, gdyż… automatycznie ustawiona data w telefonie okazała się być sprzed pół roku (po jej ręcznym zaktualizowaniu problemy się skończyły).

Mając dostęp do aplikacji (strach pomyśleć ile będą zbierać danych, choć na razie i tak wszystko leci przez domowe wifi i niewykluczone, że tak będzie dalej) zacząłem je testować. Odpaliłem Youtube, zagrałem jakąś piosenkę, puściłem teledysk na pełny ekran. Patrząc na obraz (wyraźny, choć nie HD) w kilkucalowych rozmiarach doznałem szczególnego uczucia namiastki, prawie jak kiedyś, kiedy oglądało się telewizję na przenośnym telewizorku:

telewizor przenośny

Jakość oglądania porównywalna. 

Drugie połówki

Włączyłem ci ja wczoraj telewizor. Nie bez pewnego zdziwienia (nie nadążam za śledzeniem produkcji filmowej) dowiedziałem się, że nakręcono kolejny sequel Predatora, tym razem wyjątkowo nie rozgrywający się na Ziemi. Włączyłem się plus minus w połowie, więc nie wiem co było na początku (streszczenie na wikipedii przejrzałem pobieżnie), fajnego było niewiele, samurajski pojedynek Japończyka (nie wiem czy miał miecz Hattori Hanzo) z predatorem (nie miał na pewno) oglądałem z dużą fascynacją. 

Przerzucaliśmy się potem w nocy komentarzami na temat tego filmu i cyklu predatorowego w ogóle, pojawiła się wzmianka o Alien vs Predator, błysnęła mi myśl, że chyba (patrz pierwszy akapit) nawet nakręcili o tym drugi film. Troszku mnie to dręczyło, więc zerknąłem do wiki, istotnie – nakręcili, przeleciałem pobieżnie streszczenie… uświadomiłem sobie, że właściwie to końcówkę tego filmu nawet kiedyś widziałem, zapewne również włączyłem się do oglądania gdzieś w trakcie, a nawet bardzo w trakcie.

Takie oglądanie to z mojej strony żadne hipsterstwo czy inne takie, po prostu domowa rzeczywistość wyklucza pojawienie się w okolicach telewizora przed 20.30 (lub później), nie żebym szczególnie z tego powodu płakał zresztą, jakby co to mogę sobie nagrać. Sprawia to jednak, że wiele filmów które mógłbym chcieć obejrzeć bardziej lub mniej, oglądam w wersji niepełnej, najczęściej właśnie bez początku (potem kiedyś dooglądam przy innej okazji, kanałów jest sporo i pór puszczania filmów). Bez zdziwienia przypomniałem sobie, że w podobny sposób oglądałem Ghostwritera Polańskiego – od połowy w górę, kiedy potem (właśnie) czytałem książkę, to wiedziałem, czego się mniej więcej spodziewać, i nie powiem, wiele rzeczy oddano dość wiernie (nie wiem, oczywiście, jak tam w pierwszej połowie filmu…) O różnicach Wam nic nie powiem… tyle tylko, że chyba lepiej, byście obejrzeli, w tym przynajmniej przypadku, raczej nie przeczytacie w dwie godziny (a szkoda czasu).

Dawno, dawno temu…

Królewna Śnieżka. Książę z bajki. Zła Królowa.
Córka Śnieżki i Księcia z bajki.
Rumpelstilzchen aka Rumpelsztyk vel Titelitury.
Wnuk Rumpelsztyka i Śnieżki, wychowywany przez Złą Królową.
Piotruś Pan (jako villain). Dzwoneczek. Kapitan Hak. 
Robin Hood. Syn Robin Hooda…

Kręci się Wam w głowie? A to tylko postacie z jednego odcinka tego serialu. Do tego demony, wróżki, krasnoludki, Mała Syrenka, Pinokio, Meduza, Excalibur, magiczna fasola… i co jeszcze Wam (lub scenarzystom) tylko przyjdzie do głowy z dziecinnych baśni i opowiastek, zarówno tych najdawniejszych jak i całkiem współczesnych. Wszystko to przemieszane starannie w opowieści rozgrywającej się jednocześnie w dwóch albo i trzech światach – w naszym prozaicznym, oraz w wielu sceneriach świata magicznego, bajkowego, zaczarowanego.

Pierwszy odcinek zaczynałem oglądać znęcony zarówno intrygującą wizją pomieszania światów, jak i występującą w głównej roli Jennifer Morrison, która właśnie znikała z House’a. Sam nie do końca jestem pewien, dlaczego szybko przerwałem – może nie potrafiłem się zgrać z porą nadawania, może przegapiłem jakiś odcinek i się zgubiłem, a może Jennifer nie była już tak olśniewająca i czar (nomen omen) prysł (zresztą jeszcze w House zmieniła wygląd i nie do końca potrafiłem się z tym pogodzić). Powróciłem gdzieś w trakcie drugiego sezonu i oglądałem już dość konsekwentnie, a trzeci sezon – wręcz wiernie (ach, jaką Lana Parilla była Złą Krrrrólową!)

Za kilka minut rozpoczyna się pierwszy odcinek drugiej części trzeciego sezonu. Przed przerwą Emma Wybawicielka (córka Śnieżki i Księcia, oczywiście Jennifer) straciła pamięć o wszystkim co się stało w ciągu dwóch i pół sezonu (i wcześniej), żyjąc długo i szczęśliwie – a tu masz ci los, powraca Kapitan Hak (przystojniacha, jeśli można mi wierzyć w tym względzie) i będzie się starał jej odświeżyć pamięć, bo tylko ona może uratować bajkowy świat… 

Oglądane seriami

Sons of Anarchy. 
Sherlock.
House of Cards.
Dexter.
Chirurdzy.
Gra o tron.
Teoria Wielkiego Podrywu.
Jak poznałem waszą matkę. 
Californication.
The Walking Dead.

Ta lista seriali – oczywiście niekompletna – została dobrana według jednego kryterium: mianowicie nie obejrzałem żadnego odcinka któregokolwiek z nich (i mam przeczucie, że ten stan już nie ulegnie zmianie), a mógłbym śmiało dopisać takie, gdzie jeden odcinek przypadkiem obejrzałem (ot, widziałem finał Breaking Bad, jeżeli wiedziałem co się dzieje, to ze streszczeń i omówień). Jedne mnie nie kręcą wcale a wcale, inne miały „pecha” że przegrały ze swoją konkurencją, jeszcze innych zwyczajnie nie zacząłem oglądać we właściwym momencie (a potem zrobiło się tego zwyczajnie za dużo, żeby nadrabiać, zwłaszcza że zawsze pojawia się coś nowego). 

Bo nie jest tak, że seriali nie oglądam, zresztą były tu już notki co najmniej poświęcone Numbers* czy House. Oglądam, tyle że zwykle w „klasycznej” emisji telewizyjnej, czyli jakaś stacja musi nadawać, ja muszę znaleźć się przed telewizorem o określonej porze, a jak przegapię… (to teraz łatwiej o powtórki). Nie ściągam natomiast seriali z sieci (legalnie lub nie) ani nie oglądam na jutubie czy innych serwisach, może ze staroświeckości, a może żeby nie tracić na nie za dużo czasu (bo pewnie lepiej ode mnie wiecie jak to jest, kiedy ma się o dwa kliknięcia myszką cały sezon…). 

W tej chwili podglądam z dużą uciechą (z różnych przyczyn) takie produkcje jak Castle, Mentalistę, Dawno, dawno temu (ten się chyba doczeka notki…), Czarną listę (choć z ambiwalentnymi uczuciami), czekam na oficjalną emisję kolejnego sezonu Homeland, nowego sezonu Paradoksu już pewnie nie będzie (zresztą nie wiem czy pomysł by jeszcze poniósł). I zanim mi się znudzą, pewnie już wyprodukują coś nowego.

(A jednocześnie pamiętam, że w pewnej starej szafie leży sterta kaset z którymś sezonem M.A.S.H.a… ciekawe czy coś jeszcze na nich widać)

*i wtedy nawet już też chyba marudziłem, że wielu nie oglądam, nawet nie wracam pamięcią do tamtych czasów

"Zwykły Bohater" – dieta pani Radomskiej to bzdura (jeśli nie oszustwo)

Jest sobie jakaś taka akcja medialna „Zwykły Bohater”, gdzie ludzie uznani za niezwykłych mogą – jeśli zachwycą internautów i telewidzów (a zwłaszcza właściwych redaktorów) – wygrać nawet 200 tysięcy złotych. W tym roku wśród uczestników pojawiła się niejaka pani Radomska, którą los obdarzył autystyczną córką, i która tęże córkę z autyzmu „wyleczyła” przede wszystkim przy pomocy specjalnej diety, składającej się między innymi z soku wyciskanego z sałaty oraz czopków z banana (jeśli ktoś kręci głową w niedowierzaniu, informuję, że cytuję za autystykami oraz ludźmi zajmującymi się autystykami na co dzień). Zupełnie przypadkiem od kilku miesięcy promuje też książkę na temat swoich rewelacji.

Jeżeli więc ktokolwiek z PT Czytelników, stałych lub przygodnych, natknie się na Wzruszającą Panią Radomską, uprzejmie proszę żeby zapamiętali i podali dalej, że:

PANI RADOMSKA BAJDURZY – AUTYZM TO NIE JEST CHOROBA METABOLICZNA

ŻADNA DIETA-CUD NIE JEST ROZWIĄZANIEM PROBLEMÓW AUTYSTYKÓW I ICH RODZIN

CHORZY NA AUTYZM SĄ PO PROSTU INNI I TACY NA ZAWSZE POZOSTANĄ, NIE DA SIĘ ICH „WYLECZYĆ”

Szerzej i bardziej fachowo mogą powiedzieć ci, którzy z autyzmem zmagają się od lat, na początek odsyłam tutaj:

POLSKI AUTYZM (kiedyś tu był inny link, ale serwis się skasował)

I proszę pamiętać – ostatnimi czasy okazało się, że cudowne „wyleczenia z homoseksualizmu” były nieprawdziwe. 

PS Dla złagodzenia nastroju i obyczajów powiem, że jest parę fajnych utworów dotyczących chorych na autyzm, o paru nawet napisałem

Świat się kończy

Airborell wyrzekał ostatnio na Fejsie, że ktoś młodszy od niego narzekał „na tę dzisiejszą młodzież”. 

Pojechałem na szkolenie. Po pierwszym dniu doszedłem do wniosku, że jestem zadowolony, że nie jestem najmłodszy. Młodzież się panoszy, czy ja się starzeję?

Zobaczyłem w telewizji reklamę: Boguś Linda reklamuje preparat dla seniorów. Co on k..a wie o starości… no więcej niż ja. 

Idę się upić.

Śpiewająca podpaska

Reklamy można omijać razem z całym ich medium (wielu znanych mi ludzi tak robi, choć nie jest to recepta na wszystko), można nauczyć się puszczać je mimo oczu/uszu, czasem jednak zwróci się na nie uwagę, pozytywnie lub negatywnie. Ostatnio niestety przebiła się do mnie reklama radiowa, wykorzystująca przeróbkę znanej piosenki do promowania specyfiku z zakresu zdrowia intymnego, w sposób typowo dla reklamy żenujący. Odnotowując sobie ją w pamięci (w celu lepszego unikania, targetem nie jestem absolutnie), zadałem sobie pytanie: co musi czuć człowiek, który taką piosenkę musi zaśpiewać?

Myśl ta skłoniła mnie do ogólnych rozważań o ludziach, którzy w reklamach występują, i bynajmniej nie są gwiazdami lub celebrytami. O tej masie anonimowych entuzjastycznych klientów, matek piorących, głosów ziemniaków czy co tam kopirajterom przyjdzie do głowy. Którzy muszą mieć odpowiedni (co nie znaczy imponujący) wygląd, głos, czasem dykcję, ewentualnie podstawowe umiejętności wokalne. Miałem to porozpoznawać, czy na to są specjalne szkoły, czy to po prostu aktorzy trzecioplanowi tak zagospodarowują życie. A potem WO napisał tę notkę

Z innej nieco beczki – z zamierzchłych czasów względnej młodości, kiedy oglądałem Beverly Hills 90210 (nie mylić z wersją współczesną), zapamiętałem taki epizod, kiedy Brian Austin Green, z zawodu muzykujący nieco, skomponował Piosenkę dla swojej (w tamtym czasie) ukochanej Tiffani Amber-Thiessen (bardziej seksowne zdjęcia guglajcie sobie sami). Po czym Piosenka wpadła w ucho jego zleceniodawcy, dla którego próbował ułożyć nutki do reklamy pasty do zębów (chyba pasty, do reklamy w każdym razie). Co za nieromantyczny początek końca związku (przypominam to głównie po to, żeby móc śmiało zaliczyć notkę do kategorii Kult-ura, a nie Eko).

Artykuł 178

No przyznam się: oglądam polski serial. Dobrowolnie, a nie dla towarzystwa. Serial jest nowy i kryminalny, na razie puszczono cztery odcinki (właściwie musiałbym się rozejrzeć za pierwszym, bo wtedy nie sądziłem, że będę znajdował przyjemność w oglądaniu). 

Właściwie nie wiem, czym mnie uwiódł: czy poczciwym Bogusiem Lindą jako – a jakże – milczącym twardzielem, czy tajnosłużbowymi klimatami pierwszego oglądanego przeze mnie odcinka, z kapitalnym twistem na koniec (o to akurat scenarzyści w dotychczasowych odcinkach dbają solidnie), czy też retrospektywnym pomysłem konstrukcyjnym (ten akurat się nieco rozmył, ale poziom jest trzymany). Wady widzę, a jakże, ale jakiż serial ich nie ma?

Ale tak może wypadałoby wyjaśnić, skąd tytuł notki (bo nie jest to tytuł serialu). Rzeczony artykuł pochodzi z kodeksu postępowania karnego i określa jedną z jego najświętszych świętości, a mianowicie przypadki, w których bezwzględnie nie można kogoś przesłuchać, choćby znał całą prawdę i tylko prawdę. Naprawdę genialnie wyglądało, kiedy osoba z taką nieprzekazywalną wiedzą, najpierw udzielała cennych sugestii co do rozwiązania sprawy (na ile mogła ona być formalnie rozwiązana), po czym tymi suchymi czterema słowami stwierdzała „wiem na pewno, co mówię, ale nic więcej nie mogę powiedzieć”. Któż to mógł być? Jedną z kategorii są obrońcy w sprawach karnych, a drugą.. tytuł odcinka brzmiał „Tajemnica spowiedzi”, czujecie te słowa w ustach biskupa?

Aha, serial nazywa się Paradoks. Z takim paragrafem udającym „s”. W czwartki, powtórki w niedziele.

Jeden program

Za komuny mieliśmy w telewizorze (za mojej pamięci) dwa programy telewizyjne, później pojawiła się jeszcze TV lokalna. Mówiło się wtedy, że na wszystkich i tak jest to samo (co niekoniecznie oznaczało tę samą audycję w tym samym czasie).

Włączyłem dzisiaj telewizor przed 15-tą. Na pierwszych ośmiu kanałach miałem dokładnie ten sam program (na kilku dalszych jeszcze też, nie zliczę). Praktycznie wszystkie kanały telewizji publicznej oraz grupy TVN i grupy Polsatu nadawały zgodnie transmisję z uroczystości żałobnych w Warszawie. Takie łudzące wrażenie jedności narodowej (a przynajmniej medialnej).

Puenty nie będzie.