Strategie śniadaniowe

Poranek. Słońce już wschodzi. Siadasz przy śniadaniu, obok talerza dymiący kubek herbaty (z oczywistych względów w notce pomijani są ci, co na śniadanie jeno powietrze z kawą lub inne symboliczne, choćby tak sympatyczne jak włoska kawa z ciastkiem czy francuski croissant z kawą). 

Względem onej herbaty można przyjąć różne strategie. Jedni zaczynają od względnie szybkiego wysączenia całego kubka, by potem spokojnie zająć się kanapkami. Inni trzymają rytm jak metronomem regulowany, dopasowując ilość łyków do ilości kęsów, tak by ostatnim łykiem spłukać z ust ostatnie okruszki. Jeszcze inni pożerają zaś chleb na sucho (no, może z małym łyczkiem od czasu do czasu), by potem niezmącenie delektować się rozgrzewającym usta, przełyk i żołądek naparem. 

Mógłbym teraz wstawić jakąś sondę pt. którą strategię wybieracie, ale nie chce mi się. Poza tym skończyła mi się herbata.

We własnym tłuszczu

Wymyśliłem to (nie żeby było to jakieś wielkie odkrycie) przy kaczce. To znaczy: po upieczeniu kaczki, zwykle w naczyniu zostaje sporo sosu, mocno tłustego. Jak się go odpowiednio wystudzi, zostaje smalec (jeżeli za mało się odparowało, to sos powinien się rozdzielić na dwie frakcje – jedną będzie smalec, a drugą całkiem niezła zwykle galaretka). Tenże smalec oczywiście świetnie się nadaje potem także do wszelkiego rodzaju smażenia…

Przy następnej kaczce zadałem sobie pytanie już na etapie przygotowania do pieczenia – a właściwie gdybym tak od razu jakoś wykorzystał te kawałki tłuszczu spod skóry (choćby do wysmarowania naczynia)… Potem to samo rozumowanie przeniosłem też na kury (całkiem tłuste bywają), i właściwie okazało się, że do przyrządzenia mięsa nie muszę sięgać po butelkę z oliwą, bo wystarczy odpowiednio wykorzystać własne (zwierzyny) zasoby tłuszczu.

Wziąłem dziś kawał karczku, rozdzieliłem mięso od tłustego. Wrzuciłem tłuste do gara, postawiłem na malutkim ogniu. Wytopiły się solidne dwie-trzy łyżki tłuszczu (co się nie wytopiło, okazało się nienajgorszą skwarką). Zastygły w sympatyczny smalczyk, który jednakowoż w późniejszym etapie spokojnie roztopiłem z powrotem i obsmażyłem wszystko jak należy, zanim przeszedłem do duszenia. I tak oto ani drobina się nie zmarnowała, a wieprzek okazał się samowystarczalny (i pyszny, dodajmy bez związku z głównym tematem).

O, svickovo!

Anegdota głosi, że Winston Churchill miał w szkole problem z łacińską deklinacją, a konkretnie z wołaczem. Kiedy nauczyciel próbował mu to wytłumaczyć na przykładzie rzeczownika „stół”, że w wołaczu należy się po prostu zwrócić do stołu, jakby się do niego mówiło, Winston odpowiedział, że on nie ma w zwyczaju rozmawiać ze stołami…

To było późne lipcowe popołudnie (teraz już by się bardziej na wieczór kwalifikowało), szliśmy przez Karlin rozglądając się gdzie sobie staniemy na późny obiad. Ta knajpa nie przekonuje, ta nie wywiesza menu, ta nie ma wolnych miejsc na dworze… a trzeba jeszcze powiedzieć, że akurat się nastawiłem na tradycyjną czeską polędwicę wołową w gładkim sosie jarzynowym, czyli svickovą na smetanie. No i w końcu – niektórzy już podirytowani – była knajpa z wolnymi miejscami na dworze, w której svickova była w menu, więc siedliśmy (aczkolwiek w innych okolicznościach przyrody moglibyśmy się skrzywić na knajpę z martwym ptakiem w nazwie, w końcu krowa to nie ptak). 

Więc siedliśmy i zamówiliśmy to i owo („to” to oczywiście svickova). Poczekaliśmy. Poczekaliśmy jeszcze chwilę. Popatrzyliśmy jak słońce chyli się ku zachodowi. Ten czy ów zaczął głośne rozważania, czy ta krowa na polędwicę już wróciła z pastwiska (że niby można było wrócić na kwaterę, zdążyć na pizzę i jeszcze zostałoby trochę czasu). Ale w końcu przynieśli, wszystko na raz. Spróbowałem.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mocno obudziło się we mnie wewnętrzne dziecko, musiałem wybierać – tłumiąc kwiczenie z rozkoszy – między pożeraniem jak najszybciej, a delektowaniem się każdą drobiną, gdyż chciałem jednego i drugiego naraz. Już od samego knedla maczanego w sosie można było dostać lekkich zawrotów głowy, a mięso… Dodajmy, że i marynowany hermelin zamówiony do towarzystwa był genialny. Gdybym wiedział, jakie to dobre, na każdy praski obiad kierowałbym się do Restaurace u Mrtvyho ptaka, zwłaszcza że to genialne danie (całkiem słuszną porcję) podawali za jedyne dwie dychy (licząc po dzisiejszym kursie, ale wiele się nie zmienił), specjalnie zachowałem rachunek… 

Nie mam żadnych obiekcji przed mówieniem do svickovej. 

Fenomen blogów kuchennych

Tak, wiem. Tak naprawdę jestem malutkim zazdrosnym blogerkiem, któremu roją się pozycje w rankingach, tysiące odsłon i kokosy z reklam, dlatego czepiam się tych, którzy Pomysłem i Pracą doszli do Zasłużonej Pozycji, zamiast samemu się przyłożyć, pisać ciekawie, zamieszczać zdjęcia Tego, Co Ludzie Lubią.

Zerkam co jakiś czas na rankingi Bloxowe (Top 1000), od dłuższego już czasu fascynuje mnie w nich nadreprezentacja blogów kuchennych czy też kulinarnych. Zajrzałem dziś – blogowi kuchmistrze zajmują już nie tylko pierwsze miejsce czy pierwsze dwa miejsca, ale dziewięć (cyfrowo: 9) pierwszych miejsc, od pierwszego do dziewiątego, zamykający dziesiątkę blog Rafała Steca jawi się ciałem obcym na liście kucharzących (następny blog niekuchenny dopiero na miejscu siedemnastym), nie chce mi się prowadzić szczegółowych wyliczeń w której dziesiątce gotowanie i pieczenie nie zajmuje co najmniej połowy miejsc.

Dlaczego zajmuję się sprawą, która mnie w ogóle nie powinna obchodzić? Bo, mówiąc szczerze, za każdym razem, kiedy zdarzy mi się szukać w sieci jakiegoś przepisu, oczywiście wyrzuca mi dziesiątki wyników z blogów kulinarnych. I kiedy je otwieram, mam nieodparte wrażenie powtarzalności, że te same przepisy toczka w toczkę (lub z kosmetycznymi tylko zmianami) pojawiają się na kolejnych blogach. Kiedy przeglądam czasem te blogi po prostu, często widzę jak autorzy mówią skąd wzięli te przepisy, podają linki do innych blogów czy serwisów, niby jako inspiracja. Dla mnie osobiście jest to przedziwne, wręcz staram się unikać pisania tego, co już gdzieś przeczytałem – a kucharzący sprawiają wrażenie, jakby musieli sami wypróbować wszystkie najciekawsze czy najpopularniejsze przepisy i podzielić się z nich wrażeniami. Ba, niejeden raz miałem wrażenie, jakby kopiowanie następowało najzupełniej mechanicznie (skargi jednego blogera na drugiego o „kradzież przepisów” to też nic niespotykanego), wręcz się zastanawiałem, czy celem niektórych blogów nie jest pozycjonowanie w oparciu o przepisy (bo na pierwszy rzut oka nie widziałem kryptoreklamy).

W gruncie rzeczy – niech sobie pichcą, co chcą. Zastanawiam się tylko, czy znam jakiś blog kuchenny, który chciałbym polecić w Blog Day… okaże się za kilka dni, jeśli nie zapomnę.

Kawa malowana ustami

To chyba dość nowa sztuka jest, sztuka ozdabiania kawy. W formie podstawowej to wystarczy zrobienie palcem „buźki” w piance na cappuccino, krok dalej to nakładanie tej pianki w ostrożny sposób, żeby stworzył się wzorek. Do bardziej zaawansowanych form używa się już specjalnego instrumentarium: sosów, posypek, foremek, specjalnie przygotowanych pianek z zabarwionego mleka (to, mówiąc szczerze, informacje pochodzące z obserwacji gotowych produktów oraz okazjonalnych zerknięć na warsztat domowej artystki). Twórcy, jak sądzę, sprawia to nawet większą przyjemność niż konsumentowi, który pozachwyca się, pozachwyca, a potem dzieło brutalnie zniszczy wypijając kawę.

Szczęśliwego Nowego Roku 2014 życzy baristka domowa

Jednakże, czasem i konsument może wnieść własny wkład twórczy. Kiedy upija się ostrożnie z brzegu, rysunek na powierzchni przesuwa się i zmienia. Czasem efekty są zaskakujące.

barista malujący ustami

Mam nieodparte wrażenie, że pozostanę przy twórczości konsumenta.

Skala Jerome

Pamiętam, jak jeden z moich przyjaciół kupił w Liverpoolu dwa duże sery. Wspaniałe to były okazy, dojrzałe i miękkie, z zapachem o sile dwustu koni parowych, który niósł pod gwarancją na odległość trzech mil, a w promieniu dwustu jardów mógł powalić dorosłego człowieka.*

Dziś takich serów już nie ma… choć Jerome oczywiście przesadzał, w końcu Trzech panów w łódce to humoreska. Zdarzyła mi się jednak pewnego razu taka sytuacja, kiedy dość zwyczajny ser typu Camembert de Turek (jedna z niewielu udanych produkcji poprzedniego ustroju) powędrował ze mną na letnią górską wycieczkę, zamknięty z całością prowiantu w profesjonalnym (z punktu widzenia globtrotera) pudełku metalowym. Właściwie nadal nie rozumiem, dlaczego taras przed schroniskiem opustoszał, kiedy siedliśmy do posiłku, był taki piękny, upalny dzień… (mój towarzysz, mówiąc szczerze, również poszedł szukać czegoś w jadalni w schronisku)

W każdym razie miłośnicy serów, zwłaszcza pleśniowych, miękkich i dojrzewających, znają to uczucie. Kiedy ser czuć już z pewnej odległości, jak również kiedy włożony do ust próbuje zwalić z nóg siłą smaku. Nieraz mi chodziło po głowie, żeby jakoś te doznania wyskalować, ale nie słyszałem do tej pory o żadnej takiej klasyfikacji. Oczywiście, musiałaby ona dotyczyć konkretnej partii sera (w zależności od jego dojrzałości), żeby podpowiedzieć kupującemu, czy dana porcja będzie dla niego bezpieczna (mógłby doznać szoku gdyby zetknął się z nazbyt mocnym, to jak wypić 70% śliwowicy łąckiej zamiast likieru) albo czy nie będzie nazbyt mdły (zwłaszcza jak jest świeży). Tylko jak ustalić dokładny stan, skoro ser dojrzewa z każdym dniem…

Tym niemniej, zawsze można sobie pomyśleć przy śniadaniu, że ten gruyere to tak (w skali 0-5) jakieś 1,5-2 (głównie smakiem, oczywiście), ale ten fourme d’ambert to, uch, ze 4. Jeśli ktoś kiedyś taką skalę opracuje, to zgłaszam Jerome na jej patrona. A teraz, pozwólcie, zajrzę do lodówki…

*przełożył Kazimierz Piotrowski

To właśnie miłość…

Przedświątecznej nawał roboty, sobota to był najwyższy czas żeby zabrać się za wyprodukowanie odpowiedniego zapasu moich ulubionych okrągłych ciasteczek makowych. Wymagają one ręcznego wyrobu, a że zgubiłem gdzieś jedną z tradycyjnych dwóch tur przygotowywania, to musiałem nadrobić w jeden wieczór. Ciasto było przygotowane, piekarnik został włączony, blachy naszykowane… a żeby wieczór milej płynął, to dobrą rzeczą jest włączyć jakiś umilacz dla oczu (jako że robota jest ręczna, to zajęcia uprzyjemniające wymagające wykorzystanie rąk były wysoce niepraktyczne). A skoro Święta – to oczywiście można odświeżyć stare (około)świąteczne filmy…

Każdy ma swoje filmy ulubione, o jednym z moich pisałem już na blogu parę nawet razy. Love, actually, nie wymaga szczególnej uwagi, jest lekki i słodki (tych wątków, które są smutne, możemy przecież nie lubić, wtedy kula się ciasteczka ze zdwojoną energią). Żarty i żarciki śmieszą niezmiennie, a do tego tylu fajnych aktorów do oglądania.

Alan Rickman, on mógłby grać i halabardnika. 

Keira Knightley, jak już pisałem...

Hugh Grant, błaznuje w swoim niezrównanym stylu. 

Martin Freeman, wtedy jeszcze nie hobbit, ale w jednym z najśmieszniejszych wątków filmu.

Elisha Cuthbert w wersji sprzed 10 lat (no dobra, nie ze względu na kunszt aktorski). 

I masa, masa innych (kogo kto lubi)… Andrew Lincoln nie mógłby już dziś zagrać swojej popisowej roli, bo za bardzo się kojarzy z dzielnym pogromcą zombie. (Na karb nieuwagi spowodowanej koniecznością zajmowania się ciastkami składam doszukanie się w obsadzie Naomie Harris – pewnie dlatego, że uroczym smaczkiem byłoby przedzierzgnięcie z sekretarki premiera w Moneypenny, poza tym fryzura mocno pomogła tej pomyłce).

Filmu i tak zabrakło na całość, ale drugi raz nie puszczałem, wszystko ma granice (poza tym zoczyłem w programie parę seriali). 

Jako że pisze mi się ostatnio kiepsko, to korzystając z okazji od razu życzę wszystkim Wesołych Świąt. Z miłością, oczywiście. Po raz pierwszy, jakby co.

Czosnek, wszędzie czosnek

Region śródziemnomorski niezaprzeczalnie kojarzy się z czosnkiem: aioli, pesto, aglio&olio(&pepperoncino), tzatziki, baranina – wszędzie czosnek i czosnek. Dziwić nie może, bo tam gdzie nie stąpniesz, tam czosnek wyrasta. 

czosnek Castelsardo Casteddu Sardynia Sardegna Włochy Italia

U nas można go (kiedyś czasem, dziś często) spotkać w kwiaciarniach, robi wrażenie, te wyhodowane pracowicie kule. Na swobodzie też robi wrażenie, kiedy rośnie całym stadem, może kule mniejsze, ale za to wśród liliowo dojrzałych znajdziemy i jeszcze zielone, tego w kwiaciarni nie dostaniecie.

czosnek Bonifacio Korsyka Corsica Francja France

I nie żartowałem mówiąc, że rośnie wszędzie. Na „gołej” skale też będzie próbował.

czosnek Capo Caccia Sardynia Sardegna Włochy Italia

Ale nie sprawdzałem, jaki był w ziemi.

Herbata mrożona

Weź garnuszek, taki litrowy z uchem i dzióbkiem, przy założeniu że masz w kuchni oczywiście. Zagotuj wody mniej więcej do pełna. 

Wrzuć dwie torebki herbaty, najlepiej zwykłej czarnej, ale jeśli jedna okaże się nieco inna, też się nic nie stanie, smak może będzie oryginalniejszy. Dorzuć ewentualnie coś do posłodzenia (zamieszaj wtedy oczywiście). Zostaw torebki na czas jakiś, nie przejmuj się regulaminowymi trzema minutami, w końcu to były tylko dwie torebki, a nie cztery.

Wyrzuć torebki, przelej herbatę do miski. Wrzuć dwa albo trzy solidne plasterki cytryny. Zostaw, niech stygnie.

Jeśli herbata w misce ma temperaturę zbliżoną do pokojowej (aktualnej pokojowej), wyciśnij lekko cytryny i przelej herbatę z powrotem do garnuszka. 

Wyciągnij plastikową butelkę i przelej herbatę z garnuszka do butelki (teraz przydaje się dzióbek). Wstaw butelkę do lodówki. 

Możesz potem dodać lodu, jeśli masz. W warunkach polowych (w obcej kuchni) wychodzi i tak dobra herbata mrożona, garnuszek, miskę i lodówkę zwykle się jakoś znajdzie.

Geografia kotletów

Dla ułatwienia sobie (i innym) życia Ojciec od czasu do czasu produkuje w kuchni większy zapas dań obiadowych, które następnie się zamraża i wyjmuje odpowiednią porcję we właściwym momencie (w tym średnio na co drugi obiad Juniora w dzień szkolny). Wszystko jest precyzyjnie opisane, więc w każdej chwili wiadomo co można wyjąć i rozmrozić (i ile czego jest, rzecz jasna). 

Dziś Ojciec powrócił do domu w porze obiadowej i zoczył na Juniorowym talerzu kotlety mielone. Produkował je ostatnio w kilku wersjach, różniących się zwykle składem, a czasem i technologią (smażone vs pieczone), więc jakoś tak zaczął się przyglądać, starając się rozpoznać swoje dzieło. Junior wejrzał nań wzrokiem dziwnym, więc Ojciec uprzejmie wyjaśnił, że zastanawia się co to za kotlety.

Junior postanowił być pomocny i odrzekł:
– Ten jest lewy, ten jest prawy, a tamten jest górny…