Rogue One, czyli Wirujący Seks

Tłumaczenia, czy może ściślej: polskie wersje tytułów filmów (przy książkach trudniej zauważyć) to źródło wielu żartów, na pewno kiedyś przywoływałem tutaj Reality bites, a tytułowy polski odpowiednik Dirty Dancing będzie źródłem żartów nawet w czasach, kiedy już nikt nie będzie pamiętał co to było właściwie kino. 

Od jakiegoś czasu wiadomo, że pod koniec roku wejdzie na ekrany nowy film z cyklu, czy może raczej z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Jego tytuł oryginalny był znany od jakiegoś czasu, i od początku było wiadomo, że przysporzy problemów dystrybutorowi i tłumaczowi. Rogue One, w świetle luźnych zapowiedzi fabuły oraz tradycji starwarsowych odczytywano jako kod maszyny (jednostki) bojowej. W końcu nie darmo Luke’a i Hana na Hoth poszukują myśliwce z eskadry Rogue („Commander Skywalker, this is Rogue Two!”), i jest cała seria gier z serii Rogue Squadron. W polskiej wersji językowej „Rogue Two” został przedstawiony jako „Łobuz Dwa” (nie takie wszak nazwy kodowe zna historia wojskowości…) i logicznym byłoby kontynuowanie tego tłumaczenia; z drugiej zaś strony zwolennicy Rogue Squadron obstawali raczej przy Eskadrze Łotrów, i tym też tropem poszedł ostatecznie dystrybutor (w Mission Impossible: Rogue Nation w ogóle zrezygnowano z polskiej wersji tytułu).

Dziś upubliczniono po raz pierwszy trailer Łotra Jeden. Przyglądam mu się z niecierpliwością, ale i z wielkim uśmiechem. Widać w nim główną bohaterkę, z natury zbuntowaną (Han z Anakinem to przy niej szczeniaki). Odczuwam podskórnie potężny żart uczyniony sobie w tytule, głęboką przewrotność. „Rogue” znaczy bowiem nie tylko kogoś nieuczciwego, ale także kogoś buntującego się, działającego na własną rękę i we własnym interesie (w jednej z wersji VHS „Imperium kontratakuje” przetłumaczono „Rogue” jako „Łazik”, nawiązując raczej do „włóczęgi” czy „wagabundy”), „one” nie musi wszak wcale oznaczać numeru. „Rogue one”, gdyby miało się odnosić do Jyn Erso, mogłoby więc oznaczać ni mniej, ni więcej, tylko „(ta) zbuntowana”. Jyn mówi wszak w trailerze „I rebel„, a trailer kończy się pytaniem „kim się staniesz?”

Premiera w grudniu. Najpóźniej wtedy się dowiemy, czy mam rację.

PS W wersji niemieckiej jest „Renegat eins”, a w czeskiej „Darebák jedna”.

Dissowanie Orłosia, czyli o kim jest Spotlight

Furorę robią ostatnio żarty z redaktora Macieja Orłosia, który informując w Teleekspresie o przyznaniu Oscarów określił zwycięski film jako film o „aferze pedofilskiej w Bostonie” (tak czytałem, bo nie oglądam). Aż się roi od innych lakonicznych opisów typu „Obcy – film o negatywnych skutkach zapłodnienia in vitro”. Gdyby ktoś nie czuł powodu żartów, chodzi o brak nawiązania w tym opisie do Kościoła katolickiego – afera dotyczyła wszak księży (zaczynając od bostońskich), ich występków i tuszowania tych występków przez lokalny episkopat.

A o czym jest film? Jestem w o tyle może niezręcznej sytuacji, że go nie widziałem (wiem, kiedyś pisałem o filmie i bez tego, ale tu poważnie), tylko czytałem to, co napisali o nim inni. Odnotowałem między innymi tekst (chyba WO zresztą) skupiający się na tym, jak doniosłe znaczenie dla demokracji mają zespoły dziennikarzy śledczych (bez których nie byłoby odkrycia afery, filmu i Oscara, choć na to ostatnie mieli najmniejszy wpływ). Sięgnąłem więc do źródeł niezależnych. W serwisie IMDB piszą tak:
The true story of how the Boston Globe uncovered the massive scandal of child molestation and cover-up within the local Catholic Archdiocese, shaking the entire Catholic Church to its core
Wikipedia w wersji angielskiej podaje tak:
The film follows The Boston Globe’s „Spotlight” team, the oldest continuously operating newspaper investigative journalist unit in the United States,[6] and its investigation into cases of widespread and systemic child sex abuse in the Boston area by numerous Roman Catholic priests
natomiast w niemieckiej tak
Der Film basiert auf wahren Ereignissen und handelt von einem Team von Journalisten der Tageszeitung The Boston Globe, das den sexuellen Missbrauch in der römisch-katholischen Kirche in Boston aufdeckt 
Mamy więc trzy elementy definiujące: (1) zespół dziennikarski z Bostonu odkrywa i rozpracowuje (2) aferę z molestowaniem dzieci w Bostonie i okolicy (szeroko rozumianej) (3) przez księży katolickich, których czyny były tuszowane przez przełożonych.

Więc o kim jest ten film: o śledczych, o ofiarach czy o sprawcach? Czy to zależy od tego, o kim chcielibyśmy, żeby był?

Redaktor Orłoś przyznał się, że filmu nie widział tak samo jak ja. 

Gwiezdne dorastanie

Dobra. Od premiery prawie trzy tygodnie (i dwa seanse w moim przypadku), najwyższa pora zakończyć okres ochronny dla tych, którzy jeszcze nie widzieli i jakimś cudem nie natrafili jeszcze na sto pińdziesiont opowieści o tym co jest w filmie. Dla porządku jednak – jeżeli jeszcze nie widzieliście filmu Gwiezdne Wojny: PRZEBUDZENIE MOCY (TFA), a chcecie zobaczyć nie wiedząc co jest w środku, to dalej czytacie na własną odpowiedzialność, Ciemna Strona Mocy na was czeka.

Zacznę od ogólnej refleksji, że nowe Gwiezdne Wojny dzielą los wielu filmów kręconych współcześnie: stara historia jest układana w zupełnie nowy sposób, łącząc stare pomysły z nowymi. Tak robi od dekady Disney z pirackimi opowieściami, tak zrobił Universal pod batutą Jacksona z Hobbitem, tak zrobił Warner z dinozaurami. Jednym się to podoba, innym się może nie podobać (ja należę do tych pierwszych). Mamy więc z grubsza szkielet fabularny najstarszych Gwiezdnych Wojen (ANH), pomysły z innych, i prawie kompletny zestaw starych znajomych, ze szczególnym uwzględnieniem duetu Chewie-Han. Ale oczywiście to nie o nich film jest, najważniejsi są młodzi bohaterowie.

Kluczowe słowo: młodzi (i nie o metryki chodzi). Finn, zbuntowany szturmowiec o gadce jak Eddie Murphy (dobra, przesadziłem). Tak naprawdę to dzieciak, wyrwany za młodu z rodzinnego domu (przymusem, inaczej niż młodzi adepci Jedi czy klony od probówki hodowane), całe życie tresowany na wiernego żołnierza, próbuje uciec od tego wszystkiego, żeby zapomnieć. Potrzebuje innego wstrząsu, żeby zrozumieć że ucieczka niczego nie tworzy. Kylo, chyba najstarszy z nich (zrazu Adam Driver wydawał mi się błędem obsadowym). Ten stara się dorosnąć na skróty, choć wciąż jest dzieciakiem rozdartym między wielkimi ambicjami a uczuciami, nad którymi nie panuje. Rey, dziewczynka, którą (dla jej bezpieczeństwa?) rodzice zostawili samą (prawie) na nieprzyjaznym zadupiu, nauczyła się być twardą i ciężką pracą walczyć o przeżycie – ale tak naprawdę wewnątrz została małą dziewczynką, która wierzy w powrót rodziców. Bolesne zrozumienie jest jednym z kluczowych kroków w jej drodze do dorosłości. Czy dzięki niej dorośnie jej Mistrz – tego dowiemy się dopiero z kolejnych części…

A widzowie? Dla nich lepiej, by – na te dwie godziny z hakiem – wyłączyli swoją dorosłość. W nieśmiertelnych słowach Johna Hammonda, te filmy są po to, by dzieci je oglądały z otwartymi buziami (będąc na tyle dużymi, żeby zrozumieć co się dzieje na ekranie). Czego i Wam życzę.

Takie tam o kinach

Kiedyś kino to była po prostu sala z zaciemnieniem, ekranem i krzesłami, większa lub mniejsza (pamiętam zarówno oglądanie filmów w malutkich salkach a’la DKF, jak i w wielkich halach widowiskowo-sportowych, nie wyłączając zakładowych domów kultury). Z czasem kina zamierały, inne inwestowały, zaczęły się pojawiać wielosalowe molochy, w których najważniejszy zdaje się być punkt sprzedaży popcornu.

Dziś w mojej szeroko rozumianej okolicy multipleksy się mocno rozpowszechniły i zakorzeniły, w samych Katowicach jest ich cztery, a piątego należy się spodziewać jak postawią nowe centrum handlowo-wszystkomające. Z pewnym takim zaskoczeniem odnotowałem jednak, że i w miastach z pozoru nie za wielkich też już gdzie nie staniesz, tam multipleks za rogiem. Bielsko-Biała, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Gliwice, Ruda Śląska, Rybnik, Sosnowiec, Tychy, Zabrze – to miasta niemałe (czy jest jakiś przelicznik wielkości miasta na liczbę multipleksów lub sal kinowych…), ale w Jaworznie czy zwłaszcza Czechowicach-Dziedzicach to już była pewna niespodzianka jak dla mnie. W innych miastach – zwłaszcza takich, gdzie nie ma kina tuż za każdą granicą – wciąż się jeszcze trzymają stare poczciwe kina z jedną salą (choć w ośrodku kultury w Jastrzębiu-Zdroju muszą mieć dwie).

I właśnie kiedy tak sobie przeglądałem leniwie przy porannej kawie zamieszczony w papierowej gazecie repertuar kinowy, uderzyło mnie, że w większości tych małych, jedynych kin w miasteczku – w Żywcu, Żorach, Zawierciu, Raciborzu – grają wyłącznie Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. W Jastrzębiu przeznaczają na to jedną salę, i tylko Knurów jest strefą gwiezdnie zdemilitaryzowaną. No, ale stamtąd do Gliwic rzut beretem.

Tak, to notka właściwie o niczym, nawet nie o tym czy chcę się dziś na Przebudzenie.. wybrać.

Kto jest Prawdziwym Fanem Star Wars

Nic już nie będzie takie jak dawniej: do kin wszedł Epizod Siódmy Gwiezdnych Wojen „Przebudzenie Mocy„.

O samym filmie tym razem za bardzo nie będzie – choć mógłbym, wyszedłem w środku nocy z kina pełen miłości dla świata (nie, nie dlatego że w filmie nasi osiągnęli taki czy inny sukces…) – gdyż po pierwsze szanuję tych, którzy do kina z dowolnego powodu jeszcze nie dotarli, lepiej żeby poszli z pustymi głowami, nawet jeżeli świat zalewa newsami i reakcjami (sam z jednej strony wyłączyłem sobie jak umiałem najlepiej dostęp do wiadomości, a z drugiej… zdecydowałem się iść na nocną premierę, żeby móc te blokady sobie usunąć). Po drugie, układam sobie wciąż w głowie to co widziałem (choć już pewien klucz mam), i zastanawiam się, czy przelać to na znaki przed kolejnym obejrzeniem filmu, czy po?

Dlatego dziś o czymś innym jednakowoż. Po obejrzeniu odblokowałem starwarsowe strony i zacząłem czytać reakcje innych (zwłaszcza że szybko natrafiłem na reakcje pełne odrazy). Ci, którzy krytykowali, z jednej strony wytykali rzeczywiste lub subiektywne niedociągnięcia typu dziura w scenariuszu, słabo rozwinięta rola, słabo zagrana rola, z drugiej zaś – bardziej zajadle – czepiali się niezgodności z szeroko pojętym uniwersum Gwiezdnych Wojen, że gdzieś tam w książkach było lepiej albo bardziej by im pasowało do koncepcji z serialu i że w ogóle to nie są Gwiezdne Wojny…

Zadałem sobie pytanie: co to znaczy być fanem Gwiezdnych Wojen? Sam się za takowego uważam od lat ponad trzydziestu, aczkolwiek ograniczam się wyłącznie do tego co jest w klasycznych filmach. Owszem, przeglądałem parę razy w księgarniach jakieś książeczki, czy to napisane na podstawie filmów czy obok, ale szkoda mi było czasu na średniej jakości literaturę. Do gier tego rodzaju nigdy mnie w zasadzie nie ciągnęło. Nawet z autoryzowanego przez Lucasa serialu animowanego nie widziałem ani kawałka. Zapewne dla tych, którzy zatopili się w bezmiarze galaktyki SW, w opowieściach o czasach przed, po, między i obok filmów, jestem ledwie padawanem, który śmie marnować czas na prymitywne bajki z trylogii prequeli (miałem napisać „nowej trylogii”, ale skoro jesteśmy już w fazie trzeciej trylogii, to byłoby to niejasne), pewnie ich oburzenie byłoby większe, gdyby wiedzieli, że z biegiem lat coraz wyżej epizody 1-3 coraz bardziej cenię (choć ich wady się nie zdezaktualizowały – a zwłaszcza wątek tłumaczący dlaczego Anakin Skywalker…) Niech pozostaną w pokoju i niech Moc będzie z nimi, Przebudzenie Mocy to GWIEZDNE WOJNY całą gębą.

Nic nie będzie już takie jak dawniej, bo teraźniejszość wpływa na odbiór przeszłości. Gwiezdne Wojny (as in: Nowa Nadzieja) nie były już takie same po Imperium Kontratakuje, itd.

Pożegnanie z kasetami

Robiłem dziś przedzimowe porządki tu i tam. Jedne rzeczy wynosiło się na strych, inne przenosiło z jednego zakamarka w inny. Wyciągnęliśmy z kąta torbę, której nikt nie kojarzył – zawierała kasety VHS przeznaczone do bieżącego nagrywania (i odtwarzania). Spojrzeliśmy po sobie – od dawna nic się nie nagrywało, także dlatego, że jakość nagrań była mizerna (także mimo używania kasety czyszczącej głowicę), jeden Bóg wie czy głowica się zajechała, czy (raczej) kasety straciły swoje właściwości. Spojrzenie potrwało chwilę dłużej, i otwarły się wory z odpadami sortowanymi…

A potem otwarliśmy szafkę (tej siły już nie zatrzymacie). Sterta kaset magnetofonowych (nie jestem pewien czy mam gdzieś sprawny odtwarzacz takowych…) pamiętających czasy studenckie, licealne a nawet dziecięce: zespoły rockowe, bardowie zapomniani i niezapomniani… Puściliśmy do wora całą naszą pieprzoną przeszłość (tak, za bardzo chciałem wcisnąć parafrazę cytatu z „Psów”). Przyszła pora na kasety z filmami, o niektórych nawet nie pamiętałem że posiadamy (tu padła równie kąśliwa co trafna uwaga, że widać jak bardzo są potrzebne). Shrek, Bondy, Nemo, komedie romantyczne, nowa trylogia Gwiezdnych Wojen… Ręka mi zadrżała przy trylogii Indiany Jonesa, mojego pierwszego w życiu zakupu na Allegro, kupowałem oryginalne, a dostałem ze Stadionu (ręka w górę kto wie o co chodzi). 

Zostawiłem sobie oryginalną Trylogię SW, w oryginalnym pudełku. 

Plenty

Pierwsze skojarzenie z tym słowem (nie licząc jego występowania w słowniku) to oczywiście drugoplanowa, ale trudna do zapomnienia Bond girl – Plenty O’Toole z Diamonds Are Forever. Grająca rolę Lana Wood niewątpliwie została starannie dobrana, przede wszystkim do kluczowego bonmotu Bonda, który możecie zobaczyć tutaj (o ile youtube nie skasuje). 

Ale zasadniczo notka nie miała być o Bondzie (o SPECTRE na razie nie mam nic więcej do dodania, może tylko że drugi raz się do kina niekoniecznie wybiorę). Miałem bowiem pisać o piosence, która – jak się zdaje – nie ma nic wspólnego z Bondem. Ma natomiast w sobie dużo słowa „plenty”, poczynając od tytułu, „plenty of plenty” że się na taki angielski kalambur wysilę. Do tego uroczy żeński głos, genialny rytm i klimat czarny jak smoła. Szkoda że twórca za to odpowiedzialny już nie żyje, zostawił po sobie cztery płyty, geniusz jak ta lala. Słucham w tym tygodniu jak zwariowany, po prostu mnóstwo rozkoszy.

When she wants plenty, she gets plenty, we all get plenty, klask. Erykah Badu i – Guru. 

 

Trzeci czwartek miesiąca listopada

Dzień… taki ot sobie. Wiatr się uspokaja (popołudniu już go prawie nie zauważałem), wywiadówka krótka, polityką staram się dla ochrony zdrowia psychicznego nie przejmować nawet kiedy TKM odstawiają „Piłkarskiego pokera” („Laguna, to my teraz możemy wszystko„, jeśli się otworzy na początku filmiku do przejdźcie od razu do 6’20”, a jak się nie otworzy wcale to znaczy że skasowali). Ot, siedzę sobie wygodnie na kanapie i wlewam w siebie beajoulais noveaux jak wodę (choć po wodzie człowiek nie jest zwykle tak wyluzowany). 

Bo tak w ogóle to aż muszę napisać o inwigilacji (trudno słowo pod koniec butelki). Otóż, jak wiadomo, NSA, rządy i zwłaszcza korporacje szpiegują nas we wszystkim co robimy i łączą wszystko ze wszystkim. Nie wiem ile to razy rozmawialiśmy ze znajomymi o tym, że głupi fejsbuk podpowiada nam znajomych których na pewno znamy, ale w zasadzie wyłącznie służbowo. Snuliśmy hipotezy, że pewnie jakoś tam inny udostępnił fejsbukowi swoją książkę adresową, a fejsbuk w tajnym porozumieniu z guglem wszystko połączył ima nas na widelcu (ostatnio się zastanawiam, czy kluczem nie jest numer telefonu, który udostępniłem fejsbukowi z zastrzeżeniem jego poufności, czort joho znajet’).

Więc… gdzie moje wino… w zasadzie to chciałem napisać o tym, że parę dni temu przeczytałem na portalu plotkarsko-kulturalną wiadomość że ALICJA BACHLEDA-CURUŚ WYSTĘPUJE W SERIALU UBRANA TYLKO W PAS CNOTY i drwiłem sobie z tego na fejsie (choć nie podając nazwisk ni nazw). Dziś zerknąłem z głupia frant do blogowych statystyk i co widzę… wejście z linka ALICJA-BACHLEDA-CURUŚ-TOPLESS. Pszypadeg? NIE SĄDZĘ!

Wpatrując się w napisy

Wygląda na to, że pół świata było w ten weekend na SPECTRE (bo recenzyjki sypią się od lewej do prawej), więc pora chyba samemu coś skrobnąć o 24 Epizodzie. 

Przyznam… pod koniec filmu byłem w zupełnie nieoczekiwanym nastroju, mianowicie patrzyłem w ekran z niedowierzaniem i mamrotałem (mam nadzieję, że dość cicho) „nie, to się nie może TAK skończyć”. O ile film na różne sposoby nawiązywał do bondowskiej klasyki, z Organizacją WIDMO na czele (ach, dlaczego Blofeld nie był łysy!), to zupełnie nie do przyjęcia było idące w poprzek całej klasyce finałowe rozwiązanie, Ten Wielki Złoczyńca najzwyczajniej nie zasługiwał na to co wymyślili scenarzyści. Kiedy zapaliło się światło, patrzyłem dalej na ekran, na płynące napisy, mając nadzieję, że nastąpi jakaś nieoczekiwana przebitka dająca nadzieję. Doczekałem aż do końca napisów i jedynym źródłem nadziei był rutynowy napis JAMES BOND WILL RETURN, nadziei – bo to co zobaczyliśmy na ekranie pasowało tylko i wyłącznie do wariantu JAMES BOND IDZIE NA EMERYTURĘ.

Sam film – dużo dobra dla oczu, przecudne sceny w Meksyku, Rzymie i w Austrii, autocytaty (zwłaszcza klinika na alpejskim szczycie jak w W Tajnej Służbie Jej Królewskiej Mości i walka w pociągu niczym z Pozdrowieniach z Moskwy czy Szpiegu Który Mnie Kochał). Z rozumem miejscami gorzej (choć bez takich wysilonych pomysłów jak Silva specjalnie planujący bombę w tunelu metra, użyteczną wyłącznie w sytuacji kiedy akurat ktoś będzie go ścigał w dokładnie określonym czasie i odległości) – chcę wierzyć, że scen z Moniką Bellucci miało być więcej, tylko wyleciały w montażu (inaczej jej obecność na ekranie jest kompletnie pozbawiona fabularnego sensu). Och, jak miło zobaczyć znów po latach ukrytą na odludziu tajną bazę Złego, szkoda że w tamtym momencie nie udało się zakończyć filmu. No i za bardzo na siłę próbowano połączyć cztery filmy wspólną klamrą – przecież to niewyobrażalne, by Le Chiffre był człowiekiem (filarem!) SPECTRE, skoro tak naprawdę kontrolował go Mr White (natomiast myśl, że Quantum działa jak SPECTRE, zupełnie nie była mi obca w przeszłości). 

Mam szczerą nadzieję, że następny film zacznie się od pokazania, w jaki sposób Mr Hinx odbija Blofelda (po Mirandzie Frost, Mitchellu i Denbighu trudno uwierzyć, że w MI6 nie ma już więcej kretów), żeby mógł pozbyć się włosów na przyszłość. No, chyba że przegapiłem moment, w którym zginął, co wspierałoby tezę WO, że Mr Hinx to wyjątkowo nieudany henchman.

Let the Skyfall… deceive you

Z każdym rokiem coraz bardziej przekonuję się, że w kinie tak naprawdę chodzi o oglądanie ładnych obrazków (jeżeli przy tym składają się w ciekawą/sensowną/zabawną historyjkę to tylko lepiej). Mogą być to po prostu ładnie zakomponowane kadry:

mogą to być urocze sztuczki ze światłem i innymi efektami wizualnymi:

ale całkiem dobrze też robią zwykłe widoki ładnych krajobrazów (od niektórych filmów wręcz oczekujemy, że takie ładne widoczki się w nich pojawią). 

I kiedy tak sobie okazjonalnie oglądałem Skyfall, to po raz kolejny zachwyciłem się widokami Szkocji, najpierw górami, potem lasami, w końcu ponurymi wrzosowiskami wokół siedziby. I taka myśl przemknęła przez głowę, że gdyby się kiedyś zachciało wybrać na wycieczkę do Szkocji, to czy dałoby się takie miejsca odwiedzić… (wszak rynek podróży śladem miejsc filmowych jest rozwinięty, Nowozelandczycy sporo na ten temat opowiedzą, aż dziwne że nie robimy u siebie podobnych wypraw po Narnii) Zacząłem grzebać i…

Znalazłem stronę identyfikującą ze szczegółami poszczególne miejsca pokazane w filmie. Powyższe góry to majestatyczne Buachaille w sercu Szkocji, ale już wrzosowiska… to przeciwległy koniec wyspy, ze 20 mil od Kanału, w jakże angielskim Surrey. Takoż i filmowy Szanghaj w zasadzie cały był sprytnie udawany przez Londyn (londyńczycy i szanghajczycy pewnie poznali, reszta patrzyła jak urzeczona). I dziwić się potem, że w polskim filmie wojennym „Karbala” całe irackie miasteczko powstało na Żeraniu (ale też podobno wygląda bardziej jak Żerań niż jak Irak).

No, ale w sumie autentyczności oczekujemy raczej od National Geographic niż od Bonda (nie będę tu zdradzał gdzie kręcono w przeszłości różne egzotyczne sceny…), Bond ma wyglądać. Z tego co słyszałem, zdjęcia do Spectre kręcono między innymi w Rzymie, Austrii i Meksyku, ale przecież nie wszystkie.