Młode koguciki

Właściwie nie mam siły śmiać się z Anglików. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że profesjonalni dziennikarze i blogerzy zrobią to znacznie lepiej, fachowiej i zjadliwiej, przedsmak tego już widzę na Twitterze. Bo można stracić gola w doliczonym czasie gry, ale czemu w archetypicznie angielskim stylu, po dośrodkowaniu i strzale głową? W efekcie w tabeli Anglia jest za Walią.

Właściwie strata tego gola nie była żadnym zaskoczeniem. Od początku meczu defensywa Anglików była pojęciem dość teoretycznym, jak się udało wybić na oślep to potem już jakoś było. Bramkarz kultywował tradycję (święta rzecz) baboli, tym razem trafienie piłką w dupę własnego obrońcy przy wykopie nie skończyło się źle, pozwolenie na przejęcie przez Rosjanina piłki podczas „kontrolowania jej wyjścia poza linię” już mogło. Nie przeczę, radosna ofensywa (w mało angielskim stylu) mogła przynieść wiele goli, brakowało solidnego wykończenia akcji kreowanych przez Dele Alli i zwłaszcza Kyle Walkera, piątka z Tottenhamu zdobyła wreszcie gola po błędzie bramkarza, który za wolno ruszył się przy mocnym, ale mało precyzyjnie bitym wolnym Diera. Rosjanie… nie pokazali prawie nic, rutynę stoperów i parę eleganckich akcji, wynik załatwił im bramkarz (i ta angielska akcja w doliczonym czasie).

Właściwie to jedyny mecz jaki dziś obejrzałem w całości, popołudniowy Albania-Szwajcaria tylko w dwóch trzecich. Szkoda mi Albańczyków, ale wyglądają jak drugoligowcy, Szwajcarzy albo ich zlekceważyli prowadząc od piątej minuty i prawie godzinę grając w przewadze, albo sami wyglądają jak… czołówka drugiej ligi. W każdym razie Szwajcarów boję się mniej niż Rumunów (chyba że to ich turniejowa maskirowka).

Cena futbolu

Rozpoczęło się piłkarskie Euro, teoretycznie święto dla fana. Teoretycznie fan powinien starać się wchłonąć ile wlezie i zrobić wszystko, żeby mogło wleźć jak najwięcej. 

Oczywiście, mało kto może sobie pojechać do Francji (nie wspominając, że tam też nie byłby w stanie przeskakiwać ze stadionu na stadion), chłonąć można dzięki dobrodziejstwu telewizji. W tym roku mistrzostwa Europy to aż 51 spotkań, ale tylko 24 z nich można obejrzeć w telewizji otwartej, na pozostałe 27 trzeba wykupić pakiet specjalny za 75 czy 80 złotych. Wychodzi niespełna trzy złote za mecz. Dużo? Nieszczególnie.

Pojawia się jednak pytanie: czy warto. Patrzę w specjalną rozpiskę znalezioną w gazecie i wychodzi mi, że pakiet obejmuje tak naprawdę trzy mecze 1/8 finału i 24 fazy grupowej, których wartość jest w istocie porównywalna z meczami eliminacyjnymi, hitów się wśród nich zbyt wielu nie uświadczy. 

80 złotych za 40 godzin oglądania piłki. Jeśli nie zapłacę, będę miał 40 godzin na inne zajęcia.

Nec Chiriches contra plures Premieres

Z rumuńskim futbolem pierwszy kontakt miałem podczas poprzedniego francuskiego Euro. Strasznie się wtedy śmialiśmy z padających z telewizora nazwisk: Ungureanu, Iorgulescu (po trzydziestu latach nadal je pamiętam bezbłędnie), przekręcaliśmy w dziecięcy sposób. Dziś też momentami rumuńskie nazwiska wywołują uśmiech, na przykład kiedy na boisku wchodzi Chipciu. 

A przecież śmianie się z Rumunów to samobójstwo, bo piłkarsko są znakomici, nawet jeśli obecna generacja wolna jest od talentów porównywalnych z tymi, które sięgały w krajowym składzie po Puchar Mistrzów czy wyrzucały z Mundialu Argentynę. Dziś napędzili Francuzom sporo stracha, niektórymi zagraniami ostrzegając wszystkich przyszłych rywali; niestety, możemy należeć do ich grona, na pewno nie przestraszą się Lewandowskiego.

Dziś jednak polegli w starciu z przedstawicielami przebogatej Premier League. W decydującym fragmencie na boisku było siedmiu zawodników ligi angielskiej, w tym tych trzech najważniejszych: napastnik Giroud, defensywny pomocnik Kante i absolutny czarodziej tego meczu, zdobywca przecudnej bramki na minutę przed końcem, Dimitri Payet.