Trzymać ręce na kierownicy

Jednym z przykazań wtłaczanych każdemu młodemu kierowcy jest „trzymaj ręce cały czas na kierownicy”, tak aby być gotowym w każdej chwili do wykonania natychmiastowego manewru, jeżeli zajdzie taka konieczność. Wielu kierowców z pewnym jednak doświadczeniem dochodzi do przekonania, że na tyle dobrze panuje nad samochodem, że spokojnie do prowadzenia wystarczy im jedna ręka, a drugą można sobie położyć w wygodnym miejscu lub używać do włączania, wyłączania, przełączania i co tam jeszcze jest dostępnego. Nawet przy dużych szybkościach.

Oczywiście, zwykli kierowcy nie osiągają swoimi samochodami prędkości 200 i więcej km/h, jak kierowcy Formuły 1. A właśnie dziś kierowcy Ferrari Fernando Alonso i Felipe Massa wyrazili obawę, że w nadchodzącym sezonie będą musieli w trakcie jazdy poświęcać zbyt wiele uwagi na wciskanie rozmaitych guzików na kierownicy, takich jak aktywację dostosowania tylnego skrzydła czy (znanego już) KERS-u. Zwłaszcza że wykonywanie tych operacji może być konieczne także w zakrętach.

Czy to uzasadnione obawy? Wydaje się to może w pierwszej chwili przesadzone, takie robienie złej miny do dobrej gry, ale też można sobie przypomnieć zeszłoroczne GP Belgii. Robert Kubica jadąc na zmianę opon, zaczął wciskać guziki na kierownicy, zmieniając ustawienia. I mimo nieznacznej szybkości na pitlane, zdekoncentrował się tym na tyle, że na śliskiej nawierzchni przegapił punkt hamowania i lekko poturbował swoich mechaników (a przy okazji stracił kilka sekund na miarę drugiego miejsca na podium). Wolę nie wyobrażać sobie podobnej sytuacji w szybkim zakręcie.

Dlatego, na wszelki wypadek, pomimo mniejszych prędkości, starajmy się porządnie trzymać ręce na kierownicy.

 

Singapur znaczy emocje

To był wyścig. Pojedynki, że aż bandy trzeszczały i iskry szły spod skrzydeł.

Dzielny Strażak Heiki (od teraz do szwedzkiego kucharza dołączy fiński strażak), choć pomysł postawienia zasłony dymnej na prostej startowej wciąż nie wydaje się najszczęśliwszy.

No i Robert, który wyprzedził na torze ciągu 8 okrążeń więcej równorzędnych przeciwników, niż w ciągu całego dotychczasowego sezonu.

Doprawdy, nie pamiętam kiedy odczuwałem tyle podniecenia podczas wyścigu.

Kubica, Pietrow, Heidfeld

Kariera Roberta Kubicy w F1 przebiega prawie sinusoidalnie. Zaczynał w roku 2006 wrzucony do bolidu w trakcie sezonu i na dzień dobry omal nie zdobył punktów (dyskwalifikacja za niedowagę), a kilka wyścigów później już stał na podium. Później był nienajlepszy rok 2007, jakże emocjonujący 2008, mizerny 2009 i coraz bardziej obiecujący sezon bieżący.

W każdym z „pełnych” sezonów nie ustawały porównania z partnerem z zespołu. W tym roku jest to debiutant Witalij Pietrow (jak widzę w polskich tekstach transliterowaną formę tego nazwiska, to mam ochotę gryźć), który częściej ma problemy z bolidem (lub nie tylko), niż wspiera Kubicę w walce o jak najlepszą pozycję w klasyfikacji konstruktorów. Skrupulatni wyliczają, że różnica punktowa między kierowcami Renault jest największa w całej stawce (w domyśle: jaki ten Pietrow słaby..). Ostrożnie z takimi wyliczeniami: w roku 2007, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to tytuł kierowcy tracącego najwięcej do partnera z teamu, przypadał.. Robertowi Kubicy – gdyż Nick Heidfeld punktował wtedy bardzo regularnie, a Robert głównie zmagał się z samochodem i inżynierem pokładowym.

A żeby już całkiem pokazać ograniczone znaczenie różnicy punktowej mędzy partnerami z zespołu dla porównywania umiejętności i klasy kierowców – druga największa róznica punktów w tym sezonie jest pomiędzy kierowcami.. Mercedesa. I czy to naprawdę oznacza, że Michael Schumacher jest aż takim złym kierowcą?

Witalijowi życzymy więc chłodnej głowy. Dla dobra jego własnego, oraz Renault.

 

Kto lepszy, kto gorszy

Diogenes spotkał kiedyś na ulicy triumfalny pochód mistrza olimpijskiego. Zapytał go: a z kim wygrałeś, z lepszymi czy gorszymi od siebie? Mistrz odrzekł, że z gorszymi, skoro ich pokonał. Na co Diogenes spytał: skoro wygrałeś z gorszymi od siebie, to z czego się cieszysz? – i wrócił do beczki.

Pytanie, kto jest naprawdę lepszy, wraca w sporcie jak zwariowany bumerang (a my Polacy mamy w tym względzie znaczące osiągnięcia, ze wszelkimi naszymi „moralnymi zwycięstwami”). W ostatnich latach najczęściej pytanie pojawiało się w kontekście Roberta Kubicy, kiedy wszyscy próbowali udowadniać, że jest naprawdę lepszy od Felipe Massy, Jensona Buttona czy innych kierowców prowadzących szybsze bolidy (a w szczególności że jest lepszy od Nicka Heidfelda). Nadejście Igrzysk Olimpijskich spowodowało niemal wysyp nowych takich dyskusji.

Jako pierwszy rozgorzał spór, czy Simon Ammann (i to już po konkursie na średniej skoczni) jest lepszy od Adama Małysza (choć większość to pytanie rozumiała jako „dlaczego Adam Małysz i tak jest lepszy od Simona Ammanna”). Jeszcze się dobrze nie uspokoili wszyscy, a już buchnęło nowe zarzewie – czy Justyna Kowalczyk jest lepsza od Marit Bjoergen? Bo niby w bezpośredniej walce o medale przegrywa, ale wiadomo, że trasy nie są godne Prawdziwych Biegaczek, że wspomaganie lekami na astmę, że wygrała Tour de Ski i na „prawdziwych” trasach w tym sezonie nie ma sobie równych (cóż, Norwegowie zapewne by skontrowali, że w tych biegach, w których startują obie, Bjoergen w tym sezonie zwykle wygrywa z Kowalczyk).

Najbardziej jednak interesujący przypadek dyskusji o lepszości nie dotyczy jednak (na szczęście) naszych reprezentantów. W tegorocznej olimpijskiej rywalizacji łyżwiarzy figurowych liczyło się trzech zawodników: Jewgienij Pluszczenko, Evan Lysacek i Daisuke Takahashi, i ku ogólnemu zdumieniu wygrał Lysacek, pomimo że faworyt Pluszczenko skoczył kombinację poczwórnego toe-loopa z potrójnym toe-loopem (a pozostali ograniczyli się do skoków potrójnych). W Rosji uznano to za oszustwo, i na rozmaite sposoby demonstrowano wyższość Pluszczenki (otrzyma zdaje się złoty medal wytopiony z precjozów zgromadzonych w drodze zbiórki publicznej, sam zawodnik miał tymczasem kazać odlać sobie medal z platyny). Sęk jednak w tym, że nie tyle sędziowie dopuścili się nadużycia w swoim werdykcie, ile Lysacek wycisnął, co tylko się dało, z systemu oceniania – stawiając nie na ryzykowne wykonywanie supertrudnych elementów, ile na perfekcyjne wykonanie tych bardzo trudnych, trudnych i pozostałych, oraz podnosząc sobie możliwe do uzyskania oceny za skoki przez wykonanie ich w drugiej części programu (kiedyś wszyscy zaczynali programy od wykonywania skoków jednego za drugim, aż do znudzenia, dlatego wymyślono taką „premię”). Pluszczenko pojechał zaś – przekonany o przewadze, jaką daje mu skok poczwórny – zgoła niedbale, wykonując skoki (i inne elementy) poprawnie, lecz nie perfekcyjnie, i odpuszczając w jednej z kombinacji wykonanie trzeciego skoku, planowanego jako ledwie podwójny. W końcowym efekcie przegrał o niespełna 1,5 pkt, czyli wykonanie planowanej trójkombinacji dałoby mu złoty medal.

Jewgienij Pluszczenko w piruecie Denise Biellmann

Cóż, słyszałem wiele głosów, że to nie w porządku, żeby mistrzem zostawał zawodnik wykonujący mniej trudne skoki, niż inny (moim zdaniem zresztą żaden z tych dwóch na tytuł mistrza nie zasługiwał, ale to nie Konkurs Chopinowski, gdzie można nie przyznać I Nagrody). Łyżwiarstwo figurowe to jednak nie konkurs skoków akrobatycznych – gdzie wystarczyłoby po kolei puszczać zawodników do wykonania tylko określonego elementu, odrębnie punktowanego (gdzie Pluszczenko nie miałby sobie równych, przynajmniej dopóki nie pojawiliby się tacy, którzy wyspecjalizowaliby się tylko i wyłącznie w efektownych skokach). Przypomina mi się w tym momencie wielokrotna mistrzyni Europy Surya Bonaly, pierwsza czarnoskóra zawodniczka światowego formatu – ona, zwłaszcza przy pierwszych sukcesach, bazowała niemal wyłącznie na skokach, które potrafiła wykonywać całymi seriami (wykonywała też salto na łyżwach, ale go tylko w pokazach, bo na zawodach było nieprzepisowe). Ponieważ zawsze jednak miała problemy z pozostałymi elementami łyżwiarskimi (nie pomagała jej zresztą sylwetka), na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich przegrywała (jej mało zrównoważone programy nie cieszyły się przychylnością sędziów, czasem do przesady i nawet może niesprawiedliwości). Jestem ciekaw, na ile Pluszczenko chciałby się poczuć Suryą Bonaly – jakkolwiek na początku swojej kariery też bazował na wykonywanych seriami skokach i piruecie Denise Bielmann (znacznie jednaj zgrabniej wykonując wszystkie elementy, co wystarczało na wygrywanie imprez europejskich, ale nie dawało zwycięstw na światowych, gdzie ważniejsza była harmonia i perfekcja wykonania wszystkich elementów (czasem nawet kosztem mimo pomyłki w skoku) i wygrywali Jagudin czy Stojko.

Surya Bonaly wykonuje salto

Pozostawiam na uboczu – bo na Igrzyskach Zimowych to trochę rzadsze – przypadki, w których zawodnik osiąga rekordowe rezultaty w biegach eliminacyjnych czy półfinałowych, po czym w finale mistrzem zostaje ktoś z rezultatem słabszym (moglibyśmy co najwyżej wspomnieć o „mistrzach kwalifikacji” w skokach) czy te frapujące przypadki, w których do mistrzostwa w konkurencji wystarczał wynik słabszy, niż w tej samej konkurencji uzyskany w wieloboju (zdarzały się takie przypadki w konkurencjach lekkoatletycznych, acz dawno; ciekawych odsyłam do nieocenionych 500 zagadek olimpijskich Eugeniusza Skrzypka, skąd pochodzi też otwierająca anegdota). Cóż jednak powiedzieć o lepszości mistrza olimpijskiego na 10 km Koreańczyka Lee Seung-Hoon, skoro w biegu był daleko za Holendrem Svenem Kramerem, a tytuł zdobył tylko dzięki temu, że Kramer pojechał przez moment po niewłaściwym torze, i to wyłącznie na skutek błędnej podpowiedzi trenera?

Można spędzić długie godziny na formułowaniu ocen, dlaczego jednego zawodnika uznamy za lepszego niż drugiego. Ale podstawową zasadą zawsze zostanie, że ten, kto zgodnie z przepisami osiągnie najlepszy wynik, będzie mistrzem.