Najbardziej przenoszona notka świata

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze sypałem notkami jak z rękawa (bo to wczesne lata a nawet miesiące Zapisków… były), miałem przez chwilę zwyczaj zapisywania sobie tematów do dalszych notek w formie ich szkiców (na blogu). Przeszło mi kiedy się zorientowałem, że kiedy zapiszę sobie szkic, to notka zostanie później opublikowana z datą zapisania szkicu, a nie opublikowania notki (wtedy zacząłem pomysły zapisywać w specjalnym pliku, a potem… wcale).

Przypomniało mi się ostatnio, że miałem kiedyś pomysł na notkę i nawet zapisałem go w szkicu. Zajrzałem do bloksowej przegródki „Szkice” i się zadumałem. Szkic został zapisany 28 września roku pańskiego 2008… Tematem przewodnim notki miała być, mówiąc ogólnie, pewna piosenka, która ma u mnie przyczepioną łatkę „najbardziej przejmującego utworu świata (lub jednego z)”, kiedyś nawet wyraziłem myśl, że powinno być zakazane puszczanie jej w radio, kiedy prowadzę samochód (gdyby moja reakcja była podzielana, to konieczny byłby całkowity zakaz puszczania jej w radio, albo jakieś ostrzeżenia jak zapowiedzi bloków reklamowych).

Dziś jednakowoż będzie o innej piosence, która czepia się mnie ostatnio okrutnie. Obie pochodzą z tej samej płyty, którą zapoznałem wieki temu na pożyczonej od przyjaciela kasecie. Kasetę w końcu oddałem (kupiłem własną), pamięć o piosenkach została, reakcje na nie – również. Po latach dowiedziałem się, że wersja kasetowa nie zawierała jednej piosenki, ale szczególnie nie żałowałem, When Tigers Broke Free i tak znikłaby wśród innych (a może to był utwór bonusowy…nieważne). Pamiętam, że kaseta była przewinięta do początku strony B, i dlatego słuchanie rozpocząłem od Fletcher Memorial Home, który obecnie powraca do mnie zaraźliwie frazą „did they expect us to treat them with any respect„, teledysk to już zupełny bonus. Zostawiam specjalistom od Pink Floyd kręcenie nosem na watersowatością płyty Final Cut, ja się przyznam otwarcie – żadnej innej nie znam tak dobrze jak tej i dobrze mi z tym.

Wypadałoby dodać, że piosenka, od której ta notka się zaczęła, to Gunner’s Dream. Kiedy na minutę przed końcem czujemy szaleństwo w wyśpiewywanych przez Watersa słowach „night after night going round and round my brain, his dream is driving me insane„, to czujemy je fizycznie. Ale to już dziś każdy we własnym zakresie.

Piąteczka na wiele sposobów

Po latach blogowania człowiek dochodzi do momentu, w którym nie ma pewności, czy na dany temat już napisał, zaczął pisać (mam wciąż gdzieś szkice notek) czy tylko zamierzał pisać. W takich chwilach na szczęście jest wyszukiwarka blogowa (nie twierdzę, że jest niezawodna, jej nieniezawodność oraz niedostępność w pewnych sytuacjach dobrze wpoiła mi pewien googlowy trick na szukanie). 

Zamierzałem więc kiedyś napisać o pewnej naszej z kolegą Brezlym małej fiksacji muzycznej. Jest taki klasyczny już standard, który wielu wykonywało lepiej lub jeszcze lepiej (gorzej pewnie też, ale po co się rozdrabniać), a my wyłapujemy rozmaite, zwłaszcza nietypowe wykonania, i katujemy nimi siebie i otoczenie na Facebookach. Dziś rano przesłuchałem dwa, jedno otagowane „ska jazz”, drugie „jazz latino”, różne rzeczy Youtube przynosił/a/o.

Może zarażę, może nie – ale przynajmniej dam szansę. Jak się nie zarazicie, to przynajmniej posłuchacie, w wersji klasycznej: Dave Brubeck Quartet – Take Five.

Spać jak dziecko

Są takie chwile w życiu żółwia… przepraszam, cytat z Mleczki mi się włączył. Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy przede wszystkim myśli o tym żeby się wyspać. Miewałem tak ostatnio, po paru dniach spędzonych na wyjazdach i wieczorach spędzanych przy laptopie (dla pracy, lecz nie pozbawiając się prokrastynacji).

Są takie kawałki, które się człowieka czepią zupełnie nie wiadomo dlaczego. Ostatnia płyta U2 dorobiła się na początek kąśliwych uwag związanych ze sposobem dystrybucji i to w dużej mierze zaważyło chyba na jej reputacji. A tymczasem są na niej (i nie twierdzę, że ją porządnie odsłuchałem w całości, choć nieraz brzęczy w tle puszczana przez innych domowników) bardzo porządne piosenki, nawet jeśli nie epokowe dzieła, to znacznie lepsze niż średnia w latach ostatnich. 

Są takie momenty, kiedy człowiek nie wierzy w zbiegi okoliczności. Spać mi się chce i Sleep Like a Baby Tonight mnie się trzyma. To gramy, może nie zasnę.

Plenty

Pierwsze skojarzenie z tym słowem (nie licząc jego występowania w słowniku) to oczywiście drugoplanowa, ale trudna do zapomnienia Bond girl – Plenty O’Toole z Diamonds Are Forever. Grająca rolę Lana Wood niewątpliwie została starannie dobrana, przede wszystkim do kluczowego bonmotu Bonda, który możecie zobaczyć tutaj (o ile youtube nie skasuje). 

Ale zasadniczo notka nie miała być o Bondzie (o SPECTRE na razie nie mam nic więcej do dodania, może tylko że drugi raz się do kina niekoniecznie wybiorę). Miałem bowiem pisać o piosence, która – jak się zdaje – nie ma nic wspólnego z Bondem. Ma natomiast w sobie dużo słowa „plenty”, poczynając od tytułu, „plenty of plenty” że się na taki angielski kalambur wysilę. Do tego uroczy żeński głos, genialny rytm i klimat czarny jak smoła. Szkoda że twórca za to odpowiedzialny już nie żyje, zostawił po sobie cztery płyty, geniusz jak ta lala. Słucham w tym tygodniu jak zwariowany, po prostu mnóstwo rozkoszy.

When she wants plenty, she gets plenty, we all get plenty, klask. Erykah Badu i – Guru. 

 

Księżycowo

Włączyłem sobie do treningu z płyty jeden z odcinków „Przystanku Alaska” – ten zajefajny, kiedy Fleischman spotyka (po raz pierwszy) Adama, a do Chrisa przyjeżdża nigdy nie widziany brat (przyrodni). Dominującym motywem odcinka jest księżyc wiszący nad Alaską, który nikomu nie pozwala spać w nocy. W tle stale słychać jak nie „Księżycową sonatę„, to „Moon River”. 

W gazetach i w internecie od paru dni ciągle natrafiam na zapowiedzi, że w tę niedzielę czeka nas Wielki Krwawy Księżyc (i jego zaćmienie). W najgłębszej porze nocnej, więc czuję, że raczej nie będę wyczekiwał, ani budzika nastawiał, bo rano wstać trzeba. 

I tylko się zastanawiam, czy to dlatego mnie ostatnio trochę na Moon River trzyma? I nie chodzi tu o Holly Golightly, bo w każdym wykonaniu lubię, czy Audrey, czy Sinatry. Raczej chodzi o zgrabność, i o to fascynujące „my huckleberry friend”, wiedzieliście, że chodzi w tym po prostu o wspomnienie zbierania w dzieciństwie najzwyklejszych jagód?

No to zanim księżyc wzejdzie, jeszcze raz. Tym razem Louis Armstrong

Droga

Obecny stan jest chyba pokłosiem ostatniego głosowania na Trójkowy Top Wszech Czasów, kiedy przebierałem w rozmaitych utworach jak również obserwowałem i zapewne nieraz podsłuchiwałem rozmaite dyskusje, także pod kątem głosowania w kolejnych przyszłych edycjach. I tak oto wsłuchałem się w jeden utwór, który w tym roku umieściłem na liście rezerwowej (słuchałem go rzadko, bo długi). Wsłuchałem się…

Nie pierwszy to raz, kiedy po wsłuchaniu się zaczynam słuchać kompulsywnie i wyszukiwać coraz to nowe wykonania i wersje. Z pozoru wydaje się, że to hymn na jednego Knopflera, ale to jednak robota zespołowa, każdy dostaje swoją dolę, a bez klawiszy Alana Clarka… to byłoby zupełnie nie to, one prowadzą z Knopflerem pełnoprawny dialog.

Wsłuchałem się też w tekst i nie umiałem się oprzeć myśli, że to rozbudowana, skupiona bardziej na ogóle wersja historyjki opowiadanej w innej mojej ukochanej piosence. Ten sam klimat degradacji otoczenia, wywołujący przygnębienie i chłód w związku, co u Springsteena, choć on śpiewał o mieścinie w Pennsylwanii, a nie o okolicach Detroit – i ta sama magia.

Pora odpłynąć po raz kolejny all the way down the telegraph road, tym razem w wersji studyjnej.

Kiepsko wydziergane

Nowy Rok dobrze zacząć od czegoś miłego i optymistycznego, dlatego powstrzymałem się od napisania na parę irytujących tematów – aż znalazł się lepszy.

Nowy Rok spędziłem głównie na słuchaniu Trójki i śledzeniu, jak sobie radzą w kolejnym wydaniu Topu Wszech Czasów moi wybrańcy (poradzili sobie tak sobie, mówiąc szczerze). Po zakończeniu rozpoczęły się rozmaite dyskusje (głównie pod znakiem „nudno, znów te same piosenki i w prawie tej samej kolejności”), ktoś rzucił hasło, że brakuje utworów najnowszych, XXI-wiecznych (a Adela, to pies?). I tak od słowa do słowa, ktoś wrzucił.

Nigdy o tym wykonawcy wcześniej nie słyszałem (tytuł utworu brzmi jak prowokacja pod adresem paru uroczych znajomych specjalizujących się w dzierganiu, motto rodowe: All you knit is love). „W kiepsko wydzierganym swetrze” ma może bardzo nieskomplikowaną linię melodyczną zwrotki, ale frazy, jakie wrzucają między zwrotkami, zapadają w pamięć bardzo głęboko, że chce się solidnie zakarbować wymyślną nazwę: mewithoutYou.

Może to kiepsko wydziergane, ale za to jak zagrane. In a Sweater Poorly Knit.

 

Etiuda na sample, perkusję i parę riffów

To na pewno nie jest najbardziej znany utwór Lao Che. Nawet nie wiem jak bardzo to znany utwór Lao Che (choć był dość wysoko na LP3) ani jak bardzo ceniony w kręgach fanów i recenzentów. Mnie się jednak tak mocno kojarzy z tym zespołem, jak chyba żaden inny. 

A przecież jak wziąć i dobrze ścisnąć, to w tym utworze w zasadzie nic nie ma, ot jak w tytule. Trochę gitar, perkusja i wyimki ze starych polskich filmów. Ale jak to jest poskładane, coś z niczego, wszystko na swoim miejscu, i przecież nie chodzi o ten tanio wyglądający chwyt z prostymi robociarskimi słowami. 

Po prostu stary tygrys to lubi bardzo. I tylko tytuł dziwny – Hiszpan.

Chodźcie

Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem (i losowy przegląd na YT właściwie skłania mnie do myśli, że nic w tym dziwnego, na trzy próbnie odsłuchane utwory żaden nie przypadł mi do gustu). Ten kawałek sprawia jednak, że ciary idą po plecach od pierwszej do ostatniej chwili, i właściwie nie wiem dlaczego.

Bo gitarki tną fajnie, ale ileż jest kapel gitarowych. Bo mają oryginalny (dosyć) koncept z akordeonem w składzie, ale przecież wcale go tam wiele nie ma (nie przez cały czas) i wcale nie jestem jakimś szczególnym fanem Mozila. Bo zaciągają w wolnych partiach jak Oasis, ale sam kontrast to za mało. Bo mają jakąś seksowną blondynkę w teledysku, ale przecież za pierwszym razem trafiłem na nich w radio…

No dobra: to kolejni, którzy mnie kupili perfekcyjnie rozplanowanym rytmem. A że piątek wieczór jest, to chodźcie teraz ze mną i Kongosami