Dywagacji czar

Zonk roku, czyli perypetie regulaminowe Legii Warszawa w Lidze Mistrzów, rozpalają głowy i serca (bardziej serca, przez co głowy cokolwiek się wyłączają). Sprawa jest wbrew pozorom banalnie prosta – Bereszyński nie miał prawa w tym meczu wystąpić, nie było sensu w ogóle wpisywać go do protokołu meczowego, w którym musi się znaleźć 18 zawodników (z potencjalnie 25 graczy potencjalnie dostępnych na tzw. Liście A oraz nieograniczonej liczby młodych graczy dostępnych na tzw. Liście B), a skoro już wystąpił, to przepisy jednoznacznie określają konsekwencje: dodatkowy mecz zawieszenia oraz zweryfikowanie wyniku na 3-0 dla Celticu. 

Dodajmy też od razu, że po weryfikacji wyniku stosuje się normalne zasady rozstrzygania rywalizacji pucharowej. „Sukces” Szkotów bierze się więc stąd, że w dwumeczu wynik jest 4-4 i decyduje ten jedyny gol strzelony przez nich w Warszawie. Gdyby więc Vrdoljak strzelił celnie któregokolwiek z karnych… lub gdyby udało się wykorzystać którąkolwiek z innych sytuacji… Legia wygrałaby ten dwumecz nawet pomimo tak jawnej niekompetencji swoich pracowników. 

Ta sytuacja nasunęła mi pewną myśl. Co by było gdyby – hipotetycznie – Legia wygrała pierwszy mecz nie 4-1, ale 3-0, a następnie w rewanżu przy prowadzeniu też wypuściła na boisku zawieszonego piłkarza? W następstwie weryfikacji wyniku stan dwumeczu wynosi 3-3, bez goli na wyjeździe. Gdyby taki wynik padł na boisku, byłaby dogrywka (i ewentualne karne). A jeśli dogrywki nie zarządzono po drugiej połowie – to drużyny powinny się ponownie spotkać na dogrywkę?

Nie znalazłem odpowiedzi w regulaminach, ale zbyt głęboko nie szukałem.

Co by było gdyby…

Finał Ligi Mistrzów za nami, transfer Lewandowskiego ewentualnie przed nami, nie ustają natomiast dyskusje na temat sędziowania w tymże finale, znów w kontekście Lewandowskiego. Chodzi przede wszystkim o niepokazane czerwone kartki – dla Francka Ribery’ego za rękoczyny (Lewandowski pomagał sobie ręką przy przepychaniu się z Francuzem do piłki, a ten solidnie się odmachnął łokciem w okolice twarzy Polaka) oraz dla Lewandowskiego za nadepnięcie Boatenga (który zaplątał – właściwie brakuje mi dobrego czasownika – swoje nogi w nogę rywala, a ten starając się oswobodzić…)

Osobiście powyższe mnie ani ziębią, ani grzeją, konsekwentnie powtarzam, że interesująca jest ta trzecia „kontrowersyjna” sytuacja, kiedy to Dante gapiowato dosyć wpadł nogami w korpus Reusa; jako że stało się to w polu karnym, to uwaga wszystkich skupiła się (niebezzasadnie) na rzucie karnym, przez co nikt za bardzo nie rozważał podobieństwa tej sytuacji do opisywanego wcześniej (i gorąco dyskutowanego) zdarzenia z udziałem Naniego i Arbeloy, nawet jeżeli dynamika faulu Dante była mniejsza, to miał on już na koncie żółtą kartkę i wyrozumiałość sędziowska miała olbrzymie znaczenie. 

I tu właśnie nadchodzi czas na znakomite dywagacje, które nigdy nie przyniosą choćby prawdopodobnej odpowiedzi. Wyobraźmy sobie, że sędzia sięgnął po jakąkolwiek kartkę po faulu Dante, i oprócz utraty prowadzenia Bayern utraciłby też środkowego obrońcę na ponad 20 minut przed końcem. Zupełnie bezpieczna zda się hipoteza, że Heynckes niezwłocznie puściłby w bój jakiegoś rezerwowego stopera, żeby nie grać z tyłu trójką – pytanie kogo by z boiska zdjął? Strzelca gola Mandzukicia? A może przyszłego (wtedy już niedoszłego) bohatera meczu Robbena, który zaliczył wtedy już asystę, ale tak pudłował niemiłosiernie? Jakąż piękną historię, ba: legendę, można było w ten sposób zepsuć….

Szaleństwo

Szaleństwo właściwie odbywało się przed meczem, bo trójka dortmundzka nakręciła emocje nad Wisłą do rozmiaru kompletnie irracjonalnego.

Szaleństwo było i na boisku, rozpętane od początku przez Borussię, a rywale, gdy złapali oddech, nie byli im dłużni. 

Szaleństwo będzie za chwilę, po dekoracji, na razie szaleństwem jest wrzosowy kostium Angeli Merkel, składającej gratulacje samym swoim (to dopiero fucha, co nie?).

Uwalniając się od szalejących myśli – to był najlepszy finał Ligi Mistrzów odkąd bloguję, a widziałem ten reżyserowany losem angielski, dwa popisy Barcelony, i dwie porażki Bayernu, tę próbną i tę tragiczną. Bez Neuera nic by się nie stało, co się stało, ale trzeba też oddać piłkarzom Borussi, że do najwyższego trudu go nie zmusili, choć w statystykach wyglądało to efektownie. Okazje Bayernu wyglądały lepiej (jak już zaczęli do nich dochodzić), Ribery był tam gdzie trzeba, a Arjen Robben wreszcie wyszarpał upragniony sukces, trzy lata temu w finale mistrzostw świata decydującą sytuację sam na sam z bramkarzem przegrał, tym razem już nie popełnił tego błędu. 

Dortmund nie dał rady Bayernu rozbić na początku, nie wiem czy Goetze by cokolwiek zmienił, Reus z Lewandowskim szaleli, może gdyby to nie był ich pierwszy finał od piętnastu lat, to sędzia nie oszczędziłby Dantego i końcowe dwadzieścia minut wyglądałoby inaczej; niemniej zabrakło w ich efektownej grze kropki nad i.

Cztery drugie?

Robert Lewandowski zajął w Bundeslidze z Borussią Dortmund drugie miejsce. 

Robert Lewandowski zajął w tabeli strzelców Bundesligi drugie miejsce (wyrównał tym samym osiągnięcie Jana Furtoka z 1991 roku, choć strzelił od niego więcej goli).

Robert Lewandowski ma gwarantowane co najmniej „drugie miejsce” w Lidze Mistrzów.

Robert Lewandowski prawie na pewno zajmie co najmniej drugie miejsce w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów (może je stracić tylko w przypadku, gdy nie strzeli dwóch goli w finale, a Thomas Mueller trafi wtedy o trzy razy więcej). 

To tylko takie luźne rozważania, bo Rafał Stec popsuł mi plany napisania sensownej analizy szans Lewandowskiego na… co najmniej drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki FIFA.

Na drugie miejsce Lewandowskiego w eliminacjach mistrzostw świata jakoś się nie nastawiam…

Statystycznie magicznie

Jak powszechnie wiadomo, odkąd istnieje Liga Mistrzów w miejsce starego poczciwego Pucharu Mistrzów (czyli oficjalnie od sezonu 1992/93, choć już rok wcześniej mieliśmy fazę grupową), nikomu nie udało się zdobyć tego trofeum dwa razy z rzędu, choć we wcześniejszym formacie obrona tytułu nie była niczym nadzwyczajnym, nawet w warunkach recydywy (ostatni raz Milan w roku 1990). 

Łatwiej idzie w Lidze Europy (dawniej: Puchar UEFA i inne), nie dalej niż sześć lat temu tytuł obroniła Sevilla, zapewne największym problemem dla każdego zwycięzcy jest zakwalifikować się ponownie – czytaj: nie zakwalifikować się do Ligi Mistrzów (chyba że z tejże uda się do Ligi Europy wylecieć). Ci, którym się ta sztuka nie uda, mają z kolei szansę na wygranie dwóch pucharów po kolei, najpierw Ligi Europy, potem Ligi Mistrzów, udało się to już Porto w latach 2003 i 2004…

Lada moment Chelsea stanie przed niepowtarzalną może okazją zapisania się w historii europejskiego futbolu jako pierwszy klub, który zdobył rok po roku dwa trofea – najpierw wygrał Ligę Mistrzów, a potem Ligę Europy (oczywiście, kiedyś w ogóle nie było to do pomyślenia, bo zdobywca Pucharu Mistrzów nie miał prawa w następnym sezonie wystąpić w jakimkolwiek innym pucharze…). Szansa wydaje się duża, bo ich rywal w ciągu ostatnich pięćdziesięciu (cyfrowo: 50) lat przegrał wszystkie sześć (cyfrą: 6) finałów, w których wystąpił.

Dodam jeszcze, że wszystkie te dublety staną się jeszcze trudniejsze, jeśli kiedykolwiek zostanie wcielony projekt jeszcze większego połączenia pucharów. Chyba żeby wtedy też zrobili puchar pocieszenia dla tych, co zajęli trzecie miejsca w grupach (ciekawe, czy byłby popyt na takie rozgrywki, wśród drużyn i wśród widzów). 

Hiszpański wariant Loewa

Obejrzeliśmy pasjonujące półfinały Ligi Mistrzów, po których rozegrany zostanie wewnątrzniemiecki finał (pomyśleć co by to było, gdyby to akurat w tym roku – a nie w ubiegłym – finał był rozgrywany w Monachium). Już samo to wydaje się sporo mówić o sile niemieckiej piłki, ale w dzisiejszych czasach sukcesy klubów z danego państwa nie muszą się wcale przekładać na siłę reprezentacji, w końcu w zwycięskiej w zeszłym roku Chelsea (cokolwiek by się o ich zwycięstwie nie myślało) z trudem udało się wygrzebać czterech Anglików.

Spojrzenie na składy półfinalistów przyprawia jednak trochę o zawrót głowy. W Dortmundzie: Gundogan, Goetze, Reus. W Monachium: Schweinsteiger, Kroos, Mueller. W Madrycie: Khedira, Oezil.. Nawet biorąc poprawkę na słabszą formę tego czy owego, można sobie zadawać pytanie: jak ich wszystkich zmieścić w jednej drużynie, nawet jeśli Niemcy przyzwyczaili się do gry piątką pomocników? (a przecież nie wspomnieliśmy nawet o zawodnikach z innych klubów…)

A jednocześnie nie widać w niemieckich drużynach dorównujących pomocnikom klasą napastników z niemieckimi paszportami. Oczywiście, jest Gomez, ale nie bez powodu monachijczycy kupili Mandżukicia, chcą (podobno) kupić Lewandowskiego… W trwających eliminacjach do przyszłorocznego mundialu Niemcy strzelili 22 gole – w tym jednego obrońca, trzy wiekowy już Miro Klose, pozostałych osiemnaście padło łupem pomocników. 

Doprawdy, chyba nie pozostaje Niemcom nic innego, jak przyjąć wyjściowe ustawienie wzorowane na Hiszpanach, czyli de facto bez nominalnego napastnika – a jedynie z udającymi go, wychodzącymi do  przodu na zmianę pomocnikami, Goetze, Reus czy Mueller (ten właściwie nieraz jest nazywany po prostu napastnikiem) niewątpliwie będą się w tym czuli znakomicie. Ciekawe czy się spotkają na mundialu.

Wiemy, że nic nie wiemy

Po półfinałach Bayern-Barcelona statystycy nie potrafią się doliczyć, kiedy to ostatnio w półfinale Pucharu/Ligi Mistrzów ktoś wygrał/przegrał siedmioma golami, Ledwo się dokopali, że jakieś 30 lat temu Bayern strzelił w tej fazie siedem goli Bułgarom. 

Nie wiem, czy równie łatwo przyszłoby komukolwiek znalezienie rocznika, w którym w półfinałach najważniejszego pucharu padłoby łącznie czternaście (cyframi: 14) goli. Nawet można szukać w tych mniej ważnych pucharach, też jakoś wątpię. 

I to wszystko w efekcie daje zaskakujący wewnątrzniemiecki finał (w LM pierwszy, czy w PEMK był jakiś… proszę o wybaczenie że o tej porze nie sprawdzam), którego wynik jest sprawą otwartą, pomimo że Bayern pokonał w tym roku Borussię na wszystkich możliwych frontach. Poza tym jednym, oczywiście. Dlatego będzie faworytem – do pierwszego gwizdka. 

A po półfinałach i tak najciekawsze zostaje pytanie, kogo półfinaliści kupią przed następnym sezonem (pytanie „kogo sprzedadzą” może być równie dobrze uzasadnieniem tego najciekawszego pytania, co i jego implikacją). 

Czwórka

W listopadzie 1992 roku Marco van Basten grał w meczu Ligi Mistrzów z IFK Goeteborg (grupowym). Strzelił cztery gole, Milan wygrał 4-0. Parę miesięcy później van Basten odebrał Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza europejskiego (taki – jedynie słuszny – był wówczas format tej nagrody), choć w reprezentacji zawiódł na mistrzostwach Europy, a Milan zdobył jedynie mistrzostwo Włoch (sam van Basten ustrzelił koronę króla strzelców Serie A).

W kwietniu 2010 roku Lionel Messi grał w meczu Ligi Mistrzów z Arsenalem (rewanżowy mecz ćwierćfinałowy). Strzelił cztery gole, Barcelona wygrała 4-1. Na początku następnego roku Messi odebrał Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza świata, choć z afrykańskiego mundialu przywiózł jedynie upokorzenie, a Barcelona nie obroniła triumfu w Lidze Mistrzów.

W kwietniu 2013 roku Robert Lewandowski grał w półfinale Ligi Mistrzów z Realem Madryt.  Strzelił cztery gole, Borussia Dortmund wygrała 4-1. Na razie kropka.

Różne światy sędziowania

Said Owairan, reprezentant Arabii Saudyjskiej, nigdy nie należał do czołowych piłkarzy świata (choć nawet był wybrany najlepszym piłkarzem Azji). Ci, którzy oglądają futbol od co najmniej dwudziestu lat (lub zapoznają się z historią futbolu z tego okresu) na zawsze zapamiętają go jako autora niesamowitego gola na Mundialu 1994, kiedy to Owairan otrzymał piłkę pośrodku swojej połowy boiska i popędził naprzód, mijając czterech czy pięciu Belgów. Wielu porównuje tego gola z legendarną akcją Maradony przeciwko Anglii osiem lat wcześniej, lecz zapomina o jednym drobiazgu: otóż przed mistrzostwami zapowiedziano zawodnikom, że w przypadku wślizgu od tyłu, faul będzie automatycznie karany czerwoną kartką – przez co obrońcy byli znacznie bardziej wstrzemięźliwi w podejmowaniu ryzyka takiego wejścia. 

Znacznie lepiej wszyscy pamiętają zapewne zdarzenia z poprzedniego Euro, kiedy to po meczu Austria-Polska odsądzali od czci i wiary Howarda Webba, który ośmielił się w końcówce meczu odgwizdać „faul co to się go nie gwiżdże” i podyktować karnego przez który wciąż nie wygraliśmy meczu na mistrzostwach Europy. Ostatnio jednak Rafał Stec opisał, że przed Euro sędziowie objeżdżali wszystkie drużyny informując (a przynajmniej próbując poinformować) o przyjętych wytycznych w zakresie interpretacji przepisów – ostrzegając de facto właśnie przed takim zachowaniem, za jakie Webb odgwizdał przewinienie. 

Dwa miesiące temu (jak to zleciało..) w meczu Ligi Mistrzów między Manchester United a Realem Madryt istotną rolę odegrał moment, w którym próbującemu – dość akrobatycznie, wyciągniętą nogą  – przyjąć piłkę Naniemu, pokazano czerwoną kartkę, gdyż wpadł tą nogą wprost na rywala, trafiając go w tułów. Litera przepisów o grze w piłkę nożną przekonuje, że takie zagranie – dość nielogicznie – oceniono jako użycie nadmiernej siły, excessive force (kto o zdrowych zmysłach używałby dużej siły do przyjmowania piłki? oczywiście, jak najbardziej można mówić o zagraniu nierozważnym, niezwróceniu uwagi na przeciwnik, ale to kwalifikuje się co najwyżej na kartkę żółtą). Znów jednak okazało się, że kolejne wytyczne grona sędziowskiego nakazują bardziej surowe traktowanie takich sytuacji, w których zderzenie (z faulem) mogłoby narazić na szwank zdrowie przeciwnika. 

Piszę o tym wszystkim, żeby podkreślić rolę tych właśnie wytycznych wydawanych przy różnych okazjach, przekazywanych przede wszystkim czołowym sędziom na największe mecze, lecz umykających publiczności, a często i szerszemu gronu zawodników i sędziów na niższych szczeblach. W ten sposób tworzy się osobny świat sędziowania dla tych większych, i całkiem osobny – dla tych mniejszych, czasem nie wiadomo, który lepszy, skoro konsekwencji brak. 

Z powrotem w piłkarskich pucharach, czyli Forza Racibórz!

Na pucharowe występy polskich piłkarzy tego lata zdążyliśmy już spuścić zasłonę milczenia, i nie ma co za nią zaglądać. Pucharową jesień możemy oczywiście spędzić na oglądaniu drużyn z całej Europy i wypatrywaniu, czy gdzieś nie błysną tam korki polskich piłkarzy, ale lepszym pomysłem będzie pokibicować jeszcze raz swojej drużynie. 

Bo oto – o czym zapewne większość nie wie – w nadchodzącym tygodniu polska drużyna Unia Racibórz zmierzy się w meczu 1/16 finału Champions League z niemiecką VfL Wolfsburg. A jeżeli ją pokona, w 1/16 finału czekać będą Kazaszki lub Norweżki. Bo mówimy o kobiecej edycji piłkarskiej Ligi Mistrzów (czyli właściwie o Lidze Mistrzyń). 

A zatem – dziewczyny do boju! Kto może, niech jedzie do Raciborza, kto nie może – Eurosport zapowiedział transmisję na żywo. Przyszły czwartek, 27 września, 16.00.