Czerwone koszulki, białe spodenki

Tak, oczywiście nasz podstawowy zestaw kolorystyczny jest odwrotny, choć zdarzało się niejeden raz, kiedy wychodziliśmy w czerwonych koszulkach (moje podstawowe skojarzenie z radosnym hiszpańskim Mundialem) albo w białych spodenkach (ostatnio przecież z Rosją). 

Wczoraj na murawie w Gdańsku były właśnie czerwone koszulki i białe spodenki. 

Zaraz, wczoraj? W Gdańsku? Tak, czerwonym koszulkom towarzyszyły granatowe spodenki, a białym spodenkom – zielone koszulki. Ale polskim kibicom na meczu Hiszpania – Irlandia nie przeszkadzało to w chóralnym zaśpiewie: Polska, BIAŁO-CZERWONI!

Jeszcze o flagach

Flagi, ach te flagi. Tak bardzo je widać wszędzie, że przestaje się zwracać na nie uwagę, bez względu na to, jak fantazyjnie ktoś jeszcze wykoncypuje wykorzystania barw narodowych. Ale komuś się udało przyciągnąć uwagę, i to bez bardzo szczególnych starań.

Wystarczyło wywiesić polskie flagi z nazwami miast (pamiętam Jarosław i Rybnik) podczas meczu Dania-Portugalia. We Lwowie. W sumie niedaleko.

82/86

W 1982 roku na mundialu w meczach 3 i 4, polska reprezentacja zdobyła 8 goli, tracąc jednego.

W 1986 roku na mundialu w meczach 3 i 4, polska reprezentacja zdobyła 0 goli, tracąc siedem. 

Który wariant w tym roku? Dwa remisy sugerują raczej 1982..

Oczywiście, to ciut fałszywa alternatywa. Jak w meczu nr 3 strzelimy 0, to meczu nr 4 po prostu nie będzie. 

Cóż, nie mam weny na wyrafinowane analizy, nie mam żadnych oryginalnych spostrzeżeń i nie chcę się dać ponosić emocjom. Chłonę.

Parę słów o sędziowaniu

Kontrowersje na turniejach były zawsze i będą, więc są i tym razem. Wiesza się psy na sędzi meczu Polska-Grecja, w dzisiejszym meczu Holandia-Dania były wielkie pretensje o niepodyktowane karne. Mam jednak przy tym wrażenie, że niewielką uwagę zwraca się na to, jakie właściwie są kryteria podejmowania decyzji w poszczególnych sytuacjach (jaka długa i piękna fraza na określenie przepisów), zwłaszcza że zmieniają się one w czasie – a wielu komentatorów bazuje na tym co kiedyś było lub na tym co im się wydaje, że jest (włącznie z Kluivertem na Eurosporcie). Przepisy gry w piłkę nożną są dość długie, więc skupię się na dwóch tylko aspektach.

Jednym źródłem kontrowersji były wzmiankowane już rzuty karne za zagranie ręką. Już kiedyś raz podobną kwestię poruszałem, ale przypomnijmy ponownie: zagranie piłki ręką ma miejsce w sytuacji gdy zawodnik rozmyślnie i świadomie dotyka piłki ręką. Sędzia powinien ocenić, czy ręka poruszała się w kierunku piłki czy odwrotnie, czy ręce były ułożone naturalnie, jak daleko zawodnik był od przeciwnika (czy zagranie było zaskakujące). Patrząc więc zwłaszcza na sytuację Perquisa, widzimy, że opadał on na ziemię koło zastopowanej już piłki, starając się przy tym w miarę możliwości ominąć piłkę ręką  – i jeżeli to ostatnie mu się nie udało, to nadal nie sposób zakwalifikować tego jako „zagrania”. Trudniejsza w ocenie jest sytuacja między Huntelaarem a Jakobsenem, niemniej właściwsze moim zdaniem jest opisanie tej sytuacji jako „Huntelaar trafił Jakobsena w rękę od tyłu”, co nie pozwala na uznanie tego za zagranie. 

Drugi temat, to pokazywanie żółtych kartek (tu nieraz wskazywana jest kartka po starciu z Lewandowskim). Nie przeczę, przepisy są napisane w sposób pozwalający na sporą dozę uznaniowości, ale warto tu przytoczyć trzy pojęcia: nieostrożność ataku, czyli niedokładność, nieostrożność, brak staranności; nierozważność – czyli atak, w którym nie zważa się na bezpieczeństwo przeciwnika i możliwe konsekwencje tego ataku; użycie nieproporcjonalnej siły – czyli właściwie „nierozważność kwalifikowana” (to moje słowa), czyli wykonanie ataku z dużą siłą, rażąco wykraczając poza granice normalnej gry, narażając przeciwnika na niebezpieczeństwo kontuzji. Dlaczego te pojęcia są ważne? Bo za nierozważność ogląda się żółtą kartkę, a za użycie nieproporcjonalnej siły wylatuje z boiska. Jeżeli więc sędzia uznał, że Grek nie zważał na bezpieczeństwo Lewandowskiego traktując go łokciem (a na łokcie są wyczuleni), to kartka była słuszna; czy były powody do takiego uznania, tu pewnie pozostajemy w sferze ocen subiektywnych. W każdym razie dziś zasłużona była kartka dla Postigi za atak na Neuera, bo nie dbał o całość jego nóg. Jeśli pamiętać o tych pojęciach, to łatwiejsze do zrozumienia są słynne decyzje z ostatniego serialu Gran Derbi

Nie psioczmy więc na sędziów przedwcześnie, bo można się założyć, że aktualne przepisy znają lepiej od nas – choć oczywiście są tylko ludźmi i mogą się pomylić. A na deser dzisiaj zdjęcie najlepszej akcji Cristiano Ronaldo, czyli wybicia piłki przewrotką z własnego pola karnego (wiem, w końcówce parę razy jeszcze szarpnął, ale to zagranie było jednak najbardziej spektakularne). 

cristiano ronaldo defensive scissor-kick przewrotka

Huzia na Boenischa

Sebastian Boenisch jest wymarzonym kandydatem na reprezentacyjny szwarccharakter: a bo Niemiec, sprzedawczyk, zakamuflowana opcja, hymnu nie śpiewa albo tylko pierwszą zwrotkę i w ogóle to wcale nie wiadomo czy chciał w tej reprezentacji grać. A nawet jak już chce, to przecież jest po kontuzji i kto to panie widział żeby takiego wystawiać. O mizerii z octem, jaką mamy na lewej obronie, łatwo się w takiej sytuacji zapomina (tak, pamiętam o istnieniu Wawrzyniaka). 

We wczorajszym meczu Boenisch nie błysnął, dość parę razy powstawało zagrożenie po jego stronie boiska, zarówno z przyczyn spodziewanych, jak i tych mniej spodziewanych. Widać po nim wciąż brak ogrania, niestety, a na dodatek wyraźnie brakowało mu na swojej stronie wsparcia, bo tzw. lewoskrzydłowy zajmował się głównie chyba szukaniem na trybunach znajomych z czasu gry w Warszawie, dość powiedzieć, że Boenisch w ataku więcej się napracował od Rybusa. Błędy w obronie nie przesądziły o wyniku meczu (może inaczej byłoby gdyby Tytoń nie wybronił karnego, nie przyglądałem się powtórkom na ile wyjście Salpingidisa sam na sam ze Szczęsnym było zasługą podającego, a na ile winą obrony), bo gola zawalono przede wszystkim na środku pola karnego (procentów winy obliczać nie będę).

Zgadnijcie, kogo się uważa za winowajcę? No pewnie, zgadliście. Dobrze jest mieć dyżurnego Żyda. 

A sam mecz, cóż: w pierwszej połowie poezja, w drugiej Stowarzyszenie Umarłych Poetów. 

O flagach i flażkach

Odliczanie do pierwszego gwizdka Euro trwa, nastroje rosną (i euforia, i strach, i co jeszcze tylko z głęboką niechęcią włącznie). Można pomyśleć, że to nowe święto narodowe mamy, i to mocno wielodniowe, bo gdzie nie spojrzeć, atakują człowieka barwy narodowe (i to już pal sześć, że wszystkie produkty nabrały w tych dniach biało-czerwonych akcentów). Flagi większych i mniejszych rozmiarów oraz inne narodowe gadżety wyskakują z każdego zakątka, w wielu miejscach już się toczy się już dyskusja, czy takie narodowe dekoracje to rzecz dobra czy zła, w sensie gustu raczej niż obrazy. 

Osobiście w te dyskusje angażować się zbytnio nie zamierzam, pozostanę indywidualistą (nie wywieszam się bo nie, a nie dla manifestacji). Obserwując jednak, co się dzieje, nie mogę się powstrzymać od tego trendu, a przynajmniej niektórych przejawów. Rozumiem, że każdy może chcieć swój samochód dekorować jak mu pasuje, ale co źle wygląda, to źle wygląda. Chorągiewki sprawiające wrażenie, że wystają z okna, wcale nie wyglądają dobrze. Auto udekorowane dla symetrii dwiema chorągiewkami, po jednej z każdej strony, jadąc sprawia wrażenie rogatości (i powstrzymam się od rozważania, cóż by te rogi mogły symbolizować). Wczoraj widziałem zaś hurrapatriotę, który na swoim samochodzie (sporym, to prawda), przymocował flag aż trzy. Nie wiem, czy to jakiś konkurs, czy co, ale natychmiastowym skojarzeniem była Wielka Krucjata Lojalności i żołnierze śpiewający hymn, najpierw po jednej, potem po dwie, a potem po trzy zwrotki, żeby pokazać, że są bardziej patriotyczni od pozostałych.  

Na szczęście pogoda jest dobra, więc i duże flagi, i mniejsze flażki, nie wyglądają źle, nie zabrudziły się ani nie poszarpały jeszcze (a prawo bezlitośnie wymaga, aby flagę eksponować z należytym szacunkiem, pod rygorem odpowiedzialności karnej, no, jak za wykroczenie). Co prawda przechodzę w tej chwili od poczucia wspólnoty do imponderabiliów, ale co tu ukrywać – za parę tygodni (oby za więcej niż mniej) naród zamieni flażki na flaszki. 

PS Nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem (okrojonego, niestety) komentarza z FB:
„Hejtowanie euro nie czyni z hejterow osobników wyjątkowych

Radość z wielkiej imprezy

Słuchałem sobie wczoraj w radio, jak redaktor Warzecha demonstrował swój manifestacyjny brak radości z powodu Euro. Jak to go strasznie uwierał przymus cieszenia się za wszelką cenę, jak to niedobrze, że ani infrastruktury nie udało się zbudować (wczoraj jeszcze obowiązywała taka wersja), ani że na tym nie zarobimy, i że w ogóle jak ludzie cierpią z powodu niedogodności związanych z tym całym Euro, a wcale się z niego nie cieszą, bo mało kogo ten futbol obchodzi. 

Zastanawiam się nad kilkoma rzeczami: 
– czy redaktor Warzecha (nie żebym miał dla niego szczególną atencję) żyje w innej rzeczywistości niż ja, który dostrzegam z każdym dniem coraz więcej samochodów z biało-czerwonymi chorągiewkami (sam nie zamierzam, chociażem kibic),
– czy redaktor Warzecha naprawdę nie potrafi sobie wyobrazić, że ludzie potrafią się cieszyć z wielkiej imprezy goszczącej w naszym kraju, po prostu jako wydarzenia, przy okazji którego ludzie z całego świata przyjeżdżają do nas w gości,
– co by redaktor Warzecha powiedział, gdyby ktoś w analogiczny sposób podsumował pielgrzymkę papieską? 

Niech żyje Dawid

Fascynujący był finał Pucharu Narodów Afryki. Stanęły w nim naprzeciw siebie gwiazdy Wybrzeża Kości Słoniowej, silne, masywne, z wielkich klubów, o wielomilionowych kontraktach, i mikrusowate, chude, o dziecinnych twarzach, chłopaki z Zambii. Słowem: Goliat kontra Dawid. 

I na boisku było, jak w Biblii: potężny, opancerzony Goliat poruszał się po boisku, jakby sam jego rozmiar i ciężar miał ten pojedynek rozstrzygnąć (w końcu najlepszym zawodnikiem WKS w całym turnieju był cichy i znacznie mniej znany bramkarz). A Dawid hasał po boisku, cieszył się grą, pokazywał fajerwerki (najładniejsza akcja Drogby z Toure wyglądała jak zerżnięta od Zambijczyków), pokazywał mnóstwo serca. I nawet jeśli mecz rozstrzygnął się dopiero w karnych, to Dawid wygrał go zasłużenie.  

Mam serdeczną nadzieję, że za pięć miesięcy będę mógł taką pochwałę wygłosić ponownie. I nie chodzi tu o przypływ kibicowskiej wiary w drużynę narodową, tylko o nadzieję, że Pani Fortuna zabawi się z Goliatami europejskiego futbolu (nawet jeśli hiszpański Goliat jest wielki tylko wynikami, reputacją i kontraktami, a nie posturą), sprawiając nam jakąś niespodziankę w postaci błyskotliwego czarnego konia. Może być słowiański.