Szybko się doczekałem

Nie dalej jak na początku miesiąca skrytykowałem politykę handlową National Geographic przy okazji przedłużania prenumeraty miesięcznika. Napisałem wtedy, że „poczekam aż kolejny przedstawiciel handlowy wygrzebie mój numer w bazie i zaproponuje mi roczną prenumeratę za jakieś 7-8 zł za egzemplarz prenumeratorski„. 

No i wczoraj (jak ten wieczór szybko minął) dostałem telefon, z ukrytego numeru, w przypływie dobrego nastroju odebrałem. Handlowiec z NG zaproponował mi roczną prenumeratę, w której egzemplarze prenumeratorskie dostanę za 7,75 zł sztuka, bez konieczności dokupywania w zestawie kubków czy innych bezcennych wydawnictw. Za to mam podobno gratis jakieś ebooki, nie mam pojęcia jakie, choćby i Martyny Wojciechowskiej, zaczekam aż dostanę maila. 

Jeszcze nie płaciłem, więc teoretycznie mogę się rozmyślić – ale jak widać, opłacało się olać pierwotne propozycje. Ekhm, ciekawe czy z telefonem też mi się tak uda, kończy mi się umowa terminowa…

Tanie sztuczki National Geographic

Jakiś rok temu zgodziłem się na ponowną prenumeratę National Geographic (kiedyś prenumerowałem ładnych parę lat), po tym jak przedstawiciel handlowy (w lekkiej desperacji) zaproponował mi ją za pół ceny czy coś koło tego. Otrzymywałem, przeglądałem bez entuzjazmu (czy tylko ja mam wrażenie, że tematy są znacznie mniej interesujące, żeby nie powiedzieć: pismo jest nudniejsze niż kiedyś?), i pamiętając odwieczną politykę handlową NG (pal licho kto jest wydawcą) spodziewałem się w ostatnich miesiącach okresu prenumeraty wzmożonych ofert jej kontynuacji. Nie pomyliłem się, co najmniej od przedostatniego numeru pojawiły się ulotki promocyjne pt. Oferta specjalna dla kontynuacji. 

Pojedynczy numer NG kosztuje 13 zł (do licha z grosikami). W ofercie rocznej, wersja 1, proponują de facto 10 zł za egzemplarz kioskowy (bez specjalnego dodatkowego artykułu dla prenumeratorów). Niby jakiś bonus, ale mały (jak na aktualną ciekawość pisma). Żeby więc wzmocnić atrakcyjność, dowiadujemy się, że ta oferta jest rewelacyjna, bo oszczędzamy na niej aż 116 złotych. Nie umiecie się doliczyć jak to możliwe? No tak, nie napisałem o jednym elemencie oferty: dostaje się kubek z limitowanej kolekcji NG, z grafiką przedstawiającą półgębek lwicy (chyba, kocisko jakieś trudne do stuprocentowego rozpoznania, zresztą zobaczcie sami). Żeby kupić kubek za 80 zł, to przedtem musiałbym zostać solidnie stuknięty w głowę, choćby i kubkiem. 

Dla ciekawskich: jest jeszcze opcja prenumeraty rocznej za 11,50 za egzemplarz (prenumeratorski) z „gratisowym” zbiorem pięciu roczników NG na DVD oraz trzyletniej po 8,33 za egzemplarz (cholera wie jaki). To ja, mówiąc szczerze, dziękuję, poczekam aż kolejny przedstawiciel handlowy wygrzebie mój numer w bazie i zaproponuje mi roczną prenumeratę za jakieś 7-8 zł za egzemplarz prenumeratorski. A że będę miał przerwę? Płakać nie będę…

Poczta i koza

Ilekroć czytam (a w ostatnich tygodniach jest o tym sporo) o problemach związanych z nowym operatorem pocztowym zajmującym się doręczaniem korespondencji dla sądów i prokuratur, to przychodzi mi do głowy stary poczciwy szmonces, w którym pewien udręczony Icek przychodzi do rabbiego i mówi „Rebe, ja już tak nie mogę, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, i teściowa, co robić?” Rabin mu w odpowiedzi kazał kupić kozę. Po jakimś czasie Icek przychodzi znów do rabbiego i jeszcze bardziej udręczony mówi „Rebe, ja już nie wytrzymam, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, teściowa i jeszcze ta śmierdząca koza, co robić??” Rabin kazał mu wtedy sprzedać kozę. Po jakimś czasie przychodzi znów Icek do rabbiego i mówi „Rebe, sprzedałem tę kozę, jaki ja jestem szczęśliwy!!”

Do niedawna Poczta Polska robiła za dyżurnego chłopca do bicia – a to że droga, a to że powolna, a to że nienowoczesna, a to że przesyłki gubi, a to że listonoszom nie chce się przesyłek pod drzwi nosić i od razu awiza zostawiają, a to że nie sprawdzają prawidłowości i aktualności adresów (moja ulubiona sytuacja to ta, kiedy listonosz „awizował” przesyłkę w całkowicie wyburzonym budynku, nikogo chyba nie dziwi, że adresat nie odebrał tak awizowanej przesyłki, która została odesłana do sądu jako „niepodjęta w terminie”). Odkąd mamy jednak – od Nowego Roku – nowego operatora, natychmiast stał się on obiektem nowych sensacji. Wielu bulwersuje już sam fakt, że oto poczta nie jest pocztą (choć po dziś dzień jej placówki są zwane urzędami pocztowymi), innych bawi (lub oburza)… nietypowość placówek, w których niejeden raz przyjdzie odbierać pocztę. Mnie bawią wynurzenia kolegów po fachu, że oto muszą stać w długich kolejkach np. w biurach podróży, które znajdują się przy ulicach naszpikowanych kancelariami, albo pań mecenas w garsonkach i na obcasach, które z obrzydzeniem poszukują punktu odbioru gdzieś w magazynach. Mniej zabawne jest oczywiście, kiedy punktów odbioru długo szuka się we wskazanej lokalizacji (nie zawsze znajdując), kiedy są one umiejscowione dużo dalej niż by mogły i powinny (wbrew wymogom specyfikacji przetargowej nie w każdej gminie znajduje się punkt odbioru), kiedy listonosz puka o dziwnych porach (odnotowałem już 19.30, w biurze) kiedy korespondencja zamiast codziennie jest odbierana i doręczana raz-dwa razy na tydzień – jeden z adwokatów mało się nie załamał, kiedy zamiast około dziesięciu przesyłek dziennie jak zwykle, dostał po dwóch tygodniach suszy jednorazowo ich 125 (słownie sto dwadzieścia pięć), co oznaczało niesamowitą kumulację terminów do załatwienia…

Nowy operator zapewne z czasem się wyrobi (każde wielkie wdrożenie przechodzi okres wieku niemowlęcego, ostatnim przykładem był w USA portal ubezpieczenia medycznego), chyba że do tej pory zostanie karnie wyrzucony za niewywiązywanie się z umowy. Nieraz się zastanawiam patrząc na to wszystko, czy ta przegrana w przetargu nie była majstersztykiem marketingowym Poczty Polskiej – ośmieszyć konkurenta i poprawić swój wizerunek, podrzucając nam kozę? Może nie, ale już tęsknimy za chwilą, w której kozy się pozbędziemy.

Życie telemarketera, czyli rozmowa z klientem

– Dzień dobry czy pan X?
– Tak.
– Dzwonię z firmy ABC, czy mogę panu zająć chwilę…
– Proszę.
– Dziękuję bardzo. Firma ABC przygotowała dla pana niezmiernie interesującą ofertę…
[opisać znakomity produkt]
[opisać zalety nabycia produktu]
[opisać najkorzystniejszy wariant proponowany klientowi]
…co pan na to?
– Zupełnie nie jestem zainteresowany, ale nie chciałem panu przerywać. 

Idiotyczna pseudotroska PKP o pasażera

Jadę sobie do Wrocławia. Wpadam na Dworzec Główny w Katowicach (od strony nieremontowanej) na piętnaście minut przed odjazdem, widząc brak (w zasadzie) kolejki do kasy oddycham z ulgą, że nie będę musiał szukać konduktora. Mówię „poproszę do Wrocławia na 9.20”, wyjmuję od razu banknot stuzłotowy. Po chwili ze zdziwieniem widzę na wyświetlaczu kwotę przewyższającą setkę, myślę sobie: może jak zwykle kłamali na stronie PKP co do ceny biletu, dorzucam dwie dychy. Po chwili moje zdziwienie się podwaja, bo pani w kasie dziwnie na mnie patrzy i mówi „przecież pan dał stówę”. Nie do końca rozumiem o co chodzi, odbieram bilet i resztę, dziwię się po raz trzeci, bo bilet kosztuje zaledwie 36 zet (przy czym kwota na wyświetlaczu tak ze sto pińdziesiąt), zaczynam się zastanawiać, czy to jakaś taryfa last minute. Wczytuję się w bilet i widzę, że pani radośnie sprzedała mi nie na ekspres 9.20, tylko na TLK 9.36 (którym – drobiazg – na miejscu nie zdążę). Wracam do okienka (wciskając się z boku komuś dziwiącemu się właśnie, że terminal do kart działa inaczej niż zwykle, nie wnikając w szczegóły), mówię że chciałem na 9.20, a pani patrzy na mnie złowrogo i mówi, że „takiego pociągu nie ma!” (w niczym jej nie przeszkadza fakt, że w międzyczasie zapowiedzieli go dwa razy). Do odjazdu tylko pięć minut, jestem podenerwowany, a pani wyprowadza Cios Ostateczny:
– Ale pan wie, że taki bilet na ekspres kosztuje prawie sto złotych?

Zadziwiony po raz szósty, odbieram po chwili zapłacone wcześniej 36 zł (i tak by chyba nie zdążyła już wystawić), pędzę na peron, wsiadam, wypatruję konduktorki, szczęśliwie wsiadła akurat tam, gdzie stałem. Kiedy pociąg ruszył, uprzejmie proszę o wystawienie biletu, a ta troskliwie pyta: 
– Ale pan wie, ile kosztuje bilet, miejscówka, opłata za wystawienie?

Noż kufla brać, nie rozumiem, skąd się bierze takie traktowanie ludzi jak ostatnich idiotów – że wsiadają do pociągu ekspresowego nie wiedząc ile kosztuje bilet. Chyba że obowiązuje domniemanie, że jak se znalazł w Internecie cenę, to kupi przez Internet albo weźmie auto…

PS Tylko idiota w PKP mógł wpaść na pomysł konieczności zarejestrowania się w systemie Intercity przed zakupem biletu (co chyba tłumaczy, dlaczego wyszukiwarka połączeń nie zawiera prostej opcji „kup bilet”) . Powtarzam: tylko idiota, we Włoszech mogłem kupić bilety na ichniejsze Intercity w automacie na dworcu w pipidówie, skląć automat i siebie, a potem w automacie skorygować rezerwację. 

PS 2 Boję się, co będzie jak będę wracał. Nie wiem o której dokładnie będę wracał, więc nie bardzo mogę kupić z góry w ciemno, a stać potem w kolejce żeby zmienić bilet… dziękuję, tym bardziej nie. 

PS 3 Proszę docenić, że nie nabluzgałem pani w kasie Intercity, byłoby w pełni uzasadnione.

Staromodny jestem?

– Halo, czi Kuba?
– A kto mówi?
– Jeśli nie Kuba, moje nazwisko Pana nic nie powie..

Skróciłem genialny dialog dudkowski do maksimum, bo i tak wszyscy znają, a jak nie znają to wyguglają, a jak i nie to niech się wstydzą lub rozpaczają, do wyboru. Nie jest celem tej notki akurat delektowanie się tym skeczem, służy on tu tylko jako krótkie wprowadzenie.

Dostałem parę minut telefon. Numer nieujawniony, ale odebrałem, bo w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo kto i dlaczego się nie ujawnia. A tu w słuchawce damski głos z taśmy pyta mnie bez wstępów: „Czy to Pan X (tu nawet moje nazwisko)? Jeśli tak, wciśnij 1. Jeśli nie, wciśnij 2..” Potrzebowałem całych trzech sekund, żeby wybrać właściwą odpowiedź – rozłączyć się.

Nie wiem, co za firma uruchomiła taką yntelygentną infolinię, przy pomocy której chciała mi coś przekazać (nieważne, czy załatwić moją sprawę, czy wcisnąć mi bezcenny nowy produkt). Firma, która nie zaczyna od przedstawienia się, załatwi ze mną niewiele.

Ciekawe tylko, jak system zinterpretował odpowiedź. W sumie: „A pies ci mordę lizał!”.

Internetowe sklepy z oponami lecą w gumę

Potrzebowałem po zimie kupić nowe opony letnie. Jeszcze w marcu przejrzałem szybko dostępne modele, wyrobiłem sobie pogląd na relację ceny do jakości i wybrałem określony model. Tak uzbrojony udałem się na zakupy, uznając e-sklepy za odpowiednie miejsce (ceny niższe, a za transport całego zestawu już się zwykle nie płaci).

Zacząłem – taką małą świecką tradycją – od Znanego Internetoweogo Dystrybutora. Z aprobatą zobaczyłem, że „mój” model jest dostępny w ciągłej sprzedaży, więc szybko zamówiłem i czekałem na realizację. Niestety, następnego dnia dostałem telefon, że moje opony system pokazuje jako dostepne na bieżąco, ale niestety chwilowo moich opon brak – i będą prawdopodobnie za dwa tygodnie (a na razie oferują mi zastępczo inny model, nic to że droższy, za to słabiej testowany). Uprzejmie się rozmyśliłem i zacząłem szukać alternatywnego dostawcy, wykorzystując strony internetowe jako jedynie źródło danych kontaktowych i preferując bardziej szybszy w efekcie kontakt telefoniczny. Następny sprzedawca okazał się mutacją Znanego Internetowego Dystrybutora, z tym samym problemem. Kolejny sprzedawca oświecił mnie, że chwilowo „mój” model jest w Polsce praktycznie niedostępny, bo cała produkcja idzie do krajów zachodnich, żeby tam obsłużyć wiosenną wymianę opon; ponieważ budził zaufanie (i był dodatkowo nieco tańszy), zamówiłem tam ze świadomością, że i tak trzeba zaczekać jakąś chwilkę.

No i czekałem. Po jakichś dwóch tygodniach (kwiecień już był w pełni) zadzwoniłem zapytać, co słychać – i ku swojej konsternacji dowiedziałem się, że spodziewany termin dostawy mojego modelu to koniec maja (termin dostawy może ulec zmianie), a poza tym nawet jeżeli dotrą, to i tak będą w innej cenie, niż w moim zamówieniu. Współpraca z tym sklepem zakończyła sie z szybkością światła, rozpoczęły się coraz bardziej gorączkowe poszukiwania (bo słońce przygrzewało, a ja się uparłem). Odnalazłem kolejny e-sklep z siedzibą w Warszawie, którego system pokazywał dostępność 8 sztuk poszukiwanych opon. Natychmiast zadzwoniłem się upewnić, że tych 8 sztuk nadal jest w magazynie i że 4 z tego mogą być przeznaczone dla mnie, a po pozytywnej odpowiedzi niezwłocznie dopełniłem zamówienia, z uruchomieniem karty kredytowej włącznie. Kto jeszcze jest zaskoczony, że następnego dnia rano dostałem smsa, iż owych 8 sztuk jest już nieaktualne?

Znalazłem jeszcze jeden sklepik, nie budzący zaufania na pierwszy rzut oka (w istocie nie podawał nawet swojego rzeczywistego adresu, numer telefonu był jedynie komórkowy i trudno się było dodzwonić). Kiedy uzyskałem połączenie, rozmówca lekko zdziwionym właściwie tonem potwierdził, że oferowane 4 sztuki nadal posiada, i że wyśle je wkrótce po otrzymaniu przelewu (brak opcji płatności kartą). Niby to tylko trochę pieniędzy i cztery kawałki gumy, ale przyznam, że następnych parę dni było dość stresujących – czy po wysłaniu pieniędzy znowu nie dostanę radosnego komunikatu, że zamówionych opon brak. Odetchnąłem z ulgą dopiero kiedy dostałem telefon z warsztatu, że kurier jest dostarczył.

Nazwy sklepów, które poleciały sobie w gumę, zachowam dla siebie. Pozwolę sobie natomiast wyrazić wdzięczność niewielkiemu sklepowi Superopona.pl z wielkopolskiej Opalenicy – za odrobinę normalności. Mała rzecz, a.. super.

Fail roku, czyli nie drażnić prawników

Była sobie lista dyskusyjna przeznaczona dla prawników, prowadzona (od strony technicznej) przez wydawnictwo prawnicze. Działała jeszcze w ubiegłym wieku, czytały ją setki prawników (akurat kiedyś dostałem w tej kwestii informacje z pierwszej ręki, czyli od administratora), dziesiątki dyskutowały. Pojawiały się od czasu do czasu incydentalne pytania o zmianę czy poszerzenie formuły, ale generalnie większości było dobrze jak było.

Do czasu jednak. Wydawnictwo postanowiło wyjść naprzeciw nowoczesnym potrzebom świadomych klientów i wymyśliło forum z bajerami (tworzenie profili uczestników itepe). Żeby się zaś klienci nie męczyli, postanowiło zamknąć listę dyskusyjną, uprzejmie powiadamiając o tym jej uczestników z niespełna czterodniowym wyprzedzeniem. Cóż. Po pięciu godzinach od powiadomienia, założona została nowa lista dyskusyjna, po dwunastu godzinach od jej założenia zapisanych było już stu użytkowników. Na forum zaś, w części specjalnie przeznaczonej dla użytkowników listy, pojawił się raptem jeden wątek, o charakterze informacyjny raczej; nie wiadomo ilu uczestników zarejestrowało się na nowym forum (cóż, wydawnictwo nie pomyślało o automatycznym przyznaniu dostępu wszystkim uczestnikom listy).

Jak to ujął jeden z weteranów listy, którego zacytuję anonimowo: „Nie minie dzień i wszyscy aktywni dyskutanci z listy liczącej przeszło 10 lat pójdą sobie. Co za fail ;)”