Seksistowsko o drobiu

Jak delikatnie sugerowałem w poprzedniej notce, w tym roku na Wielkanoc wpadło mi do głowy, żeby zrobić kaczkę. Rozejrzałem się więc po markecie, znalazłem specjalistyczną chłodnię z drobiem. Pod tabliczką „kaczki” leżały co prawda indyki, ale jakoś nie dałem się zrazić, przesunąłem się w kierunku indyków i bez zaskoczenia odnalazłem tam kaczki. 

W sobotę kaczka została natarta tym i owym, odstawiona, następnie wypchana znów tym i owym (amatorów ścisłych receptur odsyłam do szkół gastronomicznych oraz na blogi stricte kuchenne), władowana do piekarnika. Nowość sytuacji (bo chyba jednak nie zauroczenie) sprawiała, że zwracałem mniejszą uwagę na drobiazgi, licząc z niecierpliwością na efekt końcowy (może jeszcze czas odgrywał też jakąś rolę). 

Upiekła się. Dziś została rozporcjowana i napoczęta, i – skoro spokojny dzień nastał – jakoś tam mankamenta zaczęły wychodzić na jaw. Muszę nie bez urazy przyznać, że rzeczona kaczka jakaś taka była… niedogolona, jak również – mówiąc językiem bez mała prostackim – płaska jak decha (choć tłuszczu z niej wytopiłem zarazem tyle, że do prawdziwej wiosny mi smalcu starczy). Chyba jestem przyzwyczajony do młodych, gładkich i bardziej piersiastych kurek. 

Niemniej, kaczka zostanie moja, świętujcie przy swoich!

Krowie placki

Nie ukrywam, ogrodnik ze mnie taki sobie, raczej występuję jedynie jako ogrodowy czeladnik (nawet typowa podobno dbałość o trawnik u mnie nie jest przesadna, ani co do jego gęstości, ani wysokości, najbardziej może jednorodnością się zajmuję, ale także umiarkowanie). Może to dlatego, że za młodu nigdy działki nie mieliśmy. Pamiętam, że z dużym zdziwieniem słuchałem wtedy (za młodu) relacji zapalonych działkowców, jak to potrafili o poranku w gumiakach z wiadrem i łopatą w pole iść, żeby… krowie placki zbierać, jako niezastąpiony nawóz do upraw działkowych (nie przypominam sobie, żeby dziadek kiedykolwiek takie mecyje w swoim przydomowym ogródku wyprawiał). 

Szedłem dziś przez market rozglądając się za różnymi drobiazgami, w tym patrząc na marketowe przygotowania do kampanii wiosennej. Wśród stad doniczek, z kwiatami lub bez, zwrócił moją uwagę napis na opakowaniu „cow pot”. Zaintrygowało mnie, po co do doniczki krowę wmieszali (może jakiś przebłysk już gdzieś w głowie zaświtał), podszedłem, obejrzałem. Były to specjalne doniczki do sadzonek, wykonane w 100% z (przetworzonego) krowiego łajna, które z jednej strony nawożą, a z drugiej rozkładają się w ziemi bez śladu.

Żona (bardziej ogrodująca) nie wyraziła zachwytu ni zainteresowania. Ja się zastanawiam, czy byłbym w stanie teraz jeść w tej lodziarni (link jest do fejsbuka, bo główna strona nie chce mi działać). 

Idą Święta (TM)

Święta za pasem, trochę czasu spędziłem ostatnio w placówkach handlowych. Pomysłowość handlowców, przyznam szczerze, zaczyna przerastać moją wyobraźnię, to co opisywałem ostatnio, to doprawdy nic w porównaniu z tym, co szykują na świąteczne żniwa. 

Oczywiście gdzie tylko może dominuje licencja i franczyza, wszystko może być ozdobione czy wystylizowane na wszystko, dowiedziałem się o istnieniu lalek-potworków, kreskówek z lalkami-potworkami i zestawów do przebierania się za lalki-potworki. Wzdycham z ulgą, że moje dziecko na razie nie jest targetem tego rodzaju gadżetów. 

Znacznie bardziej mnie przybiło, co się wyrabia ze starwarsowym dziedzictwem, i to jeszcze zanim Disney wygodnie się na nim rozsiadł. Pal sześć karty i klocki, nie bez rozbawienia obejrzałem szachy z bohaterami wczesnej i późnej młodości (myśliwce jako pionki, Luke z Yodą na plecach jako skoczek, Leia jako królowa, a może jako król?). Szczęka mi opadła jednak na widok połączenia dwóch licencji – czyli zestawu Star Wars Angry Birds: zbuduj sobie zamek i go rozwal z wyrzutni latającym Hanem… 

No i oczywiście jest moda na kolekcje, w sensie zamiast jednej książki danego autora kup od razu cztery, na przykład. Nie wiem tylko co zrobić, jak już jedną czy dwie książki z zestawu mam (ja albo dowolny ostateczny odbiorca), zwłaszcza że wydać muszę już sumkę pokaźniejszą (niby okazja, 25 za sztukę, ale w sumie stówa). Cały czas fascynuje mnie, dlaczego obok siebie leżały dwa zestawy House’a: jeden obejmował sześć sezonów i kosztował siedem stów, drugi obejmował osiem sezonów i kosztował sześć stów. Oczywiście może ten krótszy był bardziej wypasiony, ale ja sensu wciąż nie widzę, wybaczcie. Wszystko przebijał jednak podręczny zestaw Mozarta, podręczny bo wszystko w jednym miejscu: komplet (podobno) dzieł, 170 płyt. W sumie w okazyjnej cenie, bo tańszy od tego House’a. 

Wesołych Świąt po raz pierwszy i nie zwariujcie!

Młoteczkiem

Siedziałem grzecznie przy laptopie, pracując zajadle, kiedy małżonka podeszła do mnie z dziwnym nieco wyrazem twarzy. Gestem nie znoszącym sprzeciwu nakazała mi, abym wytężył wszelkie siły w celu pełnego panowania nad odruchami, po czym podsunęła mi gazetkę reklamową pewnej sieci handlowej (skądinąd czasami zacnej). Spojrzałem.

Zabawki i gadżety w dzisiejszych czasach wymyśla się różne i przeróżne. Jako żem człowiek już w latach swoich, z rosnącym poczuciem konserwatyzmu (to temat na osobną notkę, co się zbiera), pewnych rzeczy bym nie wymyślił, a jak już je ktoś wymyśli, to faktycznie dziwnie reaguję. Ale zapewne istnieje wśród młodszych pokoleń poważne zapotrzebowanie na poduszkę-pamiętnik, zamykany na kłódkę, ze zmywalnym pisakiem w zestawie (zgaduję, że przestrzeń do pamiętnikopisania jest z plastiku, tak wygląda na obrazku). I co ważniejsze, z głośnikiem i możliwością podłączenia mp3. Jest jeszcze trendy dizajn, ale nie będę przecież lokował produktu. 

Pamiętniczek był jednak niczym wobec zabawki motoryzacyjnej (już miałem polecieć stereotypem i napisać „dla chłopców”, bo dizajn pamiętniczka raczej „dziewczęcy”, koci bardziej niż różowy). Pojazd (markowy, a jakże) był bowiem.. w gipsie. Nie, nie żeby udawał połamanego w wypadku (chyba bym prędzej sobie wyobraził), był po prostu ukryty w gipsowej kostce, którą należało rozbić w celu wydobycia auta. W zestawie był samochód, gips, forma i specjalny młoteczek do rozbicia gipsu. 

Gdybym miał młoteczek pod ręką, to bym puknął. W głowę. Praca poszła precz, nastrój uciekł bezpowrotnie (zresztą i tak za chwilę wychodzę). Nad odruchami zapanowałem (bo dziecko słuchało).

Zrozumienie

Wchodzę wczesnym wieczorem do sklepu osiedlowego.* Facet przy kasie wygrzebuje przede mną monety z kieszeni i kupuje najtańsze pół litra. Kiedy znajoma ekspedientka zwraca się do mnie, mówię:
– A dla mnie pięćdziesiątka.

Na jej jakby zdziwioną minę wskazuję lekko na lottomat.

Mina ekspedientki, kiedy zrozumiała: bezcenna (długo się śmiała). 
Ale nie aż tak, żebym oddał te pięćdziesiąt milionów, które było dziś do wygrania.  

*didaskalia nieco umowne

Daltonista też człowiek

Pojechałem do sklepu kupić Rzeczy Różne. Nie spieszyło mi się, więc tu zerknąłem, tam skręciłem, ówdzie zajrzałem, powybierałem, pooglądałem… Na takie drobiazgi nawet nie zamierzałem spoglądać, ale był wystawiony na pół przejścia, patrzyło się po prostu omijając.

krzesło w kolorze czerwonym niebieskim daltonista

Oczywiście „NIEBIESKIE” to może być przecież nazwa producenta.