Pięćdziesiąt procent Apoloniusza Tajnera

Igrzyska dobiegły końca, wszystkie medale wydano, właśnie rozpoczyna się ceremonia zamknięcia. Liczby mówią, że udały się nam te Igrzyska, potroiliśmy ilość złotych medali zdobytych zimą, zdarzało się zdobywać i dwa medale dziennie – a i tak pozostaje… niedosyt.

Przed Igrzyskami śmiechów było co niemiara, kiedy Apoloniusz Tajner rzucił w mediach, że mamy dwanaście medalowych szans. Mówiąc szczerze, nie wiem (i nie chce mi się szukać), które dokładnie konkurencje miał na myśli, przemyśliwam od paru dni, co mógł i powinien był mieć.

Więc najpierw skoki, bo w końcu to Tajner. Liczenie na co najmniej po jednym medalu w konkurencjach indywidualnych było jak najbardziej na miejscu (choć liczenie na więcej niż jeden w konkursie to podchodziło pod marzycielstwo… albo wymagało „dnia konia” jaki miał choćby Ziobro w Engelbergu, a to trudno potraktować jako bardzo realną szansę). W drużynie zaś, jak analizowałem niedawno, zabrakło nam do medalu jednego przyzwoitego skoku. Szansa była jak najbardziej (nawet i na złoto, drugą serię wygrali), długo chłopaki będą jej żałować.

W biegach właściwie mogliśmy liczyć na medal w każdym starcie Justyny Kowalczyk, czyli w co najmniej trzech (oczywiście, nie wiedząc o złamanej kości stopy). No, może z wyjątkiem sztafet, choć – jak się na miejscu okazało – gdyby Niemki zderzyły się ze Szwedkami… to kto wie, ale realnie rzecz biorąc, to nie było sensu tego rozważać z wyprzedzeniem (zwłaszcza że koncepcja wystawienia w sprincie Sylwii Jaśkowiec powstała chyba dopiero na miejscu, a w innym składzie to może i w finale by nie pobiegły). 

Szanse medalowe mieliśmy w zasadzie w każdym występie biathlonistek (z wyjątkiem sztafety mieszanej, oczywiście, choć oddawały pałeczkę panom na czwartym miejscu). W końcu Weronika Nowakowska-Ziemniak była o jeden strzał od medalu w sprincie, Monika Hojnisz o tyleż w biegu indywidualnym. Krystyna Pałka i Hojnisz perfekcyjnie strzelały w innych występach, wtedy zabrakło trochę biegowo (lub nieco pecha rywalek na strzelnicy), skończyło się na miejscach w pierwszej dziesiątce. Trudno w takich warunkach nie myśleć o szansie w biegu pościgowym, nie chodzi wszak ostatecznie o to na ile się udało. W sztafecie zaś… może wskazana była największa ostrożność, poprzednim razem już dość krwi biathlonistkom napsuto, w ogóle te sztafety bywały strasznie pechowe. Tym razem pech znów ich nie oszczędził, jakiś niewyobrażalny defekt karabinu załatwił siedem niecelnych strzałów na pierwszym już strzelaniu, gdyby tam poszło tak jak można było oczekiwać (czyli z góra jednym niecelnym), to czas wskazywał na miejsce na podium…

Jak zliczymy to co powyżej, to mamy jedenaście szans. Tajner jest trenerem związku narciarskiego, więc może jako dwunastą liczył (niezbyt zasadnie) na narciarkę w ski-crossie? Poprawiła się względem Vancouver o jedno miejsce, w strefie medalowej pojawiała się niezmiernie sporadycznie, więc ja bym jej jako szansę nie liczył.

Igrzyska zimowe nie tylko jednak nartami stoją. Może to wielkie zaskoczenie, ale dyscypliną, która przyniosła nam tym razem najwięcej medali, było łyżwiarstwo szybkie. Trzy medale i wszystkie nieprzypadkowe (w końcu w biegach drużynowych na starcie ma się 37,5% szans na medal, zwłaszcza jak nie trafia się od razu na Holendrów). Zostawiam fachowcom oceny, czy Bachleda-Curuś, Bródka czy Niedźwiedzki mieli realne szanse w biegach indywidualnych, czy nie, czy tych szans było więcej niż te trzy zamienione na medale.

Łącznie jest więc tych szans co najmniej czternaście, Apoloniusz Tajner wykazał się więc wstrzemięźliwością. Zawodnicy spisali się „na medal”, zamieniając z tej prognozy co drugą szansę na medal. Niedosyt… może nawet oznaczać, że się rozpaskudziliśmy, w dwa tygodnie zdobyliśmy więcej medali niż przez cały ubiegły wiek. Nie ma co uważać, że ci, którzy obeszli się smakiem, zawiedli, w końcu w sporcie zawsze ktoś musi przegrać, nawet jakby większość. Dość powiedzieć, że z Soczi bez medalu – jakiegokolwiek – wyjechali Simon Ammann, Sara Takanashi, Shaun White, Aksel Lund Svindal, Shani Davis, Petter Northug czy Aleksander Owieczkin…

Życzmy sobie lepiej, żebyśmy za cztery lata mieli nie mniej realnych szans. 

To nie tak miało być, ale…

Takie ładne były nadzieje, nawet liczyliśmy, że Kamil Stoch dorówna Mattiemu Nykaenenowi i zdobędzie na jednych igrzyskach trzy złote medale. Dziś nawet powiedziałem, że pogodzę się ze srebrem, w przypadku jeśli złoto wezmą Japończycy (ech, miałem w głowie nawet wizję notki na taki scenariusz). Jeśli jednak spojrzeć na wyniki poszczególnych konkursów, to na średniej skoczni wywalczyliśmy wirtualne złoto, a na dużej (bez zaskoczenia) już tylko wirtualne srebro. Trend wskazywałby na realny brąz…

Porównajmy z grubsza wyniki naszych zawodników. Maciej Kot i Jan Ziobro skoczyli na mniej więcej takim samym poziomie jak w konkursie indywidualnym (nominalnie mieli nieco wyższe noty, ale trzeba byłoby zrobić korektę dla różnicy bramki startowej…). „Pieter” Żyła pierwszy skok miał niemal dokładnie tak samo zły jak indywidualnie, w drugiej szansie skoczył dokładnie tak, jak można było od niego wymagać. Kamil Stoch niewątpliwie zawiódł pierwszym skokiem, choć zliczenie punktów i tak dawałoby mu medal (brązowy, o włos przed Kasaim, jeśli licząc „w rozumie” się nie pomyliłem). 

Decydująca (dla nas) była równość. Wśród medalistów właściwie nikt nie zawalił skoku (choć Taku Takeuchi nie błyszczał, ale i tak jego skoki były powyżej granicy przyzwoitości). Podliczyłem sobie, że nasi reprezentanci większość skoków (6) mieli w przedziale między 125 a 130 punktów, raz poniżej tego przedziału, raz powyżej. Walczący o mistrzostwo Niemcy i Austriacy też mieli po jednym skoku poniżej 125 pkt (o ułamki ledwie, mówiąc szczerze), ale za to znacznie więcej skoków powyżej 130 pkt – zwycięzcy pięć, pierwsi przegrani cztery. Japończycy tych „słabszych” skoków mieli dwa, ale tych „lepszych” cztery… Rzadko się zdarza, żeby w konkursach drużynowych w czołowych drużynach tak mało było skoków nieudanych (choć konkurs był i tak znakomity i emocjonujący).

O medalu (jego braku) zdecydował ten jeden nieudany skok Piotra Żyły. 107,2 punktu… do medalu (dzielonego z Japończykami) zabrakło 13,1 pkt. Będę udawał, że Pieter po prostu chciał oddać Noriakiemu ten medal, który dwadzieścia lat wcześniej przegrał mu Harada spadając z progu. Tyle że miał mu w ten sposób oddać złoto, zostawiając nam srebro…

Pisane przez łzy

Dwanaście koma siedem punktu. Na moich oczach tylko dwadzieścia lat temu Bredesen miał większą – czternastopunktową – przewagę na średniej skoczni w konkursie olimpijskim, u siebie w Lillehammer.

Oczywiście, można przeciwników zgnębić jeszcze bardziej – Małysz na mistrzostwach  na średniej dołożył Schmittowi trzynaście w Lahti, Ingebrigtsenowi szesnaście w Predazzo, dwadzieścia jeden i pół Ammannowi w Sapporo. Ale nie dziś, nie przy tym wietrzyku, nie przy tym sposobie liczenia punktów (Prevc za wiatr nadgonił prawie pięć punktów, Bardal – dziewięć), dość powiedzieć, że te dwanaście koma siedem to była dziś przestrzeń między miejscem drugim a dwunastym.

Ciężko się pisze przez łzy, łzy wzruszenia i szalonej radości. 

Mistrz olimpijski.

Król Kamil. 

Szacun, chłopaki

Piotrek Żyła, Maciek Kot – za napis na nartach z życzeniami dla poobijanego, leżącego w szpitalu Morgensterna (na ich nartach widziałem, na nartach innych Polaków akurat nie).

Mackenzie Boyd-Clowes – za życiowy wynik, pierwsze w karierze miejsce w pierwszej dziesiątce zawodów Pucharu Świata (dotąd najlepsze zaledwie 19.), choć zdaje się latanie ogólnie przychodzi mu lepiej niż skakanie na klasycznych skoczniach.

Noriaki Kasai – za pokazanie jak się lata młodziakom, którzy mogliby mu być synami. Ustanowione dziś rekordy odstępu pomiędzy kolejnymi zwycięstwami pucharowymi (prawie 10 lat) oraz odstępu pomiędzy pierwszym a ostatni zwycięstwem pucharowym (prawie 22 lata) mogą pozostać na zawsze (choć tak naprawdę to nie mam stuprocentowej pewności, że to rekordy, ale nie przypominam sobie nikogo innego, kto by się wykazał taką długowiecznością i długowygrywalnością)

5, 6, 14, 21, 25, 40

Nie, to nie jest szczęśliwy zestaw liczb do totka (dziś się to nazywa Lotto), choć jak ktoś chce, to może próbować. To miejsca zajmowane przez polskich skoczków. Nie, nie, w konkursie, tylko w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (po wczorajszym konkursie na średniej skoczni).

Ludziom pamiętającym epokę przedmałyszową serce rośnie, bo wtedy marzeniem było zakwalifikowanie się jakiegoś naszego orlika choćby do drugiej serii (byliśmy tam, gdzie dziś Słowacy czy Kazachowie). Nawet i w epoce Małysza też miewaliśmy najczęściej jednego Adama i pustkę za nim, zwłaszcze kiedy Robert Mateja obniżył już loty, potem Kamil Stoch zaczął być światełkiem na zapleczu, ale na pojawienie się takiej grupy skoczków, by można było sformować mocną drużynę, czekaliśmy bardzo długo. Teraz czekamy na znalezienie dziewczyn do skakania, na razie mamy dwie młodziutkie, które, cóż, walczą o uniknięcie ostatniej lokaty w kwalifikacjach, obyśmy na medal w drużynie mieszanej czekali krócej, niż w czysto męskiej.

Oczywiście, ten zestaw liczb lada moment ulegnie zmianie, po pierwszej serii czterech ma szansę na punkty, w tym jeden na podium (za to nominalnie dotąd najlepszy, lider po pierwszym i drugim konkursie, znów odpadł). 

Piotr Drugi

W poprzednich sezonach był jednym z wielu obiecujących i niestabilnych skoczków, punktując debiucie w Pucharze Świata i zaliczając sezony bez awansu do drugiej serii. 

W tym sezonie głównie robił za wesołka, jego „garbik i fajeczka” są znane wszystkim kibicom skoków i wielu zupełnie okazjonalnym obserwatorom. Przyćmiewało to jego rolę w miejscach na podium w zawodach drużynowych, jak również jego rekord Polski w długości lotu (jak widać często należy on do kogoś z drugiego rzędu).

Od dziś Piotr Żyła zasługuje na słowa najwyższego uznania. Wygrywając w Holmenkollen, jakże szczęśliwej dla beskidzkich skoczków, może spojrzeć prosto w oczy swojemu wielkiemu poprzednikowi i trenerowi zarazem, byłemu rekordziście świata (i Polski, oczywiście) w długości lotu, trzykrotnemu zwycięzcy zawodów Pucharu Świata Piotrowi Fijasowi. Mają po brązowym medalu mistrzostw świata (Żyła w drużynie, Fijas w lotach), ale gonić starego mistrza młody jeszcze musi.

A więc: garbik, fajeczka, do-hymnu!

O plebiscytach

Nie miałem ja powodów do zadowolenia po plebiscytach za mijający rok. Plebiscytem na najlepszego piłkarza świata (już miałem napisać plebiscytem France Football, ale wszystko się pozmieniało przecież) szczególnie się nie przejąłem, wynik oczywiście jest do niczego (i nie żebym miał coś przeciwko Messiemu), już dwa lata temu napisałem, że ten plebiscyt stracił dla mnie znaczenie. Już większą przykrość (choć tylko nieco) sprawiło mi noworoczne notowanie Topu Wszech Czasów Trójki, choć nie chodziło o miejsce pierwsze (nie ten blog, więc nie będę się rozpisywał, ale umiejscowienie co najmniej jednego utworu wybitnie mi nie pasowało).

Niestety, dużo przykrzejszą niespodzianką okazał się ostatecznie wynik plebiscytu Przeglądu Sportowego. Jak kibicuję Justynie Kowalczyk, tak podtrzymuję pogląd, że za ubiegły rok niczym szczególnym sobie na laury nie zasłużyła. Cóż, jeżeli to kolejna impreza, w której liczy się wyłącznie popularność i medialność (powstrzymałem się od napisania „celebrytyzm”), to również będzie należało jej podziękować i całkowicie przestać się nią przejmować na następne lata. I tylko tych wybitnych sportowców szkoda, którym ten drobny listek do wieńca triumfalnego zostanie oszczędzony. 

Wyniki ostatnich mistrzostw świata podkusiły mnie jednak do snucia całkowicie przedwczesnych rozważań na temat kolejnej edycji. Justyna Kowalczyk mistrzostw świata nie będzie wspominać zbyt dobrze, skoro nawet czwarty Puchar Świata (i kolejny wygrany Tour de Ski) będzie tylko osłodą po czempionacie z jednym tylko srebrnym medalem. Niemal nieoczekiwanie, całkowicie przyćmili ją skoczkowie ze swoim liderem Kamilem Stochem, który na Puchar Świata szans właściwie nie ma, ale chyba by się nie zamienił. I teraz pytanie – czy skoczek przeskoczy biegaczkę?

Poza tym oczywiście wypadałoby przypomnieć, że sportowy rok dopiero się zaczyna, przed nami między innymi lekkoatletyczne mistrzostwa świata, a co jeżeli w Moskwie ponownie złotem błyśnie Tomasz Majewski…

Historyczny konkurs

Ten konkurs przejdzie do historii, bez dwóch zdań. Już sam błąd w liczeniu punktów sprawił, że będzie pamiętany po wsze czasy, w sumie dobrze, że został wyłapany (i nie piszę tego wiedziony wyłącznie dumą narodową, ale zwyczajnie po sportowemu nie godziłoby się, żeby było inaczej). O sam błąd o tyle tylko mam pretensje, że zmienił emocje przed ostatnią kolejką – przystępując do niej mieliśmy dwie drużyny walczące „o włos” o drugie miejsce i atakującą z tyłu trzecią z niespełna siedmiopunktową stratą, a w rzeczywistości ułamki punktu dzieliły drużyny z miejsca trzeciego i czwartego (z możliwością ataku na miejsce drugie); o tyle mogło to wpłynąć na wyniki konkursu, że w takiej sytuacji inne mogłyby być zagrywki taktyczne. Dodam od razu, że najmniej pretensji mam do samego systemu, można sarkać na jego pozorną nieprzejrzystość, ale to był zwykły błąd ludzki, gorsze się już zdarzały

Konkurs przejdzie też do historii jako po prostu jeden ze znakomitych (jak to się mawia dzisiaj: epickich), ze zmieniającą się sytuacją w czołówce. Owszem, losy złota przed ostatnim skokiem były właściwie przesądzone (nawet przy średnio spisującym się Schlierenzauerze, który był o włos od wypuszczenia z rąk miana króla polowania – gdyby przegrał dziś złoto, prymat na skoczni przypadłby.. Japonce Sarze Takanashi, przed Stochem zresztą), ale po pierwszej serii pięć drużyn mieściło się w granicach raptem 10 punktów. O zwycięstwie Austriaków przesądził niesamowity wyczyn Fettnera, któremu już po wylądowaniu wypięła się narta, ale potrafił na jednej nodze dojechać do końca strefy lądowania, tam dopiero pozwolił sobie na nic już nieznaczącą utratę równowagi. Co do dalszych medali.. o przegranych napisałem powyżej, natomiast między drugim a trzecim miejscem różnica wynosiła 0,8 punktu – pół metra, wahnięcie w locie czy zachwianie przy lądowaniu, odrobinę silniejszy/słabszy wiatr (w plecy przez wieczór cały).

Dla nas ten konkurs będzie historyczny z powodu historycznego pierwszego medalu drużynowego, oczywiście. Co za ulga, że nie musimy się zastanawiać, kto najbardziej zawalił, czy nie była przesadzona zagrywka taktyczna Kruczka (obniżenie rozbiegu Stochowi aż do 17 belki, co dawało „dwa metry” odległości ekstra w porównaniu z bezpośrednimi rywalami, ale być może przy wyższej belce mógłby te dwa metry nadrobić, uzyskując ciut lepsze noty za styl?), sarkać na pecha równie dotkliwego co w przypadku Małysza na MŚ w lotach, liczyć pracowicie strat w sile wiatru, pomstować na system pozwalający na kombinowanie z belkami.. W każdym razie pod raz drugi w ciągu raptem trzech dni mogę triumfalnie zakrzyknąć:
YES! YES!! YES!!! YES!!! (cztery razy, bo czterech chłopaków)

Na pamiątkę wklejam też fragment pierwotnej listy wyników po pierwszej serii, z zaznaczonym błędem:

 FIS mistake ski jumping World Championship 2013

Zignorowane skoki

Dziś na mistrzostwach świata interesująco zapowiadająca się konkurencja na skoczni. Skakać będą drużyny mieszane, złożone z dwóch pań i dwóch panów, niewątpliwie z odpowiednio dobranymi belkami startowymi, więc i panie, i panowie, będą mogli latać daleko (na ile daleko można polatać na skoczni K-95). 

Zapowiada się interesująco, ponieważ po pierwsze zawody drużynowe ze swojej natury są bardziej nieprzewidywalne niż indywidualne (jeden błąd na drużynę prawie że jest wliczony), a po drugie mamy do czynienia z wyjątkowo mało zrównoważonymi drużynami. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z takimi drużynami jak amerykańska, gdzie duet żeński Hendrickson-Jerome powinien rządzić w swoich seriach, natomiast dla mężczyzn będzie to niemal jedyna okazja, żeby skakać w zawodach (Frenette w ogóle się nie zakwalifikował do konkursu indywidualnego, Johnson odpadł w pierwszej serii), czy czeska, gdzie względnie mocny zespół męski (choć na razie bez rewelacji) będzie z trudem ratować sytuację po skokach koleżanek (w konkursie indywidualnym w dołach tabeli). Z drugiej strony staną takie drużyny jak austriacka czy niemiecka, gdzie mocarne męskie duety będą uzupełnione przez dość solidne zespoły kobiece. Japonia wreszcie ma oczywistą liderkę w osobie Sary Takanashi, w miarę solidnych kolegów (Takeuchi i Ito) i takie sobie koleżanki (indywidualnie najlepsza była… Ito). 

Symulacja oparta na wynikach konkursów indywidualnych (nieco naciągnięta, bo nie wszyscy oddawali po dwa skoki, a Frenette w konkursie przecież żadnego) wskazuje, że wygrać powinna Austria przed Japonią i Niemcami, ale różnica w pierwszej trójce to niespełna dwadzieścia punktów. Czyli dwa i pół punktu na skok, sam wiatr może większą różnicę zrobić. Norwegii do strefy medalowej zabrakło też dwudziestu… I dodajmy, że nie wiadomo (nie sprawdzałem) kogo poszczególne reprezentacje faktycznie wystawią (choć na miejscu Schlierenzauera chyba pokusiłbym się o próbę wyrównania rekordu Schmitta i zdobycie czterech medali na jednych mistrzostwach). 

W polskiej telewizji tego nie obejrzycie, nawet się nie dowiecie, że taka konkurencja jest, bo reprezentacja Polski nie startuje (na szczęście jest Eurosport). Swoją drogą to porażające, że po dwunastu latach małyszomanii nie mamy żadnych reprezentantek, podczas gdy na mistrzostwach świata startuje Rumunka, a Holenderka kwalifikuje się do drugiej serii..