Trzeci czwartek miesiąca listopada

Dzień… taki ot sobie. Wiatr się uspokaja (popołudniu już go prawie nie zauważałem), wywiadówka krótka, polityką staram się dla ochrony zdrowia psychicznego nie przejmować nawet kiedy TKM odstawiają „Piłkarskiego pokera” („Laguna, to my teraz możemy wszystko„, jeśli się otworzy na początku filmiku do przejdźcie od razu do 6’20”, a jak się nie otworzy wcale to znaczy że skasowali). Ot, siedzę sobie wygodnie na kanapie i wlewam w siebie beajoulais noveaux jak wodę (choć po wodzie człowiek nie jest zwykle tak wyluzowany). 

Bo tak w ogóle to aż muszę napisać o inwigilacji (trudno słowo pod koniec butelki). Otóż, jak wiadomo, NSA, rządy i zwłaszcza korporacje szpiegują nas we wszystkim co robimy i łączą wszystko ze wszystkim. Nie wiem ile to razy rozmawialiśmy ze znajomymi o tym, że głupi fejsbuk podpowiada nam znajomych których na pewno znamy, ale w zasadzie wyłącznie służbowo. Snuliśmy hipotezy, że pewnie jakoś tam inny udostępnił fejsbukowi swoją książkę adresową, a fejsbuk w tajnym porozumieniu z guglem wszystko połączył ima nas na widelcu (ostatnio się zastanawiam, czy kluczem nie jest numer telefonu, który udostępniłem fejsbukowi z zastrzeżeniem jego poufności, czort joho znajet’).

Więc… gdzie moje wino… w zasadzie to chciałem napisać o tym, że parę dni temu przeczytałem na portalu plotkarsko-kulturalną wiadomość że ALICJA BACHLEDA-CURUŚ WYSTĘPUJE W SERIALU UBRANA TYLKO W PAS CNOTY i drwiłem sobie z tego na fejsie (choć nie podając nazwisk ni nazw). Dziś zerknąłem z głupia frant do blogowych statystyk i co widzę… wejście z linka ALICJA-BACHLEDA-CURUŚ-TOPLESS. Pszypadeg? NIE SĄDZĘ!

Problem uchodźców na jednym zdjęciu

Nie, nie będzie trzyletniego Aylana na plaży.

Miałem kiedyś kolegę. Poznaliśmy się w Afryce jako nastolatki (on był kilka miesięcy młodszy), wieki temu, byliśmy całkiem zaprzyjaźnieni. Pół roku później wyjechał i już go nie widziałem, dopiero w czasach fejsbuka nawiązaliśmy ponownie kontakt (choć on używa fejsa bardzo oględnie). I tak pośród flejmów o uchodźców i ich przyjmowanie wskoczyło mi na tablicę zdjęcie jego córeczki. Uznałem to za.. znamienne. Kiedy M. wyjechał, to został uchodźcą,* wylądował w niemieckim obozie dla azylantów (zamiast wrócić do Gdyni). Ostatecznie trafił z rodziną do Stanów, dziś właściwie jest Amerykaninem, ma żonę Azjatkę (Koreankę chyba). Kurczę, doszło do ubogacenia w ten sposób, czy nie?

Ale to nie zdjęcie tej małej się tu pojawi, nawet nie zamierzałem tego rozważać ani tym bardziej o zgodę prosić. Zdjęcie, które wybrałem, będzie bezosobowe, opowie historię ludzi nie pokazując ich samych. Właściwie to nawet dwa zdjęcia, pokazujące w zasadzie to samo…

Homs Syria 2011 2014

Ta sama ulica, tylko nieco inaczej wyglądająca. Ludzie, którzy przy niej mieszkali (jeśli żyją), musieli szukać schronienia w innych miejscowościach, obozach, krajach. Być może o niektórych próbuje się dziś mówić, że to roszczeniowe młode byczki, które zagrażają naszej kulturze (i nawet może odrzucają kanapki z szynką).

*właściwie może raczej imigrantem, ale kto z uciekających na Zachód się nad tym zastanawiał?

Raport z drugiego kwartału

Jak niektórzy zapewne pamiętają, mierzę się w tym roku z wyzwaniem „przeczytam 52 książki w roku 2015” (ci co nie pamiętają mogą o tym więcej przeczytać tutaj, jeśli mają ochotę). Czytam aktywnie, acz bez zbędnego zadęcia, zadeklarowałem że będę składać kwartalne raporty z postępów. W pierwszym kwartale wyszło całkiem nieźle, bo 20 książek. A że właśnie się skończył drugi kwartał…

Znajomi z fejsa (tam wrzucam informacje że skończyłem kolejne książki, ale nie piszę jakie) wiedzą, że w czerwcu dość mocno hamletyzowałem „pewnie nie dam rady wyrównać wyniku pierwszego kwartału, a może jednak”. I ostatecznie…

21. Alicia Gimenez-Bartlett, Puste gniazdo
22. Dorota Masłowska, Paw królowej /e/
23. Janusz Zajdel, Lalande 21185 /e/
24. Adam Pluszka, Mysz na młynku /e/
25. Jean-Noel Fenwick, Maria i Piotr Curie. Rad i… wielka miłość
26. Ziemowit Szczerek, Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli Historie z Europy B /e/
27. Janusz Zajdel, Prawo do powrotu /e/
28. Kristina Ohlsson, Niechciane
29. Janosch, Szczęśliwy kto poznał Hrdlaka
30. Terry Pratchett, Potworny regiment /p/
31. Fannie Flagg, Babska stacja
32. Marcin Przybyłek, CEO Slayer. Pierwszy raz /e/
33. Orhan Pamuk, Nazywam się Czerwień
34. Angela Bajorek, Heretyk z familoka. Biografia Janoscha
35. Marjorie Price, Dar z Bretanii
36. Alex Bellos, Futebol. Brazylijski styl życia /e/
37. Kazimierz Brakoniecki, W Bretanii
38. Polina Daszkowa, Rosyjska orchidea
39. Lee Child, Poszukiwany

…nie dałem rady. Pewnie gdybym nieco inne lektury dobrał lub inną kolejność czytania, to byłoby inaczej, mam zaczętych nie mniej niż pięć kolejnych książek – ale wakacje za pasem, więc nie cisnąłem za mocno z książkami załadowanymi już do czytnika, w podróż samolotem lepiej nie zabierać zbyt wiele tomów papierowych.

Jak myślicie, czy w trzecim kwartale dam radę przeczytać 20… a co najmniej 19… 

Wyzwanie 52 książek

Na przełomie roku na Facebooku szalały rozmaite zabawy na temat tego, co się będzie działo w nadchodzącym (czyli obecnym) roku 2015. Między innymi pojawiały się wyzwania czytelnicze w stylu „w roku 2015 przeczytaj po jednej książce spełniającej określony warunek”, w tym zakresie wystarczająco podsumowały to Kawa z Cynamonem (nie jestem pewien która jest Kawą a która Cynamonem, ale nie jest to najistotniejsze).

Niesiony chwilą, zdecydowałem się – podjąłem wyzwanie „w roku 2015 przeczytam 52 książki” (czyli jedną tygodniowo i zostanie jeden dzień wolny), nawet postanowiłem oficjalnie dołączyć do tzw. wydarzenia. Sam sobie określiłem przy tym zasady, żadnych fikuśnych że na każdą literę alfabetu, za to:
– liczą się książki skończone w roku 2015, choćbym zaczął je czytać wcześniej (nie napiszę że w 2014, nawet jeśli nie dogrzebię się żadnej leżącej dłużej)
– liczą się zarówno książki tradycyjne, w formie papierowej, jak i e-booki i podobne – tak długo jak z ich treścią wyrażoną literami zapoznaję się oczami, odpadają więc audiobooki (o videobookach jeszcze nie słyszałem, a ekranizacje to jednak nie książki), których… i tak nie używam
– nie liczą się książki które przeczytałem już kiedyś wcześniej,
– …nie pamiętam czy jest więcej, najwyżej dopiszę (w końcu to moje zasady)..

Na razie jestem ponad planem, ale rok jest długi. Planuję raporty kwartalne.

(podjąłem też wyzwanie „w roku 2015 nie przebiegnę żadnego maratonu”, ale nie przewiduję określania zasad i raportowania)

 

Anatomie nouvelle

Anatomia człowieka od paru tysięcy lat wydaje się nie ulegać istotniejszym zmianom (pomijając że może tu grubiej, a tu szczuplej), żaden nowy organ nam nie przybył (sprawdzić czy nie smartfon) ani nie nabył nowej funkcji, nie doszło też chyba do żadnych znaczących zaników. Tymczasem kiedy przyjrzymy się, co z ludzką anatomią robi współczesna mowa…

Klasykiem ostatnich lat była „twarz kremu do odbytu”. Fraza „twarz czegoś tam”, w reklamie oczywiście, jest zresztą już mocno oklepana, zapewne dlatego spotkałem niedawno nie tylko twarz, ale już i „ciało marki bieliźnianej”. Hitem ostatniej kampanii wyborczej było zaś skierowane do Leszka Millera pytanie „czy jest pan męskimi ustami [kandydatki] Magdaleny Ogórek?” I pomyśleć, że w tzw. minionym ustroju śmialiśmy się z innego kierunku ewolucji anatomicznej, a mianowicie z określenia „członek z ramienia na czoło”.

Tutaj na blogu nie będę szczególnie zbierał tego rodzaju zwrotów, gdyż temu właśnie poświęcony jest polecany od dawna na blogrollu blog Chomeland Polishizna. Brezly od czasu do czasu dokonuje tam syntezy rozmaitych potworków językowych w notki zbiorcze, natomiast bieżącym zapisywaniem takowych zajmuje się na Facebookowym fanpage ChP, który polecam równie serdecznie (jest dostępny dla wszystkich, bez konieczności zakładania konta na FB – a przynajmniej tak mi się wydaje).

Wietrzenie blogrolla

Odbyło się. Nie ma w tym żadnej tradycji, ot po prostu siedziałem leniwie przy komputerze, pomyślałem sobie Mrożkowsko „a może by tak coś dodać…”, potem pomyślałem „a gdzie to zmieścić…”, a potem zacząłem wietrzyć.

Bo to wisiały na blogrollu (czyli tak naprawdę w zakładce Staram się zaglądać) różne blogaski, niektóre od wieków nieaktualizowane, niektóre oficjalnie zarzucone, inne zaś takie, na które przestałem zwyczajnie zaglądać z przyczyn najróżniejszych. Nie jestem jakimś rygorystą, niektóre zostały na kolejne wietrzenie, czyli ad calendas graecas, także w cichej nadziei, że kiedyś coś się tam objawi. 

Powrzucałem zaś takie na które bym czasem pozaglądał, zwłaszcza jeśli trafię przez nie na inne takie co też bym chętnie pozaglądał (prościej byłoby pewnie wrzucić linki do wszystkich, ale taki nawyk oszczędzania miejsca mam, i już). I też nie twierdzę że to lista kompletna (tych co zaglądam), niektóre odwiedzam jak mi fejsbuk zamelduje „napisali”, a niektóre… sklerozę mam, no.

O darmowości Facebooka

Facebooka obiega właśnie (kto nie używa niech nie czyta albo jak tam chce) kolejna fala głupiego łańcuszka polegającego na tym, że użytkownicy wklejają… bezrefleksyjnie tekst, że nie zgadzają się na komercyjne wykorzystywanie tego co na Facebooku umieszczą bo jest to naruszenie Nie Wiadomo Czego (zwykle impulsem dla pojawienia się tego łańcuszka jest informacja o jakichś zmianach w regulaminach FB). Nie będę tego absurdu szczegółowo analizował, bo mi się zwyczajnie nie chce, przynajmniej nie dziś. 

Przypomniał mi się przy tej okazji inny drobiazg. Na dziś Facebook jest serwisem bezpłatnym (przynajmniej pieniężnie, bo czy i jakie korzyści Facebook odnosi z naszego korzystania to też temat na osobne wpisy, dość powiedzieć że utrzymanie całego systemu kosztuje dużo a mimo to się opłaca). Bywały już pogłoski że może zostaną wprowadzone opłaty za korzystanie albo za usługi specjalne (a może nawet już są lub były, zwłaszcza z grami związane, sam nie korzystam to nie wiem). W gruncie rzeczy regulamin świadczenia usługi zawsze można zmienić, kto się nie zgadza, ten przestaje korzystać. A kto jest oburzony, ten niech się zastanowi czy na pewno ma o co.

Każdego próbującego wejść na Facebooka wita ekran logowania, na którym dumnie Facebook umieszcza wielkimi literami napis: 
Rejestracja
To jest (i zawsze będzie) darmowe! 
Co ta formuła oznacza z prawnego punktu widzenia? Otóż tyle i tylko tyle, że jeśli zarejestrujesz się dziś, to nie ponosisz z tego tytułu opłaty. Nie oznacza to już, że w przyszłości rejestracja wciąż będzie bezpłatna ani tym bardziej że korzystanie będzie bezpłatne. To oznacza tyle i tylko tyle, że jeśli się raz zarejestrowałeś za darmo, to Facebook nie zażąda od Ciebie w przyszłości żadnej opłaty rejestracyjnej z tytułu dawnej rejestracji (bo jeśli skasujesz konto i zarejestrujesz się ponownie – to już takiej gwarancji nie masz).  

Taka jest logika tego rodzaju usług: otrzymujesz je na warunkach usługodawcy (plus to co wynika z przepisów prawa, jeśli da się ustalić właściwe). Nie istnieją żadne domniemania że użytkownikowi przysługuje cokolwiek więcej.

Kubeł zimnej wody

Na informacje o akcji Ice Bucket Challenge patrzyłem zrazu jak na nieszkodliwe dziwactwo (cóż, nawet nie odróżniałem zbytnio od wcześniejszego splasha, o którym już w ogóle nie wiem o co chodziło). Dopiero kiedy zaczęło się pojawiać w kręgu (dalszych) znajomych, doczytałem, że ma to w gruncie rzeczy konotacje charytatywne, bo chodzi o zbieranie pieniędzy na poszukiwanie sposobu leczenia choroby Gehriga (ALS).

Pomijam tu kwestie, któremu każdemu się mogą nasunąć – takie jak czy pieniądze zebrane w wyniku akcji zostaną faktycznie przeznaczone na jej zadeklarowany cel, bądź w jakiej części zostaną zjedzone na koszta bieżące (organizacja, która rzecz zapoczątkowała, płaci swoim szefom jak profesjonalnym menedżerom, zupełnie inaczej niż w przypadku WOŚP coćby, choć może nie tak jak w Kidproteccie); u nas o tyle to mniejszy problem, że zbiórki idą na lokalne organizacje pomocowe, choć one oczywiście mniejszą odpowiednio mają możliwość dokonania faktycznych odkryć, zarówno z racji środków, jakimi w efekcie będą dysponować, jak i rozwoju naszej medycyny. Jest też naturalne pytanie, czy te środki zostaną wydane mądrze, już czytałem analizy, że dalsze ścieżki dla tych pieniędzy wiodą w zasadzie donikąd.

I teraz pojawia się problem zasadniczy. Akcja ma charakter dobroczynny, ale dobroczynnością nie da się załatwić wszystkich problemów. Skoro nie wszystkie problemy da się rozwiązać, to pora sobie uświadomić, że poszczególne problemy wymagające wsparcia de facto między sobą konkurują. Dlaczego miałbym wspierać leczenie stwardnienia zanikowego bocznego, skoro mam koleżankę chorującą na stwardnienie rozsiane (pisałem już zresztą o tym przy okazji dorocznego darowywania procenta podatkowego)? Głośna akcja wymusza w pewien sposób skierowanie środków na ten konkretny cel, po trosze zmniejszając szanse innych. I tak, wiem, tak samo poniekąd działa WOŚP, i Caritas, i PAH, i artyści malujący ustami i nogami…

Kto chce, niech wpłaca na ALS, z wylaniem sobie wiadra na wody z lodem na łeb albo bez; kto chce, niech wpłaca na inne cele dobroczynne, zamiast lub obok. Ja spuentuję obrazkiem znalezionym na fejsie, który stanowi moje oficjalne stanowisko w sprawie.

no ice bucket challenge necessary for charity

Siła odruchu o poranku, tfu

Four little Indian Boys going out to sea;
A red herring swallowed one and then there were three 

Poranek (nie piszę świt, bo teraz jest on naprawdę wcześnie). Znad porannej kawy patrzę co się wokół dzieje, maile przeglądam, fejsbuka czytam. Jeden ze znajomych wrzuca krótki wpis „…And Then There Were Three…”

Pierwsza poranna myśl na widok tego wpisu idzie śladem otwierającego cytatu w jego oryginalnym kontekście i skłania do rozważań, który zespół muzyczny zredukował swój skład osobowy do trzech osób (no takie akurat z tym znajomym skojarzenie mi przyszło). Zaglądam na portale polskie… no poranek jest, to jeszcze nie zdążyły… ale sięgam po portale zagraniczne i też żadnego głośnego nazwiska…

Pojawia się myśl przewrotna lub trzeźwiejsza, że może jednak niewłaściwie, nazbyt stereotypowo odczytałem komunikat? Zwłaszcza że pod wpisem pojawia się komentarz w bardzo optymistycznym tonie… Tak to jest, jak się utrzymuje kontakty wyłącznie wirtualne.

Co za gaffa.

Krakoł Sołszal Media Nindzia

Na Facebooku toczy się batalia o rząd dusz w sprawie projektowanych Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie (gdzie indziej pewnie też się toczy, ale teraz to nieistotne). Obserwuję ją, niezupełnie bezstronnie, momentami bawię się nieźle. 

Zauważyłem dziś, że jedna ze stron popierających Igrzyska zamieściła „sondę” w formie grafiki z pytaniem „jesteś za czy przeciw„. Zainteresowani mieli wyrazić swoje zdanie – kto „za”, miał polubić (zalajkować, mówiąc po fejsbukowemu), kto przeciw – miał wpisać komentarz. Autorom wydawało się że są sprytni, prawie jak marketingowy geniusz Zmyślony*, który ustawił nadmuchiwaną bramę na głównym szlaku prowadzącym na krakowski rynek i ogłosił, że kto pod nią przechodzi ten Igrzyska popiera (na wszelki wypadek przejście obok bramy zatarasował własnym samochodem**). Udało im się… wzbudzić całą masę gniewnych pomruków na nieuczciwe podejście, bo w końcu lajk to jedno kliknięcie, a komentarz – no przecież trzeba pomyśleć itepe. Oraz… przegrać głosowanie z kretesem, na moment pisania tych słów 893 osoby polubiły, a komentarzy jest 1398…

Autorzy „sondy” najwyraźniej zapomnieli o jednym drobiazgu. Otóż polubić dany element można z definicji tylko raz, na więcej nie pozwala mechanizm Facebooka (jak ktoś chce przestać lubić i polubić jeszcze raz, wyjdzie na to samo). Skomentować natomiast można nieograniczoną ilość razy. Konia z rzędem, kto odsieje „głosy” oddane wielokrotnie przez jedną osobę. Tak to jest, jak ktoś po pierwszej lekcji „aktywności w mediach społecznościowych” czuje się w nich ekspertem.

*naprawdę tak się nazywa
**stało naprawdę, ale kto je tam postawił to już domysł