Pułkownik Cargill w polskiej ekstraklasie

Kiedy czytam o transferach klubów ekstraklasy, z koronnym chyba przykładem zapłacenia miliona euro za Artura Sobiecha, to dochodzę do wniosku, że jedynym logicznym wytłumaczeniem tych szaleńczych manewrów jest konieczność wygenerowania strat podatkowych. Pułkownik Cargill znalazł sobie chyba nowe pole do rozwijania swoich talentów, i na razie żaden nieoczekiwany zastrzyk gotówki z UEFA nie zepsuł mu szyków.

Spadaj, Koźmiński

Stało się. Piast Gliwice spada z ekstraklasy, po przegranej z niezagrożoną już Cracovią. Spada, chociaż Arka Gdynia dała mu szansę i przegrała swój ostatni mecz, tak że wystarczyło Piastowi wygrać z Cracovią u siebie.

Przed tym ostatnim meczem wiceprezes Piasta powiedział: „Jeśli się utrzymamy, to w drużynie potrzebne będą zmiany. Kiedyś mnie w tej sprawie nie słuchano, ale teraz z pewnością byłoby już inaczej.” Mam nadzieję, że po spadku bohaterem pierwszej i najważniejszej zmiany będzie ów wiceprezes – Pan Zbigniew Koźmiński, wciśnięty do Piasta przez władze miejskie chyba z racji jego mniemanych kontaktów w PZPN, bo przecież nie z racji kompetencji w dziedzinie zarządzania. Zasłynął z działaczenia u Sabri Bekdasa, zostawił po sobie bagno w Górniku Zabrze. Teraz w Piaście jego największym osiągnięciem jest wykolegowanie twórcy sukcesu Piasta – Jacka Krzyżanowskiego (choć formalnie odwołało go miasto jako większościowy akcjonariusz).

Piast spadł. Koźmiński, spadaj również. (Pozasportowo: najlepiej by było, jakbyś razem z synem spadał także z katowickiego Starego Dworca, zanim go doprowadzicie do ruiny).

Refleksje o hicie sezonu ligowego

Zauważyłem – nieomal przypadkiem – że publicznie dostępna TVP pokazuje dzisiaj „hit sezonu”, czyli mecz Legii z Wisłą. O samym meczu trudno napisać lepiej, niż zrobił to Rafał Stec, o kibicowaniu wielu też napisze lepiej niż ja (ja tylko moge powiedzieć, że trybuny mi się strasznie puste wydawały, ale nie przyglądałem się zbyt uważnie), więc tylko jedna zupełnie incydentalna refleksja.

Otóż w drugiej połowie trener Legii wpuścił na boisko młodego rezerwowego, 20-latka, dla którego był to drugi występ w ekstraklasie, a pierwszy tej wiosny. Młodziak zaraz po wejściu ruszył dziarsko do gry, pokazując serce, szybkość i ździebko talentu, jak jego ojciec za najlepszych lat. Ba, nawet niewiele brakowało, żeby bramkę sprokurował.

Patrzyłem tak na młodego Jakuba Koseckiego i przypomniał mi się „Piłkarski poker” [spoiler warning, gdyby jakiś młodziak jeszcze nie widział:)]. Ten ostatni, powtórzony mecz sezonu, kiedy Legia.. pardon, „Powiśle” Warszawa grała o tytuł. Na boisko wchodził wtedy w debiucie młody Olek Grom, syn byłego reprezentanta kraju. Wszedł – i strzelił dwa gole, dające zwycięstwo, tytuł i parę niespodzianek fabularnych:) Tak się zastanawiałem, czy i młody Kosecki równie zabłyśnie. Nie zabłysnął (choć dobrze się zapamiętał), ale też miał o tyle gorzej niż Olek Grom, że wchodził na boisko nie przy remisie, ale już przy stanie 0:3 (no i nie miał żadnego Laguny do wsparcia).