Takie tam o kinach

Kiedyś kino to była po prostu sala z zaciemnieniem, ekranem i krzesłami, większa lub mniejsza (pamiętam zarówno oglądanie filmów w malutkich salkach a’la DKF, jak i w wielkich halach widowiskowo-sportowych, nie wyłączając zakładowych domów kultury). Z czasem kina zamierały, inne inwestowały, zaczęły się pojawiać wielosalowe molochy, w których najważniejszy zdaje się być punkt sprzedaży popcornu.

Dziś w mojej szeroko rozumianej okolicy multipleksy się mocno rozpowszechniły i zakorzeniły, w samych Katowicach jest ich cztery, a piątego należy się spodziewać jak postawią nowe centrum handlowo-wszystkomające. Z pewnym takim zaskoczeniem odnotowałem jednak, że i w miastach z pozoru nie za wielkich też już gdzie nie staniesz, tam multipleks za rogiem. Bielsko-Biała, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Gliwice, Ruda Śląska, Rybnik, Sosnowiec, Tychy, Zabrze – to miasta niemałe (czy jest jakiś przelicznik wielkości miasta na liczbę multipleksów lub sal kinowych…), ale w Jaworznie czy zwłaszcza Czechowicach-Dziedzicach to już była pewna niespodzianka jak dla mnie. W innych miastach – zwłaszcza takich, gdzie nie ma kina tuż za każdą granicą – wciąż się jeszcze trzymają stare poczciwe kina z jedną salą (choć w ośrodku kultury w Jastrzębiu-Zdroju muszą mieć dwie).

I właśnie kiedy tak sobie przeglądałem leniwie przy porannej kawie zamieszczony w papierowej gazecie repertuar kinowy, uderzyło mnie, że w większości tych małych, jedynych kin w miasteczku – w Żywcu, Żorach, Zawierciu, Raciborzu – grają wyłącznie Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. W Jastrzębiu przeznaczają na to jedną salę, i tylko Knurów jest strefą gwiezdnie zdemilitaryzowaną. No, ale stamtąd do Gliwic rzut beretem.

Tak, to notka właściwie o niczym, nawet nie o tym czy chcę się dziś na Przebudzenie.. wybrać.

Kto jest Prawdziwym Fanem Star Wars

Nic już nie będzie takie jak dawniej: do kin wszedł Epizod Siódmy Gwiezdnych Wojen „Przebudzenie Mocy„.

O samym filmie tym razem za bardzo nie będzie – choć mógłbym, wyszedłem w środku nocy z kina pełen miłości dla świata (nie, nie dlatego że w filmie nasi osiągnęli taki czy inny sukces…) – gdyż po pierwsze szanuję tych, którzy do kina z dowolnego powodu jeszcze nie dotarli, lepiej żeby poszli z pustymi głowami, nawet jeżeli świat zalewa newsami i reakcjami (sam z jednej strony wyłączyłem sobie jak umiałem najlepiej dostęp do wiadomości, a z drugiej… zdecydowałem się iść na nocną premierę, żeby móc te blokady sobie usunąć). Po drugie, układam sobie wciąż w głowie to co widziałem (choć już pewien klucz mam), i zastanawiam się, czy przelać to na znaki przed kolejnym obejrzeniem filmu, czy po?

Dlatego dziś o czymś innym jednakowoż. Po obejrzeniu odblokowałem starwarsowe strony i zacząłem czytać reakcje innych (zwłaszcza że szybko natrafiłem na reakcje pełne odrazy). Ci, którzy krytykowali, z jednej strony wytykali rzeczywiste lub subiektywne niedociągnięcia typu dziura w scenariuszu, słabo rozwinięta rola, słabo zagrana rola, z drugiej zaś – bardziej zajadle – czepiali się niezgodności z szeroko pojętym uniwersum Gwiezdnych Wojen, że gdzieś tam w książkach było lepiej albo bardziej by im pasowało do koncepcji z serialu i że w ogóle to nie są Gwiezdne Wojny…

Zadałem sobie pytanie: co to znaczy być fanem Gwiezdnych Wojen? Sam się za takowego uważam od lat ponad trzydziestu, aczkolwiek ograniczam się wyłącznie do tego co jest w klasycznych filmach. Owszem, przeglądałem parę razy w księgarniach jakieś książeczki, czy to napisane na podstawie filmów czy obok, ale szkoda mi było czasu na średniej jakości literaturę. Do gier tego rodzaju nigdy mnie w zasadzie nie ciągnęło. Nawet z autoryzowanego przez Lucasa serialu animowanego nie widziałem ani kawałka. Zapewne dla tych, którzy zatopili się w bezmiarze galaktyki SW, w opowieściach o czasach przed, po, między i obok filmów, jestem ledwie padawanem, który śmie marnować czas na prymitywne bajki z trylogii prequeli (miałem napisać „nowej trylogii”, ale skoro jesteśmy już w fazie trzeciej trylogii, to byłoby to niejasne), pewnie ich oburzenie byłoby większe, gdyby wiedzieli, że z biegiem lat coraz wyżej epizody 1-3 coraz bardziej cenię (choć ich wady się nie zdezaktualizowały – a zwłaszcza wątek tłumaczący dlaczego Anakin Skywalker…) Niech pozostaną w pokoju i niech Moc będzie z nimi, Przebudzenie Mocy to GWIEZDNE WOJNY całą gębą.

Nic nie będzie już takie jak dawniej, bo teraźniejszość wpływa na odbiór przeszłości. Gwiezdne Wojny (as in: Nowa Nadzieja) nie były już takie same po Imperium Kontratakuje, itd.

Pożegnanie z kasetami

Robiłem dziś przedzimowe porządki tu i tam. Jedne rzeczy wynosiło się na strych, inne przenosiło z jednego zakamarka w inny. Wyciągnęliśmy z kąta torbę, której nikt nie kojarzył – zawierała kasety VHS przeznaczone do bieżącego nagrywania (i odtwarzania). Spojrzeliśmy po sobie – od dawna nic się nie nagrywało, także dlatego, że jakość nagrań była mizerna (także mimo używania kasety czyszczącej głowicę), jeden Bóg wie czy głowica się zajechała, czy (raczej) kasety straciły swoje właściwości. Spojrzenie potrwało chwilę dłużej, i otwarły się wory z odpadami sortowanymi…

A potem otwarliśmy szafkę (tej siły już nie zatrzymacie). Sterta kaset magnetofonowych (nie jestem pewien czy mam gdzieś sprawny odtwarzacz takowych…) pamiętających czasy studenckie, licealne a nawet dziecięce: zespoły rockowe, bardowie zapomniani i niezapomniani… Puściliśmy do wora całą naszą pieprzoną przeszłość (tak, za bardzo chciałem wcisnąć parafrazę cytatu z „Psów”). Przyszła pora na kasety z filmami, o niektórych nawet nie pamiętałem że posiadamy (tu padła równie kąśliwa co trafna uwaga, że widać jak bardzo są potrzebne). Shrek, Bondy, Nemo, komedie romantyczne, nowa trylogia Gwiezdnych Wojen… Ręka mi zadrżała przy trylogii Indiany Jonesa, mojego pierwszego w życiu zakupu na Allegro, kupowałem oryginalne, a dostałem ze Stadionu (ręka w górę kto wie o co chodzi). 

Zostawiłem sobie oryginalną Trylogię SW, w oryginalnym pudełku. 

Bo o hobbita tu chodzi

Przez mrok i mróz trzaskający pojechałem do kina. Eksplorowałem kręte, nieznane mi drogi prowadzące na parking podziemny centrum handlowego w najściślejszym sercu miasta. Nabyłem bilet w kasie biletowo-barowej, opierając się wszelkim barowym pokusom. Zasiadłem w czwartym rzędzie, obejrzawszy wcześniej fotele VIP (skóra, drewno i podłokietniki wystarczające na rozłożenie szachownicy). Spędziłem dziesięć minut na czytaniu opowiadań Hemingwaya, nim zgasło światło (reklam i zapowiedzi było na szczęście tylko na dwadzieścia minut, zresztą o trailer Gwiezdnych Wojen nie miałbym absolutnie pretensji nawet gdyby poleciał trzy razy). 

Film nosił tytuł „Hobbit. Bitwa Pięciu Armii”, pierwszą część tytułu cenię znacznie wyżej; w zasadzie jego (hobbita) obecność na ekranie była za każdym razem magnetyzująca, reszta to głównie tło. No i oczywiście Smaug, tych kilka scen było bezcennych (żadnym spoilerem jest stwierdzenie że nie było ich wiele), przy czym sądzę, że mniej by się je doceniło, gdyby znajdowały się w tym samym filmie co scena z Bilbem wewnątrz Góry. No i fajne nawiązania były – do Wilhelma Tella, i do Diuny, i do Batmana, i do Epoki Lodowcowej, i do Minecrafta.. (nie, z tym ostatnim przesadziłem, cofam). 

Parę dni temu debatowaliśmy, czy Jackson będzie jeszcze robił jakieś filmy Tolkienowskie. W tym bardzo wyraźnie ustawiał most do Władcy Pierścieni, natomiast słowa „sługa Morgotha” czy nawiązania do Angmaru mogą wskazywać, że jednak jakieś pomysły filmowe zaczerpnięte z Silmarillionu mogły się już wykluć. Hobbitów jednak w tych filmach się nie należy spodziewać, a bitew… było już wystarczająco dużo (nawet jeśli tym razem nie było przesytu). 

Napisała do mnie Yoda

Dostałem maila. Maila poetyckiego (choć bardziej jeszcze byłby poetycki, gdyby zadbać o wersyfikację). 

Hello I Dasha. My friend I looked your structure. It has very much liked me. I want To correspond with you letters. I wish to inform directly on myself: My name is Anna. I was born in the city of Samara, Russia. I here live since a birth. I was born in 1985. To me of 28 years. At me Brown eyes (beautiful.) I the blonde.

Ale też jednak nie chciałbym zbyt wiele wymagać od blondynki dwojga imion.

I have no children, but I very much I wish to have the girl and the boy. I think, that children in live-this most Happy. I love various cultures. I like to study history, it to me Very much it is pleasant. I work as the bookkeeper in firm. Mine Work very much is pleasant to me. At leisure I like to visit Library to go to cinema, to watch TV, go in sports Hall. Most my hobby is fitness. I very much like to go in for sports, I Much I run in the mornings.

Jak powiedziałaby matka Adriana Mole’a, to marzenie oznaczałoby odbycie co najmniej dwóch stosunków seksualnych (a potem może iść biegać). Wróć, mogą się trafić bliźnięta.

I The formed woman, has left school on 4 and 5. Has then acted in University. Has finished it too well. Then I have gone to work. I studied as the bookkeeper. It would be fine, If I and you could do Friendship or more than simply friendship. I search Serious attitudes, and I shall be happy To study you more close.

Boję się pomyśleć o tym, że księgowa będzie mnie studiować żeby zrobić ze mną coś więcej niż prosta przyjaźń. W końcu może się skończyć dwójką dzieci, c’nie?

Will be It is fine, if we can exchange some letters and photos. Write to me what your purposes and plans during the future? That you search in To the woman? Inform more on a place Where do you live. I shall look forward to hearing from You. 
I know English language well enough. I hope, that our dialogue will make sense.  

Dialogi bez sensu też bywają interesujące, choć raczej wtedy, gdy uczestnicy dialogu zdają sobie z tego sprawę i świetnie się tym bawią.

I think, that problems at us with dialogue will not be.

Yes, my Master, may the Force be with you.

Gdyby mi nie było szkoda sprawdzonego adresu mailowego, to bym potrollował spamera.

Idą Święta (TM)

Święta za pasem, trochę czasu spędziłem ostatnio w placówkach handlowych. Pomysłowość handlowców, przyznam szczerze, zaczyna przerastać moją wyobraźnię, to co opisywałem ostatnio, to doprawdy nic w porównaniu z tym, co szykują na świąteczne żniwa. 

Oczywiście gdzie tylko może dominuje licencja i franczyza, wszystko może być ozdobione czy wystylizowane na wszystko, dowiedziałem się o istnieniu lalek-potworków, kreskówek z lalkami-potworkami i zestawów do przebierania się za lalki-potworki. Wzdycham z ulgą, że moje dziecko na razie nie jest targetem tego rodzaju gadżetów. 

Znacznie bardziej mnie przybiło, co się wyrabia ze starwarsowym dziedzictwem, i to jeszcze zanim Disney wygodnie się na nim rozsiadł. Pal sześć karty i klocki, nie bez rozbawienia obejrzałem szachy z bohaterami wczesnej i późnej młodości (myśliwce jako pionki, Luke z Yodą na plecach jako skoczek, Leia jako królowa, a może jako król?). Szczęka mi opadła jednak na widok połączenia dwóch licencji – czyli zestawu Star Wars Angry Birds: zbuduj sobie zamek i go rozwal z wyrzutni latającym Hanem… 

No i oczywiście jest moda na kolekcje, w sensie zamiast jednej książki danego autora kup od razu cztery, na przykład. Nie wiem tylko co zrobić, jak już jedną czy dwie książki z zestawu mam (ja albo dowolny ostateczny odbiorca), zwłaszcza że wydać muszę już sumkę pokaźniejszą (niby okazja, 25 za sztukę, ale w sumie stówa). Cały czas fascynuje mnie, dlaczego obok siebie leżały dwa zestawy House’a: jeden obejmował sześć sezonów i kosztował siedem stów, drugi obejmował osiem sezonów i kosztował sześć stów. Oczywiście może ten krótszy był bardziej wypasiony, ale ja sensu wciąż nie widzę, wybaczcie. Wszystko przebijał jednak podręczny zestaw Mozarta, podręczny bo wszystko w jednym miejscu: komplet (podobno) dzieł, 170 płyt. W sumie w okazyjnej cenie, bo tańszy od tego House’a. 

Wesołych Świąt po raz pierwszy i nie zwariujcie!

Najdłuższy wyścig, czyli z Montrealu migawki

Ten sezon jest już na swój sposób szczególny: przez tyle lat oglądania F1, z większą lub mniejszą intensywnością, nie zarejestrowałem w pamięci zbyt wielu czerwonych flag, a już zwłaszcza takich, po których wyścig zostałby dokończony. Ten z ostatniej niedzieli trwał od startu do mety ponad cztery godziny. I po tych czterech godzinach, decydowały ułamki sekund: o ułamek sekundy za późny skręt Vettela, o ułamek sekundy za daleko linia mety dla Kobayashiego.

Zapamiętamy ten wyścig w dużej mierze z powodu psikusów pogodowych, wysiłków służb technicznych i nieustannego spoglądania w niebo oraz na monitory z prognozami meteo. Znamy to świetnie, aczkolwiek z zupełnie innej dyscypliny – odruchowo szukaliśmy wzrokiem Waltera Hofera. Także mając w pamięci, że tak przerywane konkursy skoków, rzadko kiedy bywały doprowadzane do końca w pełnym wymiarze. 

Ileż to razy powtarzaliśmy, że Formuła 1 to w sporcie najściślejsza techniczna awangarda. W konfrontacji jednak z tak prehistorycznym zjawiskiem, jak solidna lejba, rozmaite wyrafinowane urządzenia techniczne dawały sobie radę o tyle, o ile. Na koniec największą skutecznością wykazywały się poczciwe szczotki i łopaty, którymi spychano i wychlapywano wodę na trawniki. 

A w przerwie – kiedy już wyczerpywały się możliwości pokazywania stewardów, oficjeli i moknących kierowców – widzieliśmy też galerię celebrytów. Ja to jednak nie na czasie jestem, bo nawet jeśli wiem (za sprawą korzystania z portali głównie) kim jest panna Rihanna, to jednak ani jej nie rozpoznam, ani tym bardziej nie jestem w stanie stwierdzić, że zmieniła ostatnio fryzurę czy nawet kolor włosów. Cóż, zdecydowanie szybciej rozpoznałem George’a Lucasa:) jednak sądzę, że nawet gdyby poprosili go o pomoc w walce z warunkami, to i przy wsparciu całego LucasArts by nic nie wskórał. W końcy Mocy wystarczyło mu tylko na pierwszą serię, kiedy to modele statków kosmicznych kleił naprędce z pudełek po zapałkach, a później tylko zlecał zabawę programistom.

Prezent świąteczny dla Wookie

Buszując między półkami w jednym ze sklepów (szukając właściwie ostatneigo drobiazgu), wypatrzyłem coś. Coś, co skłoniło mnie do natychmiastowego sięgnięcia po telefon i zadzwonienia do przyjaciela. Na półce stała nowa wersja starej gry, znanej każdemu, kto ma dzisiaj 30+ lat. Połączona z inną kultową serią. Stara, poczciwa gra w okręty (jeden czteromasztowiec, dwa trójmasztowce, trzy dwumasztowce, cztery jednomasztowce, pole 10×10), na planszach w kształcie hełmu szturmowca, pod dumną nazwą Star Cruiser Attack. Wookie mógłby w to zagrać zamiast w gwiezdne szachy:)

star cruiser attack game

Wesołych Świąt wszystkim starwarsowym fanbojom oraz całej reszcie – po raz trzeci.