Ułameczki i zaokrąglenia

W poprzedniej notce napisałem:
komputer wyrzuca notę liczoną z dokładnością setnych punktu, przez co różnice między zawodnikami mogą być „o włos”

Pisząc te słowa nie znałem jeszcze wyników rywalizacji w parach tanecznych, transmitowano bowiem akurat rywalizację solistek, a finał par pokazywano z odtworzenia parę godzin później. Zerknąłem dopiero dziś rano (podczas oglądania pokazów), i aż mi szczęka opadła. Czwartą parę od medalu dzielił niecały punkt. Różnica między trzecim a pierwszym miejscem wynosiła raptem sześć setnych (0,06) punktu…

W tym miejscu natychmiast przypomina się nasz olimpijski dowcip o długości bródki. Tam różnica między zwycięzcą a „przegranym” (w cudzysłowie, bo jednak mówimy o wicemistrzu) wynosiła mniej niż możliwości pomiarowe podstawowego zegara, ba! Holendrzy pisali nawet, że mniej, niż różnica czasu, przez który sygnał startera biegł do ucha ich zawodnika. Wtedy zastanawiano się, czy należało w ogóle sięgać do dodatkowego pomiaru leżącego poza granicą percepcji, czy też może przyznać ex aequo dwa pierwsze miejsca. Precedensem był bieg narciarski na 15 km na igrzyskach w Lake Placid, kiedy to Mieto przegrał z Wassbergiem o niezauważalne 0,01 sekundy, po czym podjęto decyzję o mierzeniu czasów z dokładnością do 0,1 sekundy (wtedy, dodajmy, były w zasadzie wyłącznie biegi indywidualne, więc fotokomórka nie mogła o niczym rozstrzygnąć).

Gdyby więc wyniki w konkurencjach łyżwiarskich zaokrąglano z dokładnością nie do setnych, tylko do dziesiątych części punktu, to trzy najlepsze pary miałyby ten sam wynik, po 175,4 pkt. Ponieważ jednak wszyscy wolą raczej, by rywalizującym przypisać miejsca indywidualne, to kolejność byłaby zapewne rozstrzygana przy pomocy kryterium dodatkowego. Nie sprawdzałem aktualnego regulaminu ISU, ale kiedyś decydujące znaczenie miało miejsce w programie dowolnym – co w tym konkretnym przypadku oznaczałoby, że mistrzowie zamieniliby się miejscami z brązowymi medalistami…

Dla porządku dodajmy jeszcze, że w zasadzie tylko w parach tanecznych były aż takie małe różnice – oprócz tego tylko męskie złoto rozstrzygała różnica 0,4 pkt, pozostałe różnice w strefie medalowej zaczynały się od trzech punktów, a w rywalizacji solistów między podium a resztą ziała przepaść trzydziestopunktowa.

Skaczące cyferki

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych reform sportowych w ostatnich latach była zmiana sposobu punktowania w łyżwiarstwie figurowym. Względnie prosty i elegancki system, w którym sędziowie podawali po prostu dwie oceny, jedną za wartość techniczną, drugą za wrażenia artystyczne, gdzie maksymalną notą była szóstka (ze stopniowaniem w dół o dziesiąte części punktu), zastąpiono systemem całego szeregu pojedynczych ocen, które następnie są pracowicie przeliczane na łączne noty „za wartość” i „za wrażenie”. Pretensje są różnego rodzaju – na gruncie tradycji (gdzież są niegdysiejsze szóstki), na gruncie „nie wiem jaki sędzia dał jaką notę” (słyszałem podczas tegorocznych Igrzysk z ust pewnej sędzi, aczkolwiek po skandalu z Salt Lake City lepiej byłoby akurat tego argumentu nie używać, w obecnym systemi punktuje bodaj dwunastu sędziów, po czym komputer losowo wybiera z nich siedmiu branych pod uwagę), wreszcie na gruncie „kompletnie nie wiadomo skąd się wzięły takie czy inne noty”.

Przyznam, że ten ostatni argument zawsze budził moje zdziwienie. Właśnie w systemie poprzednim nigdy nie byłem w stanie zrozumieć (choć szkolenia sędziowskiego nie przechodziłem), jak właściwie przekłada się jakość potrójnego salchowa na to, czy ostateczna nota będzie wynosiła przykładowo 5.2, czy 5.3. Dziś podstawowa wartość każdego elementu wynika z tabeli wartości punktowych (specjalny sędzia ocenia, jaki element został wykonany), do sędziów należy wyrażenie wyłącznie oceny o jakości każdego elementu w formie punktów dodatnich lub ujemnych, dodawanych do wartości podstawowej. Potem tylko trochę matematyki… i komputer wyrzuca notę liczoną z dokładnością setnych punktu, przez co różnice między zawodnikami mogą być „o włos”. 

Dziś rano włączyłem z głupia frant telewizor, na chwilę przełączyłem na Eurosport, akurat były skróty z mistrzostw świata. W lewym rogu ekranu zauważyłem nowość, niewielką tabelkę, w której podano notę (techniczną) liderów oraz napis „bieżąca” („current”). Pomyślałem sobie: czyżby w dobie wszechobecnych komputerów ktoś wreszcie pomyślał o podawaniu na bieżąco not wystawianych przez sędziów? I nie pomyliłem się: w trakcie przejazdu w okienku zaczęły się pojawiać cyferki, pokazujące aktualną sumę punktów przyznanych przez sędziów. Nie mam pewności, czy najpierw podawano wartość bazową, a potem korektę, ale na pewno dostarczono kibicom dodatkowych emocji, zarazem zwiększając przejrzystość (choć opóźnienie utrudnia ocenę, ile punktów akurat przyznano za tego potrójnego salchowa).

Który system jest lepszy, to będą jeszcze długo trwały spory. W nowym systemie można ustanawiać rekordy punktowe za coraz trudniejsze programy, ale rozumiem tych, którzy wzdychają za niepowtarzalnym widokiem rzędu szóstek.

Pięćdziesiąt procent Apoloniusza Tajnera

Igrzyska dobiegły końca, wszystkie medale wydano, właśnie rozpoczyna się ceremonia zamknięcia. Liczby mówią, że udały się nam te Igrzyska, potroiliśmy ilość złotych medali zdobytych zimą, zdarzało się zdobywać i dwa medale dziennie – a i tak pozostaje… niedosyt.

Przed Igrzyskami śmiechów było co niemiara, kiedy Apoloniusz Tajner rzucił w mediach, że mamy dwanaście medalowych szans. Mówiąc szczerze, nie wiem (i nie chce mi się szukać), które dokładnie konkurencje miał na myśli, przemyśliwam od paru dni, co mógł i powinien był mieć.

Więc najpierw skoki, bo w końcu to Tajner. Liczenie na co najmniej po jednym medalu w konkurencjach indywidualnych było jak najbardziej na miejscu (choć liczenie na więcej niż jeden w konkursie to podchodziło pod marzycielstwo… albo wymagało „dnia konia” jaki miał choćby Ziobro w Engelbergu, a to trudno potraktować jako bardzo realną szansę). W drużynie zaś, jak analizowałem niedawno, zabrakło nam do medalu jednego przyzwoitego skoku. Szansa była jak najbardziej (nawet i na złoto, drugą serię wygrali), długo chłopaki będą jej żałować.

W biegach właściwie mogliśmy liczyć na medal w każdym starcie Justyny Kowalczyk, czyli w co najmniej trzech (oczywiście, nie wiedząc o złamanej kości stopy). No, może z wyjątkiem sztafet, choć – jak się na miejscu okazało – gdyby Niemki zderzyły się ze Szwedkami… to kto wie, ale realnie rzecz biorąc, to nie było sensu tego rozważać z wyprzedzeniem (zwłaszcza że koncepcja wystawienia w sprincie Sylwii Jaśkowiec powstała chyba dopiero na miejscu, a w innym składzie to może i w finale by nie pobiegły). 

Szanse medalowe mieliśmy w zasadzie w każdym występie biathlonistek (z wyjątkiem sztafety mieszanej, oczywiście, choć oddawały pałeczkę panom na czwartym miejscu). W końcu Weronika Nowakowska-Ziemniak była o jeden strzał od medalu w sprincie, Monika Hojnisz o tyleż w biegu indywidualnym. Krystyna Pałka i Hojnisz perfekcyjnie strzelały w innych występach, wtedy zabrakło trochę biegowo (lub nieco pecha rywalek na strzelnicy), skończyło się na miejscach w pierwszej dziesiątce. Trudno w takich warunkach nie myśleć o szansie w biegu pościgowym, nie chodzi wszak ostatecznie o to na ile się udało. W sztafecie zaś… może wskazana była największa ostrożność, poprzednim razem już dość krwi biathlonistkom napsuto, w ogóle te sztafety bywały strasznie pechowe. Tym razem pech znów ich nie oszczędził, jakiś niewyobrażalny defekt karabinu załatwił siedem niecelnych strzałów na pierwszym już strzelaniu, gdyby tam poszło tak jak można było oczekiwać (czyli z góra jednym niecelnym), to czas wskazywał na miejsce na podium…

Jak zliczymy to co powyżej, to mamy jedenaście szans. Tajner jest trenerem związku narciarskiego, więc może jako dwunastą liczył (niezbyt zasadnie) na narciarkę w ski-crossie? Poprawiła się względem Vancouver o jedno miejsce, w strefie medalowej pojawiała się niezmiernie sporadycznie, więc ja bym jej jako szansę nie liczył.

Igrzyska zimowe nie tylko jednak nartami stoją. Może to wielkie zaskoczenie, ale dyscypliną, która przyniosła nam tym razem najwięcej medali, było łyżwiarstwo szybkie. Trzy medale i wszystkie nieprzypadkowe (w końcu w biegach drużynowych na starcie ma się 37,5% szans na medal, zwłaszcza jak nie trafia się od razu na Holendrów). Zostawiam fachowcom oceny, czy Bachleda-Curuś, Bródka czy Niedźwiedzki mieli realne szanse w biegach indywidualnych, czy nie, czy tych szans było więcej niż te trzy zamienione na medale.

Łącznie jest więc tych szans co najmniej czternaście, Apoloniusz Tajner wykazał się więc wstrzemięźliwością. Zawodnicy spisali się „na medal”, zamieniając z tej prognozy co drugą szansę na medal. Niedosyt… może nawet oznaczać, że się rozpaskudziliśmy, w dwa tygodnie zdobyliśmy więcej medali niż przez cały ubiegły wiek. Nie ma co uważać, że ci, którzy obeszli się smakiem, zawiedli, w końcu w sporcie zawsze ktoś musi przegrać, nawet jakby większość. Dość powiedzieć, że z Soczi bez medalu – jakiegokolwiek – wyjechali Simon Ammann, Sara Takanashi, Shaun White, Aksel Lund Svindal, Shani Davis, Petter Northug czy Aleksander Owieczkin…

Życzmy sobie lepiej, żebyśmy za cztery lata mieli nie mniej realnych szans. 

O ważkim problemie liczenia tysięcznych

Furorę w Internecie robi dziś nowa jednostka miary 1 Bródka = 0,003 sekundy. To oczywiste nawiązanie do dzisiejszego, równie pięknego co nieoczekiwanego, wyniku Zbigniewa Bródki w łyżwiarskim biegu na 1500 metrów (konkurencji będącej naszą narodową specjalnością właściwie, zdobyliśmy w niej już wcześniej dwa medale olimpijskie, nic to że 54 lata temu). Z pierwszego pomiaru wynikało, że taki sam czas jak Polak uzyskał jadący w ostatniej parze Holender – dopiero wtedy nastąpiło sprawdzenie o jeden rząd dokładniejsze i dokładnie o trzy tysięczne sekundy Bródka okazał się szybszy.

Internet zdążył już także pomierzyć, że te trzy tysięczne sekundy oznacza (przy prędkościach uzyskiwanych przez łyżwiarzy na tym dystansie) przewagę dokładnie 4,26 centymetra. Nie mam pewności, czy Internet zdążył już w takim razie stworzyć memy, że gdyby Holender wyhodował sobie pięciocentymetrową bródkę, to na mecie zmierzono by go wcześniej… 

Nikt jednak w zasadzie nie dostrzega zasadniczego błędu w rozumowaniu. Gdyby bowiem Bródka był o te trzy tysięczne sekundy wolniejszy, lub Holender o tyleż szybszy, lub… w każdym razie gdyby nie było między nimi tych trzech tysięcznych sekundy różnicy, to Bródka nadal miałby złoty medal – ex aequo z Holendrem. Na tych Igrzyskach mieliśmy już wszak dwa złote medale w biegu zjazdowym kobiet (w narciarstwie alpejskim mierzy się czas z dokładnością tylko do setnych sekundy). Dopiero czwarta tysięczna mogła pozbawić Bródkę złota, a nas – wspaniałej radości (choć prawdę mówiąc, ze srebra cieszylibyśmy się niewiele mniej, ale ileż byłoby niedosytu, gdyby o te trzy tysięczne przegrał). 

Gratulacje dla pierwszego polskiego mistrza olimpijskiego w łyżwiarstwie!

Łyżwy świata

Ten tydzień upływa w domowym telewizorze pod znakiem transmisji z łyżwiarskich mistrzostw świata (dlatego nie oglądam meczów pucharowych ani tenisowych, cóż, zasad dostępu należy przestrzegać), zwłaszcza odkąd odkryłem, że prawie wszystko można za darmo obejrzeć na Rai Sport Uno lub zwłaszcza Due (czy można gdzieś płatnie obejrzeć, nie mam pojęcia, do tego etapu poszukiwań nie dotarłem). 

Właśnie zerknąłem na wyniki połowy finału (nie mylić z półfinałem) rywalizacji mężczyzn i byłem urzeczony. Nie, nie poziomem rywalizacji czy efektownością upadków (to często równie widowiskowa konkurencja, jak porównywanie skoków udanych). Zauroczyło mnie, że w finale, nawet jeżeli w ostatniej szóstce, wśród 24 najlepszych zawodników świata, znaleźli się reprezentanci takich potęg łyżwiarskich, jak Uzbekistan, Filipiny i Monaco. Za to właśnie kocham wielkie imprezy. (Gdybyście chcieli zapytać, czy wśród potęg była Polska… akurat w tej konkurencji nasz zawodnik zakończył występ na miejscu 25).

A na pewno w pamięci zostanie Piratka Na Lodzie, czyli Aljona Leonowa: brawurowa, kipiąca radością (zwłaszcza po udanych skokach), pomysłowa i perfekcyjna. Finał rywalizacji pań wieczorem, nie wiem czy utrzyma prowadzenie, ale kupiła mnie tym występem (i nie ma w tym, o dziwo, seksistowskiego podtekstu, chyba że przez wymuszenie skojarzenia z Keirą Knightley). Cutthroat!

Komentator musi być kompetentny

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej „X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5”, bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał „bonusu za wiatr w plecy” – że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów – do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..

 

Kto lepszy, kto gorszy

Diogenes spotkał kiedyś na ulicy triumfalny pochód mistrza olimpijskiego. Zapytał go: a z kim wygrałeś, z lepszymi czy gorszymi od siebie? Mistrz odrzekł, że z gorszymi, skoro ich pokonał. Na co Diogenes spytał: skoro wygrałeś z gorszymi od siebie, to z czego się cieszysz? – i wrócił do beczki.

Pytanie, kto jest naprawdę lepszy, wraca w sporcie jak zwariowany bumerang (a my Polacy mamy w tym względzie znaczące osiągnięcia, ze wszelkimi naszymi „moralnymi zwycięstwami”). W ostatnich latach najczęściej pytanie pojawiało się w kontekście Roberta Kubicy, kiedy wszyscy próbowali udowadniać, że jest naprawdę lepszy od Felipe Massy, Jensona Buttona czy innych kierowców prowadzących szybsze bolidy (a w szczególności że jest lepszy od Nicka Heidfelda). Nadejście Igrzysk Olimpijskich spowodowało niemal wysyp nowych takich dyskusji.

Jako pierwszy rozgorzał spór, czy Simon Ammann (i to już po konkursie na średniej skoczni) jest lepszy od Adama Małysza (choć większość to pytanie rozumiała jako „dlaczego Adam Małysz i tak jest lepszy od Simona Ammanna”). Jeszcze się dobrze nie uspokoili wszyscy, a już buchnęło nowe zarzewie – czy Justyna Kowalczyk jest lepsza od Marit Bjoergen? Bo niby w bezpośredniej walce o medale przegrywa, ale wiadomo, że trasy nie są godne Prawdziwych Biegaczek, że wspomaganie lekami na astmę, że wygrała Tour de Ski i na „prawdziwych” trasach w tym sezonie nie ma sobie równych (cóż, Norwegowie zapewne by skontrowali, że w tych biegach, w których startują obie, Bjoergen w tym sezonie zwykle wygrywa z Kowalczyk).

Najbardziej jednak interesujący przypadek dyskusji o lepszości nie dotyczy jednak (na szczęście) naszych reprezentantów. W tegorocznej olimpijskiej rywalizacji łyżwiarzy figurowych liczyło się trzech zawodników: Jewgienij Pluszczenko, Evan Lysacek i Daisuke Takahashi, i ku ogólnemu zdumieniu wygrał Lysacek, pomimo że faworyt Pluszczenko skoczył kombinację poczwórnego toe-loopa z potrójnym toe-loopem (a pozostali ograniczyli się do skoków potrójnych). W Rosji uznano to za oszustwo, i na rozmaite sposoby demonstrowano wyższość Pluszczenki (otrzyma zdaje się złoty medal wytopiony z precjozów zgromadzonych w drodze zbiórki publicznej, sam zawodnik miał tymczasem kazać odlać sobie medal z platyny). Sęk jednak w tym, że nie tyle sędziowie dopuścili się nadużycia w swoim werdykcie, ile Lysacek wycisnął, co tylko się dało, z systemu oceniania – stawiając nie na ryzykowne wykonywanie supertrudnych elementów, ile na perfekcyjne wykonanie tych bardzo trudnych, trudnych i pozostałych, oraz podnosząc sobie możliwe do uzyskania oceny za skoki przez wykonanie ich w drugiej części programu (kiedyś wszyscy zaczynali programy od wykonywania skoków jednego za drugim, aż do znudzenia, dlatego wymyślono taką „premię”). Pluszczenko pojechał zaś – przekonany o przewadze, jaką daje mu skok poczwórny – zgoła niedbale, wykonując skoki (i inne elementy) poprawnie, lecz nie perfekcyjnie, i odpuszczając w jednej z kombinacji wykonanie trzeciego skoku, planowanego jako ledwie podwójny. W końcowym efekcie przegrał o niespełna 1,5 pkt, czyli wykonanie planowanej trójkombinacji dałoby mu złoty medal.

Jewgienij Pluszczenko w piruecie Denise Biellmann

Cóż, słyszałem wiele głosów, że to nie w porządku, żeby mistrzem zostawał zawodnik wykonujący mniej trudne skoki, niż inny (moim zdaniem zresztą żaden z tych dwóch na tytuł mistrza nie zasługiwał, ale to nie Konkurs Chopinowski, gdzie można nie przyznać I Nagrody). Łyżwiarstwo figurowe to jednak nie konkurs skoków akrobatycznych – gdzie wystarczyłoby po kolei puszczać zawodników do wykonania tylko określonego elementu, odrębnie punktowanego (gdzie Pluszczenko nie miałby sobie równych, przynajmniej dopóki nie pojawiliby się tacy, którzy wyspecjalizowaliby się tylko i wyłącznie w efektownych skokach). Przypomina mi się w tym momencie wielokrotna mistrzyni Europy Surya Bonaly, pierwsza czarnoskóra zawodniczka światowego formatu – ona, zwłaszcza przy pierwszych sukcesach, bazowała niemal wyłącznie na skokach, które potrafiła wykonywać całymi seriami (wykonywała też salto na łyżwach, ale go tylko w pokazach, bo na zawodach było nieprzepisowe). Ponieważ zawsze jednak miała problemy z pozostałymi elementami łyżwiarskimi (nie pomagała jej zresztą sylwetka), na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich przegrywała (jej mało zrównoważone programy nie cieszyły się przychylnością sędziów, czasem do przesady i nawet może niesprawiedliwości). Jestem ciekaw, na ile Pluszczenko chciałby się poczuć Suryą Bonaly – jakkolwiek na początku swojej kariery też bazował na wykonywanych seriami skokach i piruecie Denise Bielmann (znacznie jednaj zgrabniej wykonując wszystkie elementy, co wystarczało na wygrywanie imprez europejskich, ale nie dawało zwycięstw na światowych, gdzie ważniejsza była harmonia i perfekcja wykonania wszystkich elementów (czasem nawet kosztem mimo pomyłki w skoku) i wygrywali Jagudin czy Stojko.

Surya Bonaly wykonuje salto

Pozostawiam na uboczu – bo na Igrzyskach Zimowych to trochę rzadsze – przypadki, w których zawodnik osiąga rekordowe rezultaty w biegach eliminacyjnych czy półfinałowych, po czym w finale mistrzem zostaje ktoś z rezultatem słabszym (moglibyśmy co najwyżej wspomnieć o „mistrzach kwalifikacji” w skokach) czy te frapujące przypadki, w których do mistrzostwa w konkurencji wystarczał wynik słabszy, niż w tej samej konkurencji uzyskany w wieloboju (zdarzały się takie przypadki w konkurencjach lekkoatletycznych, acz dawno; ciekawych odsyłam do nieocenionych 500 zagadek olimpijskich Eugeniusza Skrzypka, skąd pochodzi też otwierająca anegdota). Cóż jednak powiedzieć o lepszości mistrza olimpijskiego na 10 km Koreańczyka Lee Seung-Hoon, skoro w biegu był daleko za Holendrem Svenem Kramerem, a tytuł zdobył tylko dzięki temu, że Kramer pojechał przez moment po niewłaściwym torze, i to wyłącznie na skutek błędnej podpowiedzi trenera?

Można spędzić długie godziny na formułowaniu ocen, dlaczego jednego zawodnika uznamy za lepszego niż drugiego. Ale podstawową zasadą zawsze zostanie, że ten, kto zgodnie z przepisami osiągnie najlepszy wynik, będzie mistrzem.