Młoteczkiem

Siedziałem grzecznie przy laptopie, pracując zajadle, kiedy małżonka podeszła do mnie z dziwnym nieco wyrazem twarzy. Gestem nie znoszącym sprzeciwu nakazała mi, abym wytężył wszelkie siły w celu pełnego panowania nad odruchami, po czym podsunęła mi gazetkę reklamową pewnej sieci handlowej (skądinąd czasami zacnej). Spojrzałem.

Zabawki i gadżety w dzisiejszych czasach wymyśla się różne i przeróżne. Jako żem człowiek już w latach swoich, z rosnącym poczuciem konserwatyzmu (to temat na osobną notkę, co się zbiera), pewnych rzeczy bym nie wymyślił, a jak już je ktoś wymyśli, to faktycznie dziwnie reaguję. Ale zapewne istnieje wśród młodszych pokoleń poważne zapotrzebowanie na poduszkę-pamiętnik, zamykany na kłódkę, ze zmywalnym pisakiem w zestawie (zgaduję, że przestrzeń do pamiętnikopisania jest z plastiku, tak wygląda na obrazku). I co ważniejsze, z głośnikiem i możliwością podłączenia mp3. Jest jeszcze trendy dizajn, ale nie będę przecież lokował produktu. 

Pamiętniczek był jednak niczym wobec zabawki motoryzacyjnej (już miałem polecieć stereotypem i napisać „dla chłopców”, bo dizajn pamiętniczka raczej „dziewczęcy”, koci bardziej niż różowy). Pojazd (markowy, a jakże) był bowiem.. w gipsie. Nie, nie żeby udawał połamanego w wypadku (chyba bym prędzej sobie wyobraził), był po prostu ukryty w gipsowej kostce, którą należało rozbić w celu wydobycia auta. W zestawie był samochód, gips, forma i specjalny młoteczek do rozbicia gipsu. 

Gdybym miał młoteczek pod ręką, to bym puknął. W głowę. Praca poszła precz, nastrój uciekł bezpowrotnie (zresztą i tak za chwilę wychodzę). Nad odruchami zapanowałem (bo dziecko słuchało).

Śpiewająca podpaska

Reklamy można omijać razem z całym ich medium (wielu znanych mi ludzi tak robi, choć nie jest to recepta na wszystko), można nauczyć się puszczać je mimo oczu/uszu, czasem jednak zwróci się na nie uwagę, pozytywnie lub negatywnie. Ostatnio niestety przebiła się do mnie reklama radiowa, wykorzystująca przeróbkę znanej piosenki do promowania specyfiku z zakresu zdrowia intymnego, w sposób typowo dla reklamy żenujący. Odnotowując sobie ją w pamięci (w celu lepszego unikania, targetem nie jestem absolutnie), zadałem sobie pytanie: co musi czuć człowiek, który taką piosenkę musi zaśpiewać?

Myśl ta skłoniła mnie do ogólnych rozważań o ludziach, którzy w reklamach występują, i bynajmniej nie są gwiazdami lub celebrytami. O tej masie anonimowych entuzjastycznych klientów, matek piorących, głosów ziemniaków czy co tam kopirajterom przyjdzie do głowy. Którzy muszą mieć odpowiedni (co nie znaczy imponujący) wygląd, głos, czasem dykcję, ewentualnie podstawowe umiejętności wokalne. Miałem to porozpoznawać, czy na to są specjalne szkoły, czy to po prostu aktorzy trzecioplanowi tak zagospodarowują życie. A potem WO napisał tę notkę

Z innej nieco beczki – z zamierzchłych czasów względnej młodości, kiedy oglądałem Beverly Hills 90210 (nie mylić z wersją współczesną), zapamiętałem taki epizod, kiedy Brian Austin Green, z zawodu muzykujący nieco, skomponował Piosenkę dla swojej (w tamtym czasie) ukochanej Tiffani Amber-Thiessen (bardziej seksowne zdjęcia guglajcie sobie sami). Po czym Piosenka wpadła w ucho jego zleceniodawcy, dla którego próbował ułożyć nutki do reklamy pasty do zębów (chyba pasty, do reklamy w każdym razie). Co za nieromantyczny początek końca związku (przypominam to głównie po to, żeby móc śmiało zaliczyć notkę do kategorii Kult-ura, a nie Eko).

Slogany w Żorach

Droga wiedzie mnie dziś przez miasto Żory. Wjeżdżam opłotkami od strony Jastrzębia-Zdrój, przy drodze wita mnie billboard z uśmiechniętą dziewoją, która zaprasza mnie (może nawet kusząco, zbyt krótko patrzyłem), żebym „został jej sąsiadem”. Myśl się zaraz nasunęła taka, czy było to klasyczne „szczucie cycem” (goła się w sumie nie wydawała..), czy nie, ale zgryźliwość na wszelki wypadek kazała podpowiedzieć „i tylko sąsiadem”. (Potem znalazłem to).

Kiedy już prawie wyjeżdżam (rozpędzając się na dwupasmówce), widzę z boku kolejny billboard, tym razem polecający „najlepsze miejsce do studiowania” (nazwy uczelni nie podam bo produktu nie lokuję a poza tym nie jestem pewien co to właściwie było). Na zachętę właśnie w tym miejscu asfalt robi się straszliwie zabrudzony, a wokół tablicy krzątają się maszyny budowlane. Może w ten sposób poleca się łopatologię. 

I tylko do starego żorskiego sloganu „miasto monitorowane” nie sposób mieć zastrzeżeń. Nikt nie czuje się nim jednak szczególnie zachęcony, nawet jeśli weń uwierzy i wydłuży czas obecności w mieście zmniejszając prędkość do wynikającej ze znaków (reputacja żorskiej drogówki jest znana). 

Sprzedaj pan…

Jadę sobie drogą jak wiele razy przedtem (i pewnie wiele razy potem). Na skraju lasu stoi duża tablica ogłoszeniowa. Droga prosta, prędkość nie za duża, rzucenie okiem nic nie kosztuje. Jakaś bliżej mi nieznana firma windykacyjna (lokowania produktu nie będzie) zachwala swoje usługi wielkim napisem:
SPRZEDAJ SWOJEGO DŁUŻNIKA

Gdybym nie wiedział, że jakieś formy (ukrytego) niewolnictwa i handlu ludźmi wciąż egzystują, to pewnie bym sobie nawet z tego i pożartował, z tego prymitywizmu językowego lub myślowego.

(100)

Chwilówki się trzymają mocno

Trudno chyba w dzisiejszych czasach o człowieka, który nie widział mobilnych tablic reklamowych w postaci maluchów w kolorze czerwonym, z nadbudówką na dachu w kształcie piramidki, zwykle jeżdżących co najmniej parami lub większymi stadami. A na piramidce (czerwono-żółtej) informacja, pod jakim numer dzwonić, żeby dostać szybki kredyt (choć akurat szybkość tablicy reklamowej nie jest tu najlepszą reklamą). 

Jechałem ostatnio przez jedną z wsi. Droga była kręta, więc to i wyskoczyło na mnie znienacka. Wyjechały mi naprzeciw trzy czerwone mobilne tablice reklamowe. Ale nie maluchy, tylko seicento. 

Wygląda na to, że chwilówki prosperują (no chyba że maluchy się po prostu rozsypały ze starości). Najlepszy to dowód, że kryzysu żadnego nie ma – ale to przecież wiedzieliśmy, bo w kryzysie człowiek sięga do ostatnich zasobów: pije stare wino, je spleśniały ser i jeździ samochodem bez dachu, a nie bierze pożyczki jak jakiś burżuj…

Ekspres do kawy

Kiedy wybieraliśmy zakwaterowanie na tegoroczny wakacyjny pobyt we Włoszech, wybrany przez nas apartament reklamował się między innymi, że posiada na wyposażeniu „ekspres do kawy”. Nie była to najważniejsza z cech, mówiąc szczerze, co najwyżej drobny bonus, niemniej kiedy dotarliśmy na miejsce i rozgościliśmy się, zacząłem się uważnie rozglądać, bo nie rzucał się w oczy. Mając zaś w pamięci wspomnienie, że podczas jednego z wcześniejszych pobytów we Włoszech poczuliśmy się poważnie rozczarowani wyposażeniem kuchni (na tyle poważnie, że w te pędy pognałem do sklepu nabyć talerze, garnek i patelnię, służące nam zresztą do dziś) tylko dlatego, że nie wpadliśmy na pomysł starannego przejrzenia zawartości kredensu w jadalni (który zawierał obiecane pełne wyposażenie), wiedziałem, że nie należy poddawać się pochopnym ocenom. I.. znalazłem. 

Dziś pojęcie „ekspres do kawy” kojarzy się z rozmaitego rodzaju machinerią, od prostych przelewowych, przez „zwykłe” ciśnieniowe aż po wypasione pozwalające zrobić piankę do cappuccino i wzorek. „Włoska” natura espresso skojarzenia te wzmacnia tym bardziej, włoskobrzmiących nazw firm produkujących kawę lub ekspresy nie będę wymieniał bo wszyscy znają, a ja nie chcę robić ostrzeżeń o lokowaniu produktu. Nie wiem czego używa przeciętny Włoch, ale do zaparzenia espresso wystarczy jednak urządzenie z prostych najprostsze, i takie właśnie znalazłem w szafce, i w ogóle nie czułem się rozczarowany.

włoski ekspres do kawy na 2 osoby

Nawet mogłem takie sobie z domu zabrać, mam wersję na 2-3 osoby, jak i malutki jednoosobowy. Wystarczy palnik gazowy, do tego oczywiście woda, kawa i.. filiżanka.

Refleks Kublika

Wróciłem do domu z sobotniego wypadu, zaparzyłem herbatę, sięgnąłem po Wyborczą (farba drukarska zdążyła już zwietrzeć). Żeby nie psuć sobie dobrego nastroju, ominąłem dzielnie wzrokiem wszystkie informacje dotyczące bieżącej polityki polskiej, a że niewiele oprócz tego zostało, to zerknąłem na umieszczone na dole drugiej – jakże ważnej – strony komentarz, zwłaszcza że miał intrygujący tytuł „Bond. Prawie jak James Bond”.

Odruchowo zacząłem się zastanawiać, co takiego pojawiło się na rynku, że nazwą Bond podszywa się pod markę 007, więc zacząłem czytać, lecz szybko zmarszczyłem brwi. Wiedziałem, o czym autor pisze, bo w tym tygodniu widziałem w TV reklamę Heinekena z gościnnym incydentalnym udziałem Daniela Craiga. Byłem w stanie zrozumieć ciężar ciosu, jaki spadł na autora z racji zastąpienia w najnowszym Bondzie martini shaken, not stirred zwyczajnym piwem, choć akurat twórcy ostatnich filmów serii nie szczędzili nam odmienności od kanonów, po prostu trzeba przywyknąć do wszystkiego, tak jak kiedyś do Brosnana czy pistoletów maszynowych zamiast dobrego na wszystko walthera PPK, z Craigiem już się oswoiłem. Zastanawiało mnie jedno: jak rzekomy fan 007 mógł przegapić fakt, że temat zastąpienia martini przez piwo był przedmiotem szerokiego oburzenia już na początku kwietnia?

Zerknąłem na autora komentarza. No tak, redaktor Kublik Andrzej. I wszystko jasne. Prawie znawca. Dedykuję mu ten fragment, może nie zauważył kiedy prawie oglądał. A film już wkrótce.

Potrzeba dźwignią handlu

Schodzimy do toalety na Promenadzie Anglików (nie wiem czy publicznej, czy prywatnej, za wstęp w każdym razie kasują). 

W wejściu oprócz pobierania opłat, oferują też zimne napoje. Na wypadek gdyby ktoś nie przemyślał starannie swoich potrzeb, odpowiednie cenniki wiszą też koło umywalki. 

Nicea Nice Nizza toilet WC toaleta

Dobrze, że nie nad pisuarem.

Planowanie strategiczne porodu

Odwiedzałem w ramach obowiązków jedno z okolicznych miast. Przed gmachem, który mi przyszło nawiedzić, zobaczyłem ogromną reklamę bliżej mi nieznanej uczelni (cóż, edukację formalnie zakończyłem dobrych parę lat temu i stąd jestem nienowoczesny i niewyrabiający za tryndami). Zacząłem się zastanawiać, czy nie podciągnąć swoich umiejętności w zakresie planowania strategicznego, zawsze się przyda, choćby jako alternatywna ścieżka rozwoju zawodowego

wyższa szkoła planowania strategicznego porodu Dąbrowa Górnicza

Bo w końcu trzeba wiedzieć, jak strategicznie zaplanować fizjoterapię i poród.

Taaaaka ryba

Jadę samochodem przez pola i łąki na południe od Rudy (Śląskiej). Spieszno mi trochę, ale aż odruchowo zwalniam na widok umieszczonej przy drodze tablicy reklamowej:

    PSTRĄG
100 METRÓW 

I pomyśleć, że już kupiłem śledzie i łososia.