Ekonomiczna jesień

Przyjemną mamy jesień, nie powiem. Kiedy w ostatnich dniach patrzę na termometr, to aż chce mi się myśleć, że jest wyskalowany w Fahrenheitach, bo liczba w okolicach 20 zupełnie się z listopadem nie kojarzy (na szczęście nie jest w Fahrenheitach, bo jednak oznaczałoby to „na nasze” jakieś minus siedem). Dobrze że opon nie zdążyłem zmienić…

Kiedy jest tak ciepło, to liście wykazują mniejszą ochotę do spadania (bo ich nie mrozi w nocy). W efekcie lasy nadal olśniewają, a może nawet olśniewają bardziej. Kiedy jeżdżę drogą przez las, to najzwyczajnie w świecie zwalniam – żeby dłużej się cieszyć widokiem, i żeby (skoro już bardziej patrzę obok drogi niż na drogę) jechać bezpieczniej. Pomyślcie sami, ile się dzięki temu paliwa zaoszczędzi…

jesień Katowice Kostuchna Murcki

jesień Suszec 

jesień Woszczyce 

jesień Orzesze

Jeżeli ktoś przeklinał jadąc za mną – niech wyluzuje. 

Listopad

Kiedy byłem dzieckiem wczesnoszkolnym, wmawiano mi że nazwa „listopad” pochodzi od tego, że akurat liście opadają (wiecie, na zasadzie że „sierpień” to od machania sierpem i podobne). Wtedy to jakoś nie przeszkadzało, ciągle coś nowego w dziecięce głowy wtedy starali się wcisnąć, bardziej fascynowało co to są te paździerze, które pojawiały się w czytankach o starych wiejskich zwyczajach.

Mamy wrzesień, a ja trzeci weekend z rzędu spędzałem godzinkę wokół domu grabiąc i zamiatając liście. Jarzębina i akacja (oraz jakieś pnącze napłotne) dbają o to, żeby mi roboty nie brakowało, czasem coś zaleci jeszcze z oddali, w październiku pewnie bzy się postarają dołączyć. Jak tak sobie pomyślę, to w czasach szkolnych chodziło się na prace społeczne (polegające zwykle na grabieniu trawników) we wrześniu-październiku, więc niewiele się w kwestii opadania liści zmieniło, nawet na zmiany klimatyczne nie ma co tego zwalać (bo co nie spojrzeć, to powinno powodować późniejsze opadanie liści, a nie wcześniejsze niż w listopadzie).

Może listopad pochodzi w istocie od miesiąca, w którym wszystkie liście już opadły i na ziemi leżą? 

Siedem malin

Przed zimą trzeba w ogródku posprzątać, a jak ku temu słoneczna (napisałbym ciepła, ale to lekkie nadużycie) sobota, to trudno sobie wyobrazić lepsze warunki. Dziecię jak w zeszłym roku, poszło zerknąć na krzaki owocowe, i proszę: w listopadzie jeszcze maliny znalazło, sztuk siedem naliczyło. Poziomek też nie brakło, a w porównaniu z zeszłym rokiem miały zdecydowanie poziomkowy kolor (o smaku się nie wypowiadam, gdyż nie chciałem młodzieży nawet od ust odbierać). I tak sobie pomyślałem: jeżeli to się tak dalej będzie rozwijać, że coraz później i później, to kiedy w tym roku przyjdzie zima? No niby juz pierwsza była, ale…

Przy zgarnianiu liści poczyniłem zaskakujące odkrycie – tu i ówdzie spod grabi wyskakiwały.. orzechy włoskie (jak również żołędzie). Ani orzech, ani dąb mi w ogródku ani za płotem nie rosną, więc spaść nie mogły. Nawet się myśl zrodziła, że to do jakiejś zabawy celowo poskrywane, ale nikt się w domu do takich pomysłów nie przyznał. Ostatecznie padło na ptaki, że pewnie gubią w dziobie nosząc (bo chyba nie wpadło im do łebków robić sobie spiżarni pod moim płotem). Orzechy zostały przyjęte (okoliczne drzewa latoś słabo obrodziły), żołędzie.. niech sobie mają. 

I tylko nie wiem, czy biedronki wygrzebane spod liści, to one tam zapadały były w sen zimowy czy już wieczny, kiedyś miałem sprawdzić ich cykl życiowy ale mi się dotąd nie chciało.